A capella

reklama

Gdyby mój syn był kromką chleba, a ja byłabym drugą, to bylibyśmy teraz kanapką, z Europą, warstwą oceanu i grubym plastrem USA. W chwili, gdy ten, który zamieszkiwał kiedyś ciemny pokoik tuż pod moim sercem, naciąga kąciki ust, ziewając, ja sunę autem o onieśmielających gabarytach wzdłuż zachodniego wybrzeża Ameryki Północnej.


Słońce swym promieniem-laserem wyrysowuje mi abstrakcje w polu widzenia, a ja nie próbuję nawet zaciągnąć moich powiek-rolet, bo żal mi każdego obrazka. Z ziarna wiedzy na temat tego kraju, które kiedyś zasiano mi w umyśle, wyrosła prawdziwie kaleka forma – gigantyczny, napuchnięty, megalomański twór, spełnienie marzeń uciekinierów ze Starego Kontynentu. Nie wiedzieć czemu, gdy myślałam: USA, nie przychodziło mi do głowy wiele ponad: potęga, drapacze chmur, gwiazdy ekranu, kontrasty, jazz, blues, hamburger, coca-cola, operacja plastyczna itp. I oto teraz siedzę pokurczona z onieśmielenia na przednim siedzeniu samochodu z kiełkującą świeżo refleksją, że tutaj to się Pan na Wysokościach naprawdę przykładał w trakcie tworzenia swego dzieła… Widzę łagodnie zarysowane już nie pagórki, a jeszcze nie góry, które wyglądają, jakby je jakiś prawdziwie szalony krawiec obszył zamszem w kolorze mchu. Na tychże wzniesieniach pasą się krowy wystrojone w czarne futerka z dość długim włosiem, co zupełnie nie licuje z temperaturą, prawdziwie wiosenną. Raz na jakiś czas chwytam za aparat fotograficzny, by zdjąć zatrzymane w wiecznej pozie słupy wysokiego napięcia. Zauważyłam u siebie przedziwną skłonność do popadania w zachwyt nad wszelkiego rodzaju konstrukcjami metalowymi. Kiedy natrafię spojrzeniem na toto, przeczekawszy, aż ciarki zachwytu pokonają odcinek od szyi do najniższych partii kręgosłupa, natychmiast przystępuję do personifikowania obiektu. Ach, jakie piękne lornety do podziwiania krajobrazu z bliska tu widziałam… Srebrna, okrągła, metalowa buzia, otwór na monetę to usta, a soczewki to wielkie, jakby rozumne ślepia.

Zupełnie nieoczekiwanie pagórki przeistaczają się w „ich szorstkość” skały… Kolor spadziowego miodu przechodzi w kolor gliny przed wypaleniem, a to wszystko przetykane (jak to cholera możliwe) pistacją, z widocznymi tylko z niedużej odległości żyłkami bieli… A po lewej, niezmiennie, Pacyfik we własnej osobie. Gniewny, dostojny, oblizujący jęzorem fal przybrzeżne skałki. Uchylam okno, zaciągam się po samo dno płuc tą ekstrawagancką mieszanką aromatów i przez ułamek sekundy czuję się spokojna, jak ocean w nazwie spokojny. Jakby mnie wyczyszczono z mulistej substancji, szlamu wiecznego lęku, osadu definicji i zasad, pleśni zobowiązań społecznych. Przez setną część sekundy mam poczucie absolutnej jedności z wszechrzeczą… Wracam do siebie, bo oto mijam ponury las pełen drzew rozebranych do naga z kory, prezentujących tę najczulszą warstwę swego jestestwa, pozwalających, by obcy, jak ja, podglądali, jak płyną w nich soki.

W radiu zapowiadają deszcz. Rzeczywiście niedługo potem zaczyna padać. Jednocześnie zaczyna się ściemniać. Słoneczna Kalifornia rozkleja się na moich oczach, beczy na całego. I ja się rozczulam. Myślę o tym, co zostawiłam za sobą. Myślę o tym, że nie ma mnie już tydzień, a nikt nawet nie zadzwonił. Czy kiedy znikam z miasta, kraju, znikam z umysłów tych, którzy mnie znają? Tak. Z całą pewnością tak jest… I nagle ta przepiękna, choć akurat tonąca w deszczu kraina staje się na moich oczach nijaka, przestaję dostrzegać jej urodę, bo mam złamane serce, bo sama je sobie złamałam rozmyślaniami o tym, co zostawiłam za sobą. Postój w hotelu. Włączam telewizor. Polityka i rozrywka. W głównych wiadomościach analizują dosyć skomplikowaną obecnie sytuację życiową Britney Spears. W bloku reklamowym gorąco polecają ośrodek odwykowy, a tuż potem zachęcają do wejścia w bliższą relację ze Strażnikami Wagi. Zamykam powieki.

A teraz kilka słów gorzkiej prawdy. Teraz, gdy kreślę te słowa, w Polsce jest pora śniadaniowa. Maszyny drukarskie czekają w pozycji steady, czekają tylko na mnie… Popełniłam ogromny błąd, zostawiając pisanie felietonu na ostatnią chwilę… Tak, jestem w Ameryce. Mój partner chodzi sam po San Francisco, podczas gdy ja walczę z materią słowa. Tak bym chciała opisać, co zarejestrowało oko, co zwąchał nos, co zagrało w uchu… Nie potrafię. Dzisiaj słowa mnie nie lubią.