Corbis
Corbis
2 czerwca 2010 w Zrozumieć siebie Autor: Alina Gutek

Na co nas stać

Codzienność wykańcza, praca stresuje, rodzina nas męczy. Bez przerwy narzekamy: „nie mam już siły, nie dam rady”. A przychodzi nieszczęście – choroba, wypadek – i jesteśmy w stanie unieść sto razy więcej. Czy konieczny jest aż taki bodziec, żeby obudzić uśpioną energię? Bo że ona gdzieś głęboko w nas drzemie, to pewne.

Magdalena Kiełducka (38 lat, menedżerka, właścicielka firmy eventowej To Pestka) tamtego kwietniowego ranka 2006 roku usiadła na brzegu łóżka i zapytała samą siebie: „Co ze mną będzie? Jak mam dalej żyć?”. Dwa miesiące wcześniej w wypadku samochodowym zginął jej chłopak Daniel. Znali się tylko trzy miesiące. Zdążyli wyjechać do Egiptu i zaplanować całe życie. Miał być ślub, wspólny dom, dzieci.

– Kiedy Daniel zginął, wydawało mi się, że następnego dnia świat się nie obudzi – mówi Magda. – Nie byłam w stanie wyobrazić sobie dalszego życia. Ogarnęła mnie jedna wielka rozpacz. Myślałam, że to kompletnie niemożliwe, żebym została dłużej tu, na ziemi. Mechanicznie załatwiałam sprawy. W co go ubrać? Na pewno w te jedyne czarne spodnie, jakie miał. Bo choć był kolorowym ptakiem i czarnych ubrań nie nosił, kilka godzin przed wypadkiem prosił, żeby je wyprać, bo się przydadzą. Skąd wiedział? Dlaczego mnie opuścił?

Sami nie wiemy, co posiadamy

Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.

– Gdy stawką jest życie, odzywa się w nas najsilniejsza z naszych sił życia: instynkt samozachowawczy – mówi psycholog Jarosław Przybylski. – Każdy człowiek dysponuje takim potencjałem i wszyscy z niego czerpiemy w sytuacji zagrożenia. Ale gdy w grę wchodzi życie innych, z naszą reakcją bywa różnie. Jedni bez wahania śpieszą z pomocą, inni stoją z boku albo uciekają gdzie pieprz rośnie. Instynkt samozachowawczy niestety nie działa na rzecz drugiej osoby. Działają wtedy uczucia, emocje, wartości.

Jan Woźniakowski (50 lat, religioznawca) ma dzień wypełniony od pierwszej do ostatniej minuty, bo dom musi działać jak szwajcarski zegarek. Potrzebują tego bardzo: niepełnosprawny Iwo (8 lat), chora na raka żona Dominika i  najstarszy syn Hubert (18 lat) cierpiący na białaczkę (bierze tak zwaną chemię podtrzymującą i dzielnie sobie radzi). Jan całą domową logistykę ma w małym palcu. Załatwia opiekunki, zajmuje się Iwonem popołudniami i w weekendy, czyta mu, bawi się z nim, myje go, karmi, czuwa nad opieką lekarską dla Dominiki, ustala całodzienny plan funkcjonowania domu, robi zakupy i oczywiście pracuje.

Wcześniej żyli jak wiele małżeństw (są 20 lat po ślubie) z ich pokolenia: raz praca była, raz nie, nie zawsze mieli pieniądze, własnego mieszkania nie dorobili się do dzisiaj („nie byliśmy na tyle praktyczni”). Mają za sobą doświadczenia emigracyjne (mieszkali w Stanach, tam urodzili się dwaj synowie, Hubert i 16-letni dziś Piotr).

Gdy Jan patrzy z dzisiejszej perspektywy, widzi, że tamte problemy to żadne problemy. Prawdziwe zaczęły się w 2002 roku wraz z narodzinami Iwona. Podczas ciąży nic nie wskazywało na to, że będzie niepełnosprawny. Jednak jeszcze na sali porodowej zaczął tracić oddech. Odwieziono go na OIOM, diagnoza brzmiała tajemniczo: strukturalna anomalia chromosomowa, czyli błąd genetyczny. Lekarze nie pozostawiali złudzeń. Mówili, że nawet jeśli dziecko przeżyje, to nie będzie chodziło, mówiło, jadło. Jan zobaczył w Internecie zdjęcia takich dzieci. Wyglądały strasznie. A Iwo od urodzenia był śliczny. To dawało nadzieję, choć zdjęcie mózgu ją odbierało. Lekarze przygotowywali ich na najgorsze. Oni szukali pomocy, gdzie tylko się dało. U lekarzy specjalistów, terapeutów, przyjaciół.

Pytania bez odpowiedzi

Jan: – Człowiek ma w takich sytuacjach tyle energii, a może po prostu adrenaliny, że funkcjonuje na najwyższych obrotach. Nie myśleliśmy o chorobie Iwona w kategorii nieszczęścia. Były oczywiście smutki w domu, ale mówiliśmy, że człowiek bardziej płacze nad sobą niż nad dzieckiem.

Kiedy Iwo miał cztery lata, dokładnie w ostatni dzień karnawału 2006 roku, poznali następną straszną prawdę: Dominika jest chora na raka jelita grubego.

– Heroicznie przyjęła tę wiadomość i heroicznie znosi chorobę – mówi Jan. – Miała w sumie pięć operacji, konieczna okazała się stomia, potem radioterapia, chemioterapia. Rak nie daje jednak za wygraną. Przeniósł się do miednicy, kości krzyżowej, idzie do kręgosłupa, atakuje układ moczowy, powoduje odrętwienie i straszny ból. Ratunkiem dla Dominiki okazało się hospicjum domowe, bo złagodziło cierpienie. Ale ma to i niedobre strony, bo człowiek widzi, jak mało jest dróg dających jeszcze nadzieję.

 

Dwa lata po wykryciu choroby Dominiki zaczęły się kłopoty ze zdrowiem Huberta – złe samopoczucie, osłabienie, wysoka gorączka. Badania wykazały, że przyczyną dolegliwości jest ostra białaczka limfoblastyczna. Więc znów szpital, chemia, sterydy.

Tamten czas był dla nich wszystkich ekstremalny. Dominika miała swoją chemię, Hubert leżał w szpitalu i brał swoją, a w domu czekał Iwo (wbrew diagnozom nauczył się chodzić, jest nadaktywny, choć nadal używa pieluch, nie gryzie, nie mówi i wymaga stałej opieki).

– Oczywiście, że pojawiało się pytanie: dlaczego? – mówi Jan. – Ale nie ma na nie odpowiedzi. Można wszystko tłumaczyć filozoficznie, za Leibnizem, że żyjemy w najlepszym ze światów, i się na to zgodzić. Można przyjąć to, co niesie życie, ze stoickim spokojem. Ale człowiek zawsze będzie się buntował, pytał – jak ostatnio nasza znajoma – gdzie w tym wszystkim jest Pan Bóg. Znajomy, któremu zmarło dziecko na raka mózgu, powiedział: „każdy dostaje taki krzyż, jaki może udźwignąć”. Pan Bóg w swojej mądrości nie daje nic ponad nasze siły. Nie straciłem wiary, choć mówienie, że wiara pomaga, to zbyt łatwy wykręt. Człowiek myśli, że spotyka go tragedia, a potem wydarza się Haiti…

Skąd czerpać w takich chwilach siłę?

Jarosław Przybylski: – Z wewnętrznych „baterii”, takich jak optymizm, poczucie własnej wartości, wiara w siebie, odwaga. Pod warunkiem że się je ma naładowane przez geny albo wychowanie.

Nauczyciele duchowi podkreślają, że wszystko, czego nam potrzeba, mamy w sobie. Także siłę do życia. Wystarczy tylko ją uruchomić. Jak to zrobić? Uwierzyć, że sami jesteśmy odpowiedzialni za swoje życie. Że nasze myśli, przekonania na własny temat mają moc sprawczą. Jeżeli będziemy powtarzać, że nie damy rady – to nie damy. Wielu ludzi wybiera określoną drogę, a potem obwinia innych za to, że się nie udało. Tymczasem prawda jest taka, że to my tworzymy nasze doświadczenia, naszą rzeczywistość i wszystko, co się z tym wiąże. To, co sądzimy o sobie i życiu, staje się naszą siłą. A wszechświat zawsze wspiera każdą myśl, w którą wierzymy. Nie roztrząsajmy więc przeszłości, niepowodzeń, doznanych krzywd. Zacznijmy myśleć pozytywnie i działać konstruktywnie, bo tylko takie myślenie i działania są źródłem wewnętrznej mocy.

Magda uważa, że jej siła pochodzi z kochającego, pełnego wsparcia domu. To jej kapitał. Wychowywała ją samotnie mama, o której mówi: „wspaniała, kochana, inteligentna, silna, robiła dla mnie wszystko”, i ukochana babcia. Ojca nie znała, nie interesował się ich życiem i sytuacją finansową, więc marzeniem Magdy było jak najszybciej się usamodzielnić, żeby mamie pomóc. Zaczęła wcześnie pracować, ucząc angielskiego. Zawsze wybierała trudniejszą drogę. To ją hartowało. Była humanistką, a poszła do klasy matematyczno-fizycznej. Zamiast pójść na anglistykę, bo język był jej pasją, albo na psychologię, którą się interesowała, poszła na politechnikę, na inżynierię środowiska. Z perspektywy czasu uważa, że był to wspaniały trening dla umysłu. Potem uparła się, żeby pójść na studia MBA, choć nie było jej na to stać. Zarobiła lekcjami angielskiego. Ma za sobą trudne związki, ale powtarza, że każdy z nich ją rozwinął i za każdy jest wdzięczna.

– Mój ukochany mąż jest Polakiem z amerykańskim obywatelstwem i mieszka w Stanach od ponad 15 lat, więc też łatwo nie jest, bo trzeba pokonywać ocean – śmieje się. – Ale dzięki temu świat się dla mnie niesamowicie skurczył.
Według Magdy siły życia najlepiej rosną w trudach i codziennych zmaganiach. Ale karmią się też zrozumieniem tego, co nas spotyka. Kiedy przeżywała żałobę po Danielu, nie szukała łatwego pocieszenia, że będzie dobrze, że tak musiało być. Miała ogromne wsparcie przyjaciół i bliskich, czytała mnóstwo książek na temat duchowości. Przyniosły ulgę, uspokojenie i przekonanie, że wszystko, co się dzieje, ma swój sens. Dzięki książkom i ciekawym ludziom poznała zupełnie inny wymiar swojej egzystencji.

– Siły życia to nie węgiel kamienny, którego złoża są wyczerpywalne, to odnawialne źródło, takie perpetuum mobile, które powstaje trochę z niczego, bo tak naprawdę różne czynniki są jego paliwem. Przede wszystkim jednak trzeba samemu pozwolić się im odnowić. Znaleźć pokój w sercu, swój cel. Mam wrażenie, że nie jesteśmy tu po to, żeby banalnie kończyć dzień zmęczeniem, ale żeby zrobić coś dla świata. Kiedyś wszystko musiałam mieć pod kontrolą. A teraz coraz bardziej cieszę się dniem codziennym. Wstaję, świeci słońce, piję z mężem kawkę, rozmawiamy z synkiem, który urodzi się w czerwcu, przytulimy psa – dla takich chwil warto żyć. Te trudne oczywiście jeszcze nieraz przyjdą. Coraz spokojniej jednak o nich myślę, bo wiem, na co mnie stać. Przez wszystko da się przejść.

Prezent od Pana Boga

Jan na pytanie, skąd pochodzi jego siła, odpowiada: – Nie wiem. Nie zastanawiam się nad sobą, nie robię autoanalizy. Myślę, że nie wyróżniam się niczym szczególnym wśród gatunku ludzkiego. Każdy w takiej sytuacji zachowałby się podobnie. Jak ktoś mówi: „jesteś wspaniały, że nie zostawiłeś Dominiki”, to ja sobie myślę, że to fatalnie świadczy o autorze tych słów. Co za pomysł, żeby mnie chwalić za to, że nie zostawiłem Dominiki!

Jan uważa, że wolę życia buduje wychowanie, miłość do rodziny i życia w ogóle, ale także chęć znalezienia odpowiedzi na różne ważne pytania. On nie ma czasu na wątpienie, czy da radę, bo przychodzi następny dzień, w którym tyle jest do zrobienia. Dużo napędu daje mu Dominika. Wydaje się delikatna, a ma nieprawdopodobną siłę i optymizm. Pokazuje, jak z godnością znosić cierpienie. Jan podkreśla, że sił dodają mu także ci wszyscy ludzie, czasem obcy, którzy im pomogli i pomagają, idąc za odruchem serca. Jako rodzina doświadczyli nieprawdopodobnej solidarności z całego świata. I poprzez dobre słowo, obecność, zakupy, pomoc w załatwianiu opiekunek i lekarzy, i poprzez pomoc finansową.


9 odpowiedzi na Na co nas stać

  1. (…)Tamtego kwietniowego dnia powiedziała sobie: skoro Daniel nie zabrał mnie ze sobą, to znaczy, że mam do zrobienia na tej ziemi coś ważnego. Nie była gotowa na nowe uczucie, jej serce pozostawało nadal zajęte, skupiła się więc na firmie. Pomyślała: „w ten sposób mogę zrobić coś pożytecznego – budzić uśmiech, zadowolenie klientów i dać godnie zarobić pracownikom”. („W mojej firmie liczy się nie tylko zysk, ale i etyka” – powtarza). Z potrzeby serca nawiązała też współpracę z domami dziecka. Po dwóch latach nieoczekiwanie dla samej siebie znalazła miłość, wzięła ślub, wyjechała z mężem w egzotyczną podróż, zaszła w ciążę. I znów dostała po głowie, raz za razem. Po dwóch poronieniach postanowili z mężem, że na razie dadzą sobie spokój, bo ile można znieść?!

    Okazuje się, że możemy znieść niewyobrażalnie dużo. Uruchamiają się w nas ogromne, wręcz nadludzkie możliwości, o których istnieniu nie mieliśmy pojęcia. Świadczy o tym wiele ludzkich losów, nie tylko tych wojennych, obozowych. Także dzisiaj, gdy bywamy wystawiani na najtrudniejsze próby, potrafimy im sprostać, czym zadziwiamy samych siebie.(…)

    [b]Komentowany artykuł: Na co nas stać[/b]

  2. Lupus napisał: 31 marca 2010

    To zawsze jest tak, że w skrajnych sytuacjach ukazuje się nasze prawdziwe oblicze, nasze skryte głęboko zdolności, które zaskakują nas samych.

    Ja sam podczas podróży po Ameryce Środkowej wielokrotnie byłem w sytuacjach nie dość że nietypowych, to często też zagrażających życiu nie tylko mojemu, ale i znajomej, z ktorą tam byłem. Nigdy nie widziałem siebie w takich sytuacjach, często też czułem się nieswojo we własnej skórze bo budziły się we mnie drzemiące wewnątrz własności i cechy, które dotąd były mi obce. Od tamtego czasu z jednej strony zagościł we mnie niepokój, ale też wiem, że podniosła mi się moja wewnętrzna poprzeczka i pod wieloma względami czuję się pewniej bo wiem, że są sytuacje, w których dam sobie radę choćby nie wiem co.

    Z drugiej strony nigdy nie zetknąłem się ze śmiertelną chorobą. To musi być piekielnie ciężka walka, zarówno dla chorej osoby jak i dla jej bliskich. Wobec czyhającej śmierci jesteśmy bezradni i ja nie wyobrażam sobie w ogole jak ludzie mogą funkcjonować w nieustającej niepewności jutra. Ja bym chyba zwariował. Tym bardziej podziwiam osoby, które mimo wszystko żyją, nie poddają się, a nawet czasem wychodzą z tego cali i zdrowi.

  3. jak już dawno stwierdzono, życie to choroba śmiertelna, więc w walce jesteśmy wszyscy – chociaż faktycznie najtrudniej jest usłyszeć wyrok na siebie i czekać na wykonanie – ja choruję na nieuleczalną chorobę – ponoć nie śmiertelną, ale już kilka razy słyszałam inne diagnozy – wychodziłam od lekarzy i pakowałam dzieci na tylne siedzenie auta i jechałam płacząc – jakoś nieświadomie znalazłam w sobie siły by przetrwać – myślę, że akceptacja mi dała najwięcej – jednak najtrudniej było mi pokochać siebie, bo mimo że brzmi to banalnie nigdy sobie nie odpuszczałam, nie darowałam – teraz to się zmieniło i jakoś mi tak łatwiej – chociaż psyche czasem szwankuje i muszę się rozkleić…. taki los

  4. dziś moje pierwsze logowanie i pierwszy post.

    co mnie ku temu skłoniło? zaciekawiła mnie historia rodziny Woźniakowskich. Niezwykła siła jaka wychodzi ze zdjęć, filmów na ich stronie internetowej wzrusza, zaskakuje i pokazuje więź tej rodziny, miłość w trudnych momentach i siłę przetrwania. Mnie osobiście bardzo to wszystko poruszyło. Widać i słychać co im daje tą siłę-WIARA. Ich ciche modlitwy widać w oczach, gestach. Myślę że to czyni ich silniejszymi i piękniejszymi w codziennej walce z chorobami. Pewnych rzeczy nie da się odwrócić. Dlatego ważne jak przyjmiemy trudy na swoje barki i jak będziemy z nimi żyć. Przykładem może być Rodzina Woźniakowskich. Chylę czoła dla ojca rodziny za jego nieustającą wiarę i modlę się o siły dla wszystkich.

  5. Na co nas stac??
    Codziennie się nad tym zastanawiam na co jeszcze mnie stac. Czy starczy mi dzis sił na walkę z przeciwnościami?
    Podziwniam tych ludzi z artykułu sam tak nie potrafie lub moze nie wiem o tym. Najpierw wyjazd do UK początek świetny potem coraz gorzej psychika coraz bardziej siadala. W koncu nie wytrzymałem po roku i trzech miesiacach postanowienie o powrocie i to tylko dlatego że byl ktos w Pl kto wyciagnał pomocna dłon. Uwierzylem, że moze byc dobrze, że wróce znajde dobra prace gdzie beda mnie szanowac i nie oszukiwać na kazdej przepracowanej godzinie. Niestety los okazal sie okrotny mineło juz 8 miesięcy od powrotu i pracy ani widu ani słychu. Moje codzienne zycie plynie od kawy do kawy od ogłoszenia o prace do ogłoszenia o prace. Walka o przetrwanie. Fakt ze jestem na utrzymaniu mojego partnera nie dodaje mi sil. Inni moze by byli zadowoleni z takiego faktu JA niestety nie. To praca dawała mi duzo sił.
    Czasami zastanawiam sie nad tym by skończyć to ale wtedy moze i ułatwie sobie ale nie Jemu i rodzinie.
    Budząc sie rano pierwsza mysl Moze dzis, lecz wieczorem kładąc sie spac ostatnia myśl Niestety nie dzis!

  6. [quote=Joker80]Na co nas stac??
    Codziennie się nad tym zastanawiam na co jeszcze mnie stac. Czy starczy mi dzis sił na walkę z przeciwnościami?
    Podziwniam tych ludzi z artykułu sam tak nie potrafie lub moze nie wiem o tym. Najpierw wyjazd do UK początek świetny potem coraz gorzej psychika coraz bardziej siadala. W koncu nie wytrzymałem po roku i trzech miesiacach postanowienie o powrocie i to tylko dlatego że byl ktos w Pl kto wyciagnał pomocna dłon. Uwierzylem, że moze byc dobrze, że wróce znajde dobra prace gdzie beda mnie szanowac i nie oszukiwać na kazdej przepracowanej godzinie. Niestety los okazal sie okrotny mineło juz 8 miesięcy od powrotu i pracy ani widu ani słychu. Moje codzienne zycie plynie od kawy do kawy od ogłoszenia o prace do ogłoszenia o prace. Walka o przetrwanie. Fakt ze jestem na utrzymaniu mojego partnera nie dodaje mi sil. Inni moze by byli zadowoleni z takiego faktu JA niestety nie. To praca dawała mi duzo sił.
    Czasami zastanawiam sie nad tym by skończyć to ale wtedy moze i ułatwie sobie ale nie Jemu i rodzinie.
    Budząc sie rano pierwsza mysl Moze dzis, lecz wieczorem kładąc sie spac ostatnia myśl Niestety nie dzis![/quote]
    Jeśli mogę pisnąć słówko to proponuję zaangażować się w wolontariat. Ja tez się troszkę zapędziłam w kozi róg i zamiast żyć życiem zaczęłam żyć problemami, bo to nie wyszło, bo to się nie udało, a dlaczego itp itp. Dopiero znalezienie przeciwwagi dało mi dystans do moich problemów. Na pewno warto się zastanowić nad taką formą na początek – dobrze to też wygląda w cv, że nie czekało się biernie na pracę ale coś kreowało i to z potrzeby serca. Może to być opieka nad dziećmi, nad starszymi ludźmi, nad chorymi, nad zwierzętami – i pewnie wiele wiele innych.

  7. jak by ktos miał 2 minuty i oczywiście ochote mółby wypełnic ankiete ptrzebna mi do ptracy licencjackiej nahttp://www.wbadanie.pl/ankieta/223346344/

  8. Na co mnie stać ?
    Wszystko zależy od sytuacji w jakiej się znajduję.Dosłownie- jeśli nie mam pracy-stać mnie na mniej.Jeśli ją mam-mogę wydawać.I tak jest chyba w życiu.Jeśli sytuacja zmusza nas niejako do pewnych wyrzeczeń, do stawiania czoła przeciwnościom, to dajemy sobie radę.Choć wcześniej, nawet nie przypuszczałyśmy, że nas na to „stać”.
    Najważniejsze jednak, to się nie poddawać.Dziś wiem, że zniosę bardzo wiele i na wiele mnie stać, bo przecież jeśli „Bóg drzwi zamyka, to otwiera okno”.

  9. Artykuł poruszający i dający do myślenia .Można podziwiać ludzi którzy mają w sobie tyle siły.Wydaje się mi że w każdym człowieku jest taka siła.Skryta gdzieś głęboko ,może nie każdy potrafi ją obudzić ,ale na pewno ta siła jest.
    Mi też wydawało się kiedyś ,że jestem słaba ,ale o dziwo,gdy moją rodzinę dopadło cierpienie ,to ja ,okazałam się tą najsilniejszą ,twardo stąpającą po ziemi istotą .Nie sądziłam ,że jestem tak silna.Oczywiście nie dała bym rady bez swojej wiary ,potrzeby serca ,którą jest dawanie radości innym ,choćby uśmiechem ,choćby słowem.
    Podziwiam ludzi silnych i odważnych ,krtórzy cieszą się każdą chwilą swojego życia ,nie poddają się .Oby każdy z nas potrafił docenić to co ma i cieszyć się tym co przynosi kolejny dzień.

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, aby móc napisać komentarz.

Zaloguj