Grand Tour XXI wieku – przystanek Wenecja

Materiały prasowe

reklama

„Pomyśl zmysły – poczuj umysł”, wzywa Robert Storr, dyrektor 52. Biennale Sztuki w Wenecji. Nowojorski krytyk, pierwszy Amerykanin, któremu powierzono kierowanie superwystawą współczesnej sztuki, zachęca publiczność do przekroczenia odwiecznej opozycji między rozumem i uczuciem, intelektem i intuicją, duszą i ciałem

W Wenecji wszystko jest możliwe. Doznaje się tu zawrotu głowy: wilgotny upał i wyziewy z kanałów spowijają oszałamia-jącą mgiełką archipelag współczesnej sztuki, który tworzy pół tysiąca artystów, dobra setka wystaw, kalejdoskop obrazów, idei i konceptów.

Biennale, za którym stoi 100-letnia już tradycja, to nie wystawa sztuki, ale wystawa wystaw. Obok wielkiego zbiorowego pokazu tematycznego na imprezę składają się autonomiczne projekty organizowane przez poszczególne kraje w pawilonach narodowych. Do tego dochodzi kilkadziesiąt wydarzeń towarzyszących. Sama Wenecja zresztą, archetyp miasta i jednocześnie urbanistyczna fantasmagoria, jest jednym wielkim zabytkiem, który zgodnie z paradoksalnymi zasadami postmodernizmu tworzy idealną ramę do prezentacji współczesnej sztuki.

Peryferie sztuki w centrum

Chętnych do pokazywania się w Wenecji przybywa z każdą edycją. Na 52. Biennale padł kolejny rekord. Swoje wystawy zorganizowało 76 krajów, wśród nich debiutanci: Tadżykistan, Meksyk, Liban, Azerbejdżan i Mołdawia. Ci, dla których nie starczyło miejsca w Giardini, urządzają swoje pawilony, gdzie się da: w starych pałacach, w zabytkowych kościołach, w wynajętych sklepach, w zaułkach, namiotach i na łodziach, w centrum miasta i na wyspach weneckiego archipelagu.
 
Biennale w Wenecji to wymarzona okazja dla sztuki z peryferii, która chce znaleźć się w centrum uwagi wielkiego artystycznego świata. Dwa lata temu niespodziewanym hitem imprezy była niezależna wystawa artystów z Azji Centralnej – Kirgizji, Kazachstanu i Uzbekistanu, krajów, które wielu międzynarodowych kuratorów ledwo było w stanie wskazać na mapie. W tym roku miejsce centralnych Azjatów starają się zająć Romowie, organizując na biennale Pierwszy Pawilon Cygański.

„Wyobraź sobie… że wsiadasz do autobusu, a wszyscy pasażerowie łapią się za portfele. Że masz dobrą pracę, dużo zarabiasz, a i tak przy pierwszej okazji zostajesz nazwana cygańską dziwką. Że mieszkasz w najbiedniejszym regionie kraju, masz trójkę dzieci, żyjesz w mieszkaniu bez ciepłej wody, i jesteś Cyganką. Że na koniec każdego dnia ostatecznym argumentem i tak będzie, że jesteś brudnym Cyganem/brudną Cyganką”. Taki tekst można przeczytać na ulotce towarzyszącej wystawie sztuki Romów. Sama wystawa, sfinansowana przez fundację Sorosa i zorganizowana przez kuratorów z Węgier, nie poprzestaje jednak na oskarżeniach o dyskryminację – w tym kontekście skądinąd nieuniknionych. Cygańscy twórcy z ośmiu krajów europejskich – od Rumunii po Wielką Brytanię – pokazali w stylowo zapuszczonych wnętrzach Pałacu Pisanich sztukę, w której współczesne strategie artystyczne mieszają się z tradycyjną kulturą i estetyką Romów, a polityka jest nierozdzielna od poezji i fantazji.
 
Ton imprezie nadaje wystawa przewodnia w niekończących się halach Arsenału. Robert Storr zaprosił na nią równo stu artystów, dosłownie z całego świata: z krajów arabskich, z Iranu, Ameryki Południowej. Obok zdyscyplinowanych formalnie gigantów sztuki nowoczesnej z Europy i Stanów, takich jak Gerhard Richter, Elsworth Kelly czy Sigmar Polke, pokazywane są dziś bajecznie kolorowe, żywiołowe obrazy Kongijczyka Cheri Samby, które jeszcze kilkanaście lat temu znalazłyby miejsce w muzeach etnograficznych albo galeriach sztuki naiwnej. Złotego Lwa, nagrodę biennale za całokształt twórczości – do niedawna zarezerwowaną dla artystów z podręczników zachodniej sztuki najnowszej – dostał tym razem Malik Sidibe, fotografik z Mali. Dzieło zapełniania „białych plam” na mapie sztuki współczesnej wie czy urządzenie w głównym kompleksie ekspozycyjnym, po raz pierwszy na biennale, Pawilonu Afrykańskiego. Mieści on energetyczną wystawę „Check List Luanda Pop” zrobioną na bazie kolekcji współczesnej sztuki afrykańskiej Sindika Dokolo ze stolicy Angoli, Luandy.

 

Pojutrze niezbyt różowe

Fragment wystawy „Paradise Lost” („Raj utracony”) odbywającej się w Pierwszym Pawilonie Cygańskim, 2007Zasięg współczesnej sztuki rozszerza się, ale dzisiejsze nastroje są dalekie od optymizmu. Biennale w Wenecji to kolejna wystawa, która za pomocą sztuki diagnozuje współczesność jako świat niepewności, lęku i niedobrych przeczuć. Pokaz zbiorowy w Arsenale zaczyna się od barwnej instalacji Luki Buvolego z wielkim napisem „A Very  Beautiful Day After Tomorrow” – „bardzo piękny dzień pojutrze”. Jutro, a zwłaszcza dzisiaj, nie rysuje się jednak w różowych barwach. Wystawa pełna jest projektów, w większości fotograficznych, mapujących niezliczone pola walki, ogniska konfliktów i zagrożeń. Co krok obecne są aluzje do Iraku i wojny z terroryzmem. Oglądamy ruiny Bejrutu i Serbii; Nedko Solakov zaczyna swoją instalację na temat kłótni między Bułgarią a Rosją o prawa do produkcji kałasznikowów od pokazania w galerii prawdziwego, gotowego do strzału karabinu maszynowego. Nad wszystkim unosi się wielki balon wypuszczony w powietrze przez Japończyka Hiroharu Mori. Na jego białej powierzchni wydrukowany jest wielki znak zapytania we wzór kamuflażu z wojskowego polowego munduru. Co to będzie? Artyści  raczej zadają pytania, niż dają odpowiedzi, ale znamienne, że jednym z najpopularniejszych dziś motywów w sztuce jest samolot, od kilku lat symbol niespokojnego świata po  11 września. Drugim przewodnim motywem ikonograficznym jest trupia czaszka. Ten złowieszczy znak przemijania również spotykamy co krok, od pawilonu niemieckiego, w którym Isa Genzken zgromadziła całą kolekcję trupich główek, po niesamowite, gotyckie, wyszywane obrazy Angela Filomena, na czele z przedstawieniem defekującego kościotrupa pt. „Srający filozof”. Wśród wanitatywnych obrazów największe wrażenie robi jednak wideo Paola Canevariego. Na filmie widzimy ruiny zbombardowanego przez samoloty NATO Belgradu i chłopca, który samotnie ćwiczy grę w piłkę – tyle że zamiast futbolówką dziecko żongluje sczerniałą ludzką czaszką.
 
Dla tak ułożonej wystawy właściwą puentą wydaje się projekt wideo Yanga Zhenzhonga. Na wielkoformatowych projekcjach widzimy ludzi, których artysta poprosił o wypowiedzenie jednego zdania: „Ja umrę”. Słyszymy tę kwestię w najrozmaitszych językach, padającą z ust ludzi wszelkich ras i w różnym wieku, od starców po dzieci. Niektórzy mówiąc: „Ja umrę”, nie potrafią powstrzymać śmiechu.

Wielka podróż

Na biennale weneckim troska o przyszłość (świata i każdego z nas z osobna) jest raczej konwencją niż głębokim niepokojem – tym bardziej że najbliższa przyszłość dla zainteresowanej sztuką publiczności to kolejne superwystawy. Tegoroczna impreza jest bowiem początkiem bezprecedensowej kumulacji prestiżowych wydarzeń: zaraz po biennale zaczynają się targi sztuki Art Basel, potem odbywające się raz na pięć lat Documenta w Kassel i organizowane raz na dekadę Skulptur Projekte w M¨unster. Wszystkie imprezy są skoordynowane i zostały już nazwane nowym Grand Tour – na wzór słynnych objazdów, jakie w XVIII wieku fundowali sobie po artystycznej Europie angielscy dżentelmeni z kulturalnymi ambicjami. Artystyczna Europa rusza więc w wielką podróż. Wenecja to jej pierwszy przystanek.