Dzisiaj w prezencie od Zwierciadlo.pl do pobrania ZA DARMO: Magazyn "Zdrowie ma Sens – Jesień".

3 stycznia 2014 w Wywiad Autor: Hanna Halek

Początek nowej mnie – wywiad z Edytą Bartosiewicz

Kiedyś... Tak łatwo oceniała: dobry lub zły. Była jedną wielką emocją. Nie kochała siebie. A teraz? Portret Edyty Bartosiewicz – tej samej, a jednak odmienionej – powstaje w rozmowie artystki z Hanką Halek.

EDYTA BARTOSIEWICZ: Wyszukałam w Internecie, że trenuje pani coś ciekawego: tai-chi, kyokushin…?

Jeet Kune Do, sztukę walki, którą jej twórca Bruce Lee nazywał naukową bójką uliczną.

Też bardzo lubię Bruce’a Lee, głównie ze względu na „Wejście smoka”. Myślę, że w swoich filmach nie tylko prezentował niezwykłe umiejętności, ale przede wszystkim chciał podzielić się ze światem swoją filozofią życia. On wydawał się mieć coś takiego, co ja bym chciała. Pełnię. Mam wrażenie, że jego ciało i psychika łączyły się w doskonałej harmonii. No a tak poza tym, nie można było od niego oderwać oczu. Nie dość, że piekielnie sprawny, to jeszcze zabójczo przystojny. Nie wiem, czy pani wie, ale miałam w życiu orientalny epizod. Przez pół roku studiowałam japonistykę. Byłam chyba naprawdę szalona. To był mój drugi fakultet, a ledwo dawałam radę z pierwszym, ale tak mi się spodobało, jak moja znajoma mówi po japońsku, że także zapragnęłam biegle władać tym językiem. Nie wzięłam pod uwagę, że studenci tego wydziału muszą pochłaniać wiedzę w ekspresowym tempie, co dla mnie było niewykonalne. Pierwszych studiów, oczywiście, też nie skończyłam.

Nie ma pani chęci wrócić na uczelnię? Syn dorósł, pani też…

Podziwiam panią Halinę Frąckowiak, która jako dojrzała kobieta skończyła psychologię, ale chyba trzeba czuć, że przyszedł czas. A tak tylko wymyślić i zrobić? Nie, nie czuję, żeby to było mi w tym momencie potrzebne.

A co jest pani teraz potrzebne?

Myślę, że jestem na etapie poznawania samej siebie, smakowania świata w zupełnie nowy sposób, coraz bardziej świadomej z nim interakcji. Przyszedł też wreszcie moment, by wydać płytę, zrzucić z siebie ten ciężar, bo inaczej nie mogę tego nazwać. Ona jest moim ukochanym dzieckiem, ale to ciąża mocno przenoszona. Ta płyta to olbrzymi bagaż życiowy. Ma przecież prawie 12 lat. To pewnego rodzaju doświadczenie, które trzeba było przejść. Zakończyć je, bez względu na to, z jakim skutkiem. Stała się symbolem tylu ważnych spraw w moim życiu, od których chciałam uciec, ale jak się okazało, nie mogłam. Przez to moje długie zatrzymanie osłabła też kreatywność. Dopóki istniał mój głos, który był jej wyznacznikiem, po prostu za nim szłam, sięgałam po gitarę i śpiewałam.

A gdy zniknął, okazało się, że był jedynym bodźcem?

Właśnie. Bez niego nie było żadnej przyjemności z tworzenia. Wszystko stało się siermiężne i toporne, nawet nie chciało mi się sięgać po instrument. Byłam słaba.

I z poczuciem winy?

Nie. Dlaczego miałabym mieć poczucie winy?

Że pani zawodzi, że nie jest taka, jak by chciała być, że czas leci, że się pani starzeje.

Już chyba bardziej widziałabym się w roli ofiary jakichś niezrozumiałych splotów okoliczności. Ale nigdy nie chciałam tak myśleć. Musiałam zaakceptować, że tak po prostu jest. Bardzo walczyłam o to, by ta płyta ujrzała w końcu światło dzienne. Zdarzały się chwile zwątpienia, no bo jak ich nie mieć przez 12 lat, ale tak naprawdę nigdy nie straciłam nadziei. Był we mnie jakiś ogromny upór i parcie do przodu – pomimo że leciałam na rezerwie energetycznej.

Co zjadło tę energię i głos?

Coś, co mamy wszyscy: demony, słabości, lęki, traumy. Jeżeli człowiek nie wypracował sobie zdrowego mechanizmu obrony albo pewnego rodzaju potencjału, którego do końca nazwać nie umiem – może to się nazywa „mieć szczęście”? – prędzej czy później coś złego się z nim dzieje. Albo zapada na chorobę, albo umiera. Bywa, że to nie jego wina, często miał po prostu gorszy start. Teraz, gdy rozmawiamy i jestem w momencie, kiedy czuję się coraz lepiej, bardzo dziękuję losowi za ten okres, gdy noce mojej duszy były czarne. Dzięki temu wiem chociażby to, że mam w sobie ogromną siłę przetrwania.

Wolę życia?

Do 23. roku życia uprawiałam sport, który trzymał mnie w ryzach. Myślę, że gdyby nie on, poległabym znacznie wcześniej. W 2002 roku rozpoczął się okres stagnacji w moim życiu. Czasem czułam się, jakbym zanurzyła się po szyję w mętnym jeziorze. Przez bardzo długi czas nie wiedziałam, co się ze mną dzieje i chyba do końca nie zdawałam sobie sprawy z realnych zagrożeń. Trzymałam się życia ze wszystkich sił, może nawet z rozpędu? Mój głos ginął powoli, niepostrzeżenie. Ale to właśnie dzięki temu zauważyłam, że coś jest ze mną nie tak. Gdybym nie śpiewała, mogłabym przegapić pewne ostrzeżenia, jakie dawał mi organizm.

To mój głos dał mi sygnał. Dał głos. To on, a właściwie jego zanik, skierował moją uwagę w odpowiednim kierunku, pokazał, że czas nad sobą poważnie popracować. Jeśli założymy, że choroba tworzy się najpierw na poziomie energetycznym, wtedy jej objawy fizyczne będzie można nazwać pierwszą oznaką zdrowienia.

Strony: 1 2 3 4

PODYSKUTUJ:

POLECANE KSIĄŻKI

Więcej w Książka, Kultura
sekret_Main
„Sekret mojego męża” – tajemnice, który nie chcemy poznać

Cecilia, idealna matka w idealnej rodzinie przypadkowo znajduje wśród starych papierów list od męża. Nigdy nieotwarty i opisany „Dla mojej ...

Zamknij