Co z tą szkołą?

fotochannels.com

reklama

Jakie są prawdziwe przyczyny kryzysu w polskiej szkole? Dlaczego zamiast wychowywać, wolimy karać? W jaki sposób realnie możemy mieć wpływ na to, co się dzieje w głowach naszych dzieci?  – Rozmowa z Katarzyną Miller i Wojciechem Eichelbergem.

Nagłaśniane ostatnio drastyczne przypadki szkolnej agresji, choćby sprawa Ani z Gdańska, obnażają fakt, że nasze szkolnictwo przeżywa poważny kryzys.
 Wojciech Eichelberger: Podstawowa przyczyna jest zawstydzająca. Najkrócej mówiąc, szkoła jest krzywym zwierciadłem odbijającym to, co się dzieje w jej otoczeniu: w życiu społecznym, w polityce i na pierwszych stronach gazet. Dzieci patrzą, słuchają, czytają i tym nasiąkają.

Katarzyna Miller: Drugi powód jest taki, że szkoła przestała spełniać swoje podstawowe funkcje. Powinna być przede wszystkim przestrzenią intelektualno wychowawczą, ale bardzo w tym względzie podupadła. W mojej szkole czytaliśmy, dyskutowaliśmy, graliśmy w brydża, twórczo wagarowaliśmy – tworzył się jakiś ferment. Zawsze istniała ta straszna zasada uczenia od do, ale można było to omijać i poza kujonami większość to robiła. Teraz, kiedy szkoła stała się elementem rynkowym, gdy liczą się rankingi, nikt nie ma czasu i ochoty, żeby o coś się kłócić, o czymś dyskutować. Szkoła i uczniowie walczą dziś jedynie o wyniki.

W.E.: Dowodem na to, że szkoła jako środowisko, które ma uczyć myślenia, praktycznie przestała istnieć, jest nowa matura. By ją zdać, należy się raczej myślenia oduczyć. Szkoła uczy dziś zdawania testów, a z kandydatami na studia nikt nie rozmawia.

Szkoła jest jednak przede wszystkim instytucją wychowawczą i w tej roli zawodzi chyba najbardziej.
W.E
.: Powinna wychowywać, ale tylko udaje, że to robi. Cierpi na głębokie rozszczepienie pomiędzy wartościami, które głosi i które praktykuje. Nauczyciele nie myślą, jak uczniów wychować, tylko jak wbić im do głów ogromną ilość informacji i jak ich kontrolować. Boją się odpowiedzialności, bo boją się stracić pracę. Wstydzą się mówić o problemach wychowawczych, ukrywają je, także akty przemocy, by nie stracić reputacji. Podobnie rzecz się ma w relacji szkoła – kuratorium, gdzie z obawy przed utratą pozycji w rankingu ukrywa się problemy: przemoc czy narkotyki.

K.M.: Szkoła nie wychowuje również dlatego, że nauczyciele i uczniowie mają coraz słabszy kontakt. Kameralne szkoły, w których bliski kontakt nauczyciel – uczeń był naturalny, są zamykane jako nieopłacalne. Coraz więcej jest szkół molochów, panuje duża anonimowość. To niszczy więzi społeczne, poczucie przynależności.

W.E.: Poza tym kto ma te dzieci wychowywać? Szkolnictwo jest niedofinansowane, pensje niskie, więc nauczycielami zostają przeważnie ludzie bez inicjatywy, którzy nie wierzą w siebie i są mało zainteresowani jakimkolwiek rozwojem. Gdyby nauczycielom płaciło się tyle, ile politykom i generałom, mielibyśmy zupełnie inną sytuację.
 
Dziś wychowują przede wszystkim media: Internet, telewizja, młodzieżowe pisemka i teksty piosenek. A dorośli chętnie zapominają o świętej prawdzie, że z dziećmi jest jak z walizką – co włożymy, to wyjmiemy. Jeśli więc dzieci zachowują się w sposób, który budzi niepokój, grozę lub zgorszenie, to powinniśmy spojrzeć na siebie i wziąć odpowiedzialność za przykłady, jakie im dajemy.

To wymaga dużej otwartości i samokrytyki.
W.E
.: Dlatego prawie nikt nie mówi głośno o przyczynach tego, co się dzieje w szkole. Bo trzeba by uznać, że dzieje się coś niedobrego w świecie dorosłych. Elementarną potrzebą każdego dorastającego człowieka jest posiadanie osobowych wzorców do naśladowania. A czego uczą się dzieci, patrząc na zachowanie zwycięskich duchowych i politycznych elit naszego kraju? Obawiam się, że przede wszystkim cynizmu, hipokryzji, przemocy i cwaniactwa.

K.M.: Tego, że nie warto się uczyć, że ważniejszy jest tupet i chamstwo, że im mniej się liczysz z innymi, tym wyżej możesz zajść.

W.E.: Tego, że lojalność jest dla frajerów, a uczciwy przegrywa, wygrywa siła, agresja i kłamstwo. Że najłatwiej osiągnąć rozgłos, publicznie znieważając autorytety. Im większy autorytet obalony – np. Miłosz, Kuro , Herbert, Nowak Jeziora ski czy Wałęsa – tym większy poklask i zachwyt gawiedzi.

K.M.: Mali ludzie ściągają wielkich z pomników.

W.E.: Czego się uczą z tego dzieci? Że „trendy” jest obalanie autorytetów. A kto jest autorytetem w szkole? Nauczyciel. To mu założymy kosz na głowę i go oplujemy, i też staniemy się bohaterami prawdy i sprawiedliwości.

To prawdziwy dramat, bo ci sami ludzie, którzy publicznie dają pokaz cynizmu i hipokryzji, próbują reformować szkolnic-two. Przebierają się w szaty moralizatorów i wychowawców, pouczając i srogo karząc „złe” dzieci.
 
K.M.: W ten sposób uczymy dzieci moralnego rozdwojenia. Na ustach mamy prawdę, uczciwość, a czynami udowadniamy, że to jedynie puste pojęcia. Zostały nam górnolotne słowa, ale tylko po to, by naginać je do swoich potrzeb. Zmienił się punkt ciężkości. Kiedyś wartości były niezmienne, a my do nich dążyliśmy. Teraz niezmienny jest nasz cel, wszystko inne temu podpo-rządkowujemy. To widzą i naśladują dzieci. Nic dziwnego, że nie wahają się przed manipulacją, nadużywaniem innych do swoich celów, traktowaniem ich przedmiotowo, choćby dla swojej zabawy albo zysku.

Zysk jest dzisiaj chyba jedyną niepodważalną wartością.

K.M.: Czegoś się trzeba złapać. Od czasu wolności stosunkowo nieźle idzie nam gospodarka. Wychodzi nam bogacenie się i to jest obecnie chyba jedyna wartość jednoznaczna moralnie. Psychologowie alarmują, że mamy cywilizację konsumpcji. A jaka ma być ta cywilizacja, skoro posiadanie stało się jedyną niedwuznaczną wartością? Jak mamy chcieć „być”, skoro nie wiadomo, co to znaczy? Jeśli dzieci widzą, że jedyne, co jest konkretne i się liczy, to stan posiadania, będą się tego trzymały. To im pozwala wprowadzić jakiś porządek w świecie, jakąś hierarchię wartości, a one tego najbardziej potrzebują. Nie ma dziś alternatywy: mieć czy być. Zamiast tego jest mieć albo nie być. W związku z tym pojawił się nowy etos człowieka, który prze do przodu, pracuje i uczy się jednocześnie. Niemal od przedszkola wie, czego chce, i to realizuje.

 

Taki wzorzec rodzi również stresy i frustracje.
W.E
.: Stres związany z rosnącą konkurencją, koniecznością spełniania oczekiwań i presją wyników dotyczy coraz młodszych uczniów. To jeszcze jeden czynnik odpowiedzialny za to, co dzieje się w szkole. I nauczyciele, i dzieci są w stanie permanentnego napięcia, a to może być przyczyną wybuchów niekontrolowanej agresji. Po prostu nie ma ujścia dla nagromadzonych negatywnych emocji.

Nic się nie robi, aby dzieciom pomóc sobie jakoś radzić z tymi emocjami. Choćby fizycznie je odreagować. A np. liczba i jakość godzin wychowania fizycznego spada.
W.E
.: Sprawa samobójstwa uczennicy z Gda ska ma jeszcze jeden wymiar – być może najważniejszy. Chłopcy w okrutny sposób nadużyli dziewczynki. Ale czy nadużycie i pogarda wobec kobiet nie stały się w Polsce ostatnio społeczną normą? Patriarchat nabrał wigoru. Publicznie lekceważy się kobiety, ich potrzeby i aspiracje. Postuluje się porządek uwiązujący kobiety w domach, sprowadzający ich rolę do roli macicy: mają rodzić bez względu na to, czy zostały zgwałcone, kazirodczo wykorzy-stane i czy ich życie jest zagrożone. Czyż to nie jest przemoc i dyktat silniejszego? Więc czemu się dziwimy, że chłopcy dają sobie do tego prawo, skoro dorośli – w tym politycy z pierwszych stron gazet – robią to publicznie?

K.M.: Najgorsze, że to spowszedniało do tego stopnia, że nawet kobiety nie widzą w tym nic niestosownego, stając po tej samej stronie, opowiadając się przeciwko kobiecej godności, ośmieszając kobiety, które próbują w jakiś sposób walczyć o zmianę sytuacji. Smutne, że zagorzałymi antyfeministkami potrafią być właśnie kobiety, a to one wychowują przecież u nas dzieci. W ten sposób kółko się zamyka. Wszędzie, nawet w domu, dzieci spotykają przekaz: kobiety nie są warte szacunku, można je wykorzystywać do swoich celów, korzystać z ich pracy, nic nie dając w zamian, można używać ich ciał. A Ania została przecież również nadużyta seksualnie.

Nie ma jak uchronić dzieci przed kontaktem z nachalnym przekazem, który zachęca do jak najwcześniejszego interesowania się „dorosłym” seksem, przestrzeń  publiczna jest nim przesycona…
K.M.
: Seksem interesują się wszyscy od małego i to jest normalne. Nienormalne jest to, w jaki sposób dzieci ten seks w dzisiejszym świecie odkrywają. Nie uczymy ich odkrywania seksu w sobie, dla siebie, w swoim tempie, nie uczymy jego wartości płynącej z bliskości z drugim człowiekiem, podmiotowości, tylko skazujemy je na odgrywanie seksu, naśladowanie stereotypowych wzorów z kultury masowej. Dzieci są na to skazane, bo jedyne, na co zwykle mogą w tej kwestii liczyć ze strony dorosłych, to milczenie, potępianie, zażenowanie, brak wiedzy. Nic dziwnego, że tak ważny dla młodzieży temat zamienia się we własną karykaturę. Staje się zabawą śmiertelnie niebezpieczną. Tylko rzetelna, pełna szacunku dla człowieka jako jednostki edukacja seksualna może tu pomóc.

W.E.: O samobójstwie uczennicy z Gda ska zadecydowało w największym stopniu to, że nikt nie przyszedł jej z pomocą, że została pozostawiona sama sobie. Zapewne wtedy dopiero poczuła się napiętnowana.

K.M.: Jak wielki musiała czuć wstyd i jaką samotność, żeby się z tego powodu zabić. Została wykorzystana i zaszczuta przez własną społeczność. Poza wymiarem osobistym ta śmierć ma wymiar symboliczny.

Jak to się stało, że nikt nie dał jej wsparcia?
K.M
.: Czasem wolimy pewnych rzeczy nie widzieć, tak bardzo się boimy, czujemy się bezradni.
 
W.E.: Albo bezkarni. Poza tym okrucieństwo spowszedniało. Chłopcy z Gdańska na pewno naoglądali się filmów, w których nadużywanie kobiet jest normą – ona nie chce ze mną chodzić, to ją upokorzę. Dajemy sobie coraz więcej prawa do gwałcenia innych na wiele sposobów. Weźmy np. „gwałt medialny”, czyli naruszanie przez media prywatności ludzi, zwłaszcza sławnych, dla zysku. Można im zrobić najbardziej intymne zdjęcie i je opublikować.
 
Skąd w nas tyle okrucieństwa i agresji?
K.M
.: Nasza cywilizacja jest coraz mniej cywilizowana. Oglądamy w telewizji coraz bardziej wymyślne wizualnie barba-rzyństwo: potoki krwi, ból, ludzkie nieszczęścia. Nic dziwnego, że dzieci to potem ogrywają. Tym bardziej że te najatrakcyjniejsze postacie, wzory do naśladowania w filmach, to mordercy. Kiedyś zabijający w imię dobra, teraz coraz częściej nie wiadomo po co. Dla samego zabijania, coraz wymyślniejszego okrucieństwa, które staje się wartością samą w sobie. Na igrzyska do Koloseum trzeba było wyjść z domu, teraz rodzinne kolacje jada się przy akompaniamencie odgłosów zarzynania.

W.E.: Powszechną praktyką jest dziś uczenie się czegoś za pomocą symulatorów komputerowych. Tak szkoli się m.in. pilotów. Siadają do symulatora i poprzez wiele setek powtórzeń uczą się konkretnych zachowa . Nie rozumiem, jak można nie widzieć tego związku w wypadku gier komputerowych. Agresywne gry są symulatorami agresji, zabijania, szczególnie gdy widzisz na ekranie celownik i swoją spluwę. To ty celujesz, ty strzelasz. Co z tego, że wirtualnie. Ludzie idą dalej. W Ameryce ktoś wymyślił, że za pieniądze można u niego na farmie zastrzelić przez Internet prawdziwe zwierzę. Za opłatą uzyskujesz dostęp do strony, na której widać prawdziwe pole i żywe zwierzęta. Celujesz i naciskasz klawisz, który uruchamia spust sztucera – zabijasz naprawdę. To bezsensowne mordowanie kanapowe dostępne każdemu. Granice przyzwoitości i dobrego smaku w świecie dorosłych niebezpiecznie się przesuwają.
 
Jak bronić przed tym dzieci?
K.M
.: Potrzebna jest otwarta publiczna debata. Zmiany powinny iść w takim kierunku, by szkoła stała się miejscem, gdzie dzieci mają prawo swoje pomysły, swoją niepewność, a nawet swoją wściekłość wyrażać jawnie. Bo jeśli nie mogą tego robić jawnie, będą robić tak, jak robią. Czyli nie wprost, na słabszych wyładowywać nagromadzone napięcie. Wychowawcy mają przede wszystkim uczyć młodzież, jak wyrażać emocje bez agresji wobec innych czy wobec siebie samego. To trudne, bo przecież większość dorosłych tego nie potrafi. Jednak kara i zakaz jako jedyne metody wychowawcze nie skutkują. Nie powodują zmiany myślenia, jedynie strach i emigrację wewnętrzną – dziecko chowa się w swoim świecie. I tak wie swoje, ale udaje, że się dostosowało. Za to rośnie w nim agresja i nienawiść do tego, kto je ukarał.

W.E.: Stosując wobec uczniów wyłącznie represje, zmontujemy bombę zegarową, która za kilkanaście lat wybuchnie. Sytuacja się nie poprawi, dopóki nie zaczniemy uwalniać świata dorosłych od przemocy i hipokryzji.