Dzieci to kawałki wieczności

fotochannels.com

reklama

Każde dziecko wymaga innego podejścia. To piekielnie trudne, bo korci nas, żeby przykładać jedną miarę do wszystkich. Wszystkich powinny obowiązywać podstawowe zasady: nie kłam, szanuj innych, ale już rozmowy o nich czy sposób ich egzekwowania należy dostosować do każdego indywidualnie – mówi Tessa Capponi-Borawska, Włoszka z pochodzenia, od 23 lat mieszkająca w Polsce, wykładowca historii Włoch na italianistyce UW, autorka książek kulinarnych, mama Cosimy , Zygmunta , Flavii i Stanisława .

– Tak naprawdę mamy pięcioro dzieci. Najstarszy syn męża, Witold Aleksander (zwany przez nas Alikiem), przez jakiś czas mieszkał z nami. Zawsze go traktowałam jak własnego syna. Dziś ma 23 lata, kończy stosunki międzynarodowe na UW i pozostaje w bardzo bliskim kontakcie z naszym domem.

Każde nasze dziecko jest kompletnie inne. Cosima od małego interesowała się modą, szyciem. Skończyła liceum i poprosiła o rok przerwy, żeby zastanowić się nie tyle nad tym, w jakim kierunku pójść, bo to akurat wiedziała, ale gdzie się uczyć – czy w Polsce, czy we Włoszech. Zgodziliśmy się. Przez ten rok uczyła się szycia, pracowała w restauracji (kuchnia to kolejna jej pasja), a także spędziła sporo czasu we Włoszech, szukając odpowiedniego dla siebie miejsca. I znalazła. Dziś mieszka w Mediolanie, tam pracuje i uczy się w bardzo znanej pracowni krawiectwa teatralnego Brancato, która szyje stroje m.in. dla La Scali. Fascynuje ją tkanina, traktuje strój jak rzeźbę, czyli coś unikatowego, więc nie jest zainteresowana tzw. konfekcją. Pracuje od rana do nocy, ale widzę, jak jest szczęśliwa. Po raz pierwszy, odkąd się kształci (niespecjalnie lubiła chodzić do szkoły), słyszę w głosie mojego dziecka zachwyt tym, co robi.

Zgoda na to, by Cosima „zmarnowała” rok, to jedna z naszych zasad wychowania. Dzieci mają prawo do szukania i realizowania własnych pasji, nawet jeśli one nie bardzo nam się podobają. Uważam, że nie ma co pchać ich na tzw. tradycyjne studia, bo nie wszyscy mają do tego powołanie. Uczę na uniwersytecie i jestem coraz bardziej przekonana, że wmawianie młodzieży, jakoby studia były potrzebne do tego, żeby potem dostać pracę, jest jednym z kardynalnych błędów, jaki się popełnia w dzisiejszych czasach. Po pierwsze, studia nie zapewniają pracy, a po drugie, powinny być przygodą intelektualną, pomagać w samorozwoju, a nie stanowić wstęp do kariery. Kariery nie zrobi dziś ten, kto nie ma pasji, nie wie, co chce robić, choćby nawet studiował kilka języków, marketing, zarządzanie, cuda wianki. Dlatego trzeba pozwolić dzieciom na szukanie swojego powołania.
 
Stary zwyczaj florenckich rodzin kupieckich był taki, że młodych ludzi wysyłało się do tzw. bottegi, czyli do warsztatu. Moja rodzina w XII wieku zajmowała się handlem jedwabiem i wełną, więc młodych mężczyzn kierowało się do bottegi, żeby tam poznawali tajniki sztuki kupieckiej. Potem, kiedy zaczęliśmy zakładać banki, młodzież posyłano na praktyki do banków. Do dziś Włochy są krajem, gdzie rzemiosło rozkwita, pewnie w dużej mierze dzięki właśnie tym praktykom kolejnych pokole .

Nasze dzieci same wybierają swoją drogę. Zygmunt, który studiuje socjologię na UW, absolutnie potwierdza słuszność teorii, że studiować powinien ten, kto się w tym spełnia. On traktuje naukę jak przygodę intelektualną. Zawsze dużo czytał, fa-scynowały go różne zagadki naukowe, interesuje się historią, jego wielką pasją jest architektura, chce ją studiować.

Flavia jeszcze nie wie, co chciałaby robić. Chodzi do drugiej klasy liceum o profilu humanistycznym, ale tak naprawdę jest wszechstronna. Kocha konie i muzykę. Nie będziemy pchać jej w żadnym kierunku, sama musi się na coś zdecydować.

No i kompletnie inny od starszych dzieci jest Staś. Z zapałem chodzi do pierwszej klasy szkoły podstawowej prowadzonej metodą Montessori, gdzie dzieci uczą się poprzez doświadczenie. A Staś ma szczególną zdolność obserwowania, nazywania rzeczy po imieniu, dostrzegania sedna. My, dorośli, często nie dotykamy głębi, nie wychodzimy poza powierzchnię zjawisk. Czasami nadajemy większe znaczenie mniej ważnym słowom dziecka, a te naprawdę istotne nam umykają.

Starsze dzieci twierdzą, że rozpuszczamy go niemiłosiernie. I coś w tym jest.

Staś przyszedł na świat, gdy byliśmy dojrzałymi ludźmi, i na pewno zupełnie inaczej go wychowujemy. Wstyd mi przyznać, ale dla starszych dzieci miałam znacznie mniej czasu i cierpliwości. Cała czwórka (razem z Alikiem) nieźle dawała nam popalić, byliśmy przez nich zdominowani, osaczeni, musieliśmy walczyć o kawałek przestrzeni dla siebie. Teraz jest o wiele spokojniej.
 
Naszą naczelną zasadą jest szacunek dla odmienności każdego dziecka i, co za tym idzie, indywidualne do nich podejście. To jest piekielnie trudne, bo korci nas, żeby do wszystkich przykładać jedną miarę. Wszystkich powinny obowiązywać podstawowe zasady: nie kłam, szanuj innych, ale już rozmowa o tych zasadach czy sposób ich egzekwowania powinny być dostosowane do dziecka. Trzeba brać pod uwagę jego charakter, to, jak reaguje na nasze słowa, a w ogóle naczelną zasadą powinna być rozmowa. Ważne, żeby bacznie je obserwować, słuchać i nie wymagać rzeczy niemożliwych. Często rodzice chcą dla dziecka tego, czego sami nie mieli, egzekwują to, co im się nie udało. I na przykład posyłają na medycynę, podczas gdy dziecko pasjonuje się muzyką jazzową.

Uważam, że jeżeli już karać za przekraczanie wyznaczonych przez nas granic, to na spokojnie. Kara dana w emocjach może być nadmierna – i jak ją wtedy wyegzekwować? „Nie będziesz wychodził z domu przez pół roku!” – rzucamy w gniewie. Emocje opadają, a my nawet nie pamiętamy, o co w tym konflikcie chodziło. Dlatego według mnie kary powinny być wymierzane bez emocji. Wiem, że to kontrowersyjne – wielu ludzi uważa, że lepiej reagować emocjonalnie, a nie na zimno. Ale według mnie do tego, żeby nie przesadzić w karaniu, potrzebny jest spokój.

Ja byłam wychowana bardzo surowo, ale i bardzo przewidywalnie. Wiedziałam dokładnie, czego mama nie toleruje: kłamstwa, braku szacunku. Jak mi się zdarzyło okłamać, to czułam się strasznie. Moi rodzice nie krzyczeli na mnie, wystarczyło, że matka spojrzała i powiedziała: „Zawiodłam się na tobie”.

 

Staram się nie przenosić na dzieci tego, co mnie irytowało w mojej mamie. Ale czasem popełniam inne błędy. Jednym z nich jest lęk o dzieci, one nawet czasem z tego powodu nabijają się ze mnie. Jak dzwonią w porze, w której się nie spodziewam, to zamiast powiedzieć „cześć”, pytam: „co się stało?”. Gdy któreś wychodzi, wypytuję: gdzie, do kogo, z kim, a wziąłeś pieniądze na taksówkę? Pamiętam, jak dziesięcioletni Zyś jechał na lekcję angielskiego i wsiadł nie w ten autobus, co powinien. Zamiast w centrum, znalazł się w Ursusie, a ja odchodziłam od zmysłów, bo nie było wtedy komórek. Oczywiście poradził sobie, ale ja myślałam, że zwariuję. Jak któreś z nich ma gorączkę, to wpadam w panikę, działam szybko, trzeźwo, ale jest to okupione po-twornym lękiem.

Wiem, że lęk o dzieci jest wpisany w macierzyństwo, nie może to być jednak lęk chorobliwy. Ja trochę się z niego wyleczyłam dzięki studiom teologicznym. W rozważaniach wielkiego niemieckiego teologa Karla Rahnera przeczytałam coś, co już wcześniej chodziło mi po głowie – że dzieci są takimi kawałkami wieczności, że przez pewien czas są na tym świecie, ale to nie znaczy, że potem nastąpi koniec. Bardzo mi te kazania pomogły, tak jak w ogóle pomaga mi wiara. W tym kontekście rodzicielstwo staje się nieprawdopodobnie głębokie i ważne, a dzieci niepowtarzalnymi, pełnymi i wiecznymi istotami.

Dlatego ten krótki czas, jaki dany nam jest spędzić razem, warto sensownie wykorzystać. To nie jest jednak tak, że powinniśmy tylko podążać za dzieckiem, wsłuchiwać się w jego potrzeby. Mamy swoje doświadczenia i powinniśmy je przekazywać, czasem, gdy chodzi o bezpieczeństwo, nawet w sposób bezdyskusyjny. Gdy malec zbliża się do ognia, nic nie da mówienie cienkim głosikiem: „Syneczku, odejdź, bo sobie zrobisz krzywdę”. W takich sytuacjach trzeba reagować zdecydowanie.

Nie wierzę w tzw. bezstresowe wychowanie. Trzeba uczyć szacunku dla drugiego człowieka, powtarzać, że przestrzeń dziecka nie może w żaden sposób naruszać przestrzeni drugiego człowieka. Od małego powinno się bardzo jasno stawiać granice, oczywiście tłumacząc, dlaczego je stawiamy. Ja tracę głos przy stole, mówiąc: Trzymajcie się prosto, nie mlaskajcie, jedzcie z zamkniętymi ustami, ale jak mnie pytają dlaczego, to muszę umieć im odpowiedzieć, że to nie są głupie reguły wymyślone dla samych reguł. Więc odpowiadam: Postawa wyprostowana pomaga w trawieniu, rozparte łokcie przeszkadzają innym, a jest jeszcze cały wymiar estetyczny, który sprawia, że nam wszystkim może być przy stole przyjemnie.

Powtarzam: Dostałeś prezent, podziękuj. Starsi ludzie nie mają telefonów komórkowych, więc napisz list. Moje dzieci zapraszają swoich kolegów do moich rodziców w Toskanii. Proszę ich: Wytłumaczcie kolegom, żeby podziękowali potem dziadkom, wystarczy zwykła pocztówka. Przez te wszystkie lata tylko jeden przyjaciel to zrobił. A chodzi o to, żeby takim gestem okazać szacunek starszym ludziom.

Bezstresowe wychowanie krzywdzi dziecko, bo wcześniej czy później życie i tak go nie oszczędzi, czasem w sposób brutalny będzie mu stawiało granice, więc lepiej, żeby się tych granic uczyło od małego.


Niezwykle ważny jest moim zdaniem wspólnie spędzany czas. Dla nas szalenie integrujący jest weekend, kiedy wszyscy (teraz oprócz Cosimy i Alika) jesteśmy w domu i wspólnie przygotowujemy obiad. Jest przy tym dużo śmiechu, to taka prawdziwa terapia rodzinna. Mamy zwyczaj jedzenia razem przynajmniej jednego posiłku dziennie, najczęściej około 18. Dzieci czasami stawiają mi trudne pytania: „A pamiętasz, jak byliśmy mali i jedliśmy to i to?”. I proszą: „Zróbmy to teraz”.

One wszystko pamiętają. Zygmunt zażyczył sobie ostatnio grecką Wielkanoc, bo przypomniał sobie dania, które jedliśmy tam kilka lat temu. Nawet dzwoniłam do Agnieszki Kręglickiej [restauratorki – przyp. red.] i prosiłam, żeby mi dała trochę taramy (pasta z ikry dorsza) na zrobienie taramasalata, i udało się.

Wszystkie dzieci, no może z wyjątkiem Zygmunta, lubią gotować. A gotowanie naprawdę łączy. Strasznie wzruszał mnie Alik, gdy dzwonił z Ameryki, żeby zapytać o jakiś szczegół kulinarny. Cosima jest mistrzynią świata, jeśli chodzi o ciasta i desery. Piecze tak świetnie, że ja się do niej nie umywam. Flavia też uwielbia gotować, a od kiedy Cosima wyjechała, przejęła jej rolę. Staś bardzo chce się uczyć i kiedy jest w kuchni, czuje się dowartościowany.


Jestem pół Włoszką, pół Angielką, a mam jeszcze korzenie greckie. Od początku w moim rodzinnym włoskim domu była zakodowana kultura angielska, zarówno w kuchni, w lekturach, jak i w myśleniu i mówieniu, ale tak naprawdę był to dom wielokulturowy, bo gościli w nim ludzie z całego świata. Byłam dzieckiem dwujęzycznym, moje dzieci natomiast posługują się biegle trzema językami. I choć ich naturalnym językiem jest polski, to mają w sobie bardzo ważne części kultury włoskiej: wrażliwość na piękno, smaki, muzykę.

Staraliśmy się z mężem stworzyć dom otwarty na ludzi, inne kultury. Chcieliśmy, żeby nasze dzieci dobrze się czuły wszędzie, gdziekolwiek przyjdzie im mieszkać. Staraliśmy się uchronić je przed tzw. prowincjonalnością, czyli przekonaniem, że świat się kończy na moim podwórku.

Co jest w wychowaniu najważniejsze? Miłość. Dziecko powinno czuć w każdej sytuacji, nawet wtedy, gdy mu się czegoś zabrania, że je kochamy. Może zabrzmi to pretensjonalnie, ale mówię to z perspektywy osoby wierzącej – powinniśmy wzorować się na Piśmie Świętym. Przytoczę tu piękną historię o człowieku, który pyta Boga: „Gdzie byłeś przy mnie?”. Bóg odpowiada: „Pamiętasz, jak chodziłeś po plaży? Na piasku widać było ślady czterech stóp, więc chodziłem obok ciebie”. Na co ów człowiek: „Nieprawda, czasami widziałem tylko ślady dwóch stóp”. Bóg: „Wtedy nosiłem cię na rękach”. I to jest to – wzorować się na Bogu, który był z człowiekiem nawet, gdy ten go zdradził. I my nie powinniśmy obrażać się na dziecko, tylko być zawsze obok i w razie potrzeby „nosić na rękach”.