Jak wyzwalać twórcze siły?

Corbis

reklama

O tym, że kreatywność jest kluczem do sukcesu, nikogo nie trzeba przekonywać. Zdaniem socjolożki Joanny Tomaszewskiej i malarza Wojciecha Kołyszki – autorów warsztatów dla dzieci rozwijających twórcze podejście do życia – to także niedoceniane źródło wiedzy o nas samych i sposób kontaktowania się z emocjami.


– Jak to się robi? Udaje się wam docierać do dzieci uznawanych przez innych za trudne.

Joanna Tomaszewska: Mnie pomogło doświadczenie wyniesione z pracy w szkole (uczyłam etyki i filozofii w gimnazjum i liceum), z rozmów z dziećmi, zwłaszcza z tymi młodszymi, bo starsi są wyćwiczeni w systemie szkolnym. Nauczyli się już, że prawidłowa odpowiedź jest jedna, że jeśli się czegoś nie wie, można dostać złą ocenę albo zostać wyśmianym. Wolą nie ryzykować.

Za to młodsi bardzo fajnie kombinowali. Na przykład kiedy rozmawialiśmy o dualizmie Platona, zastanawiali się, w jaki sposób dusza wychodzi z ciała, i tworzyli niesamowite teorie, w których odwoływali się do wiedzy z biologii. Można było powiedzieć: nie mieszajmy porządków filozoficznego i biologicznego, ale ja ich z uwagą słuchałam, bo mieli bardzo twórcze pomysły.

– Czy nie w tym tkwi cała tajemnica – żeby inspirować do poszukiwań, a nie podawać gotową wiedzę?

J.T.: Dobrze jest zadawać pytania. Ale nie z założeniem, że trzeba znaleźć prawidłową odpowiedź, tylko że każde dziecko może zaproponować swoje rozwiązanie. To całkowicie inny paradygmat niż ten obowiązujący w szkole, aczkolwiek nie różni się od tego, jaki obowiązuje w nauce uprawianej na wysokim poziomie. Mam wrażenie, że najwybitniejsi fizycy zadają pytania, których nie zadają inni. Trochę na zasadzie: wszyscy wiedzą, że coś jest niemożliwe, a wtedy przychodzi ktoś, kto nie wie, i to robi.

Wojciech Kołyszko: Panuje przeświadczenie, dosyć powszechne, że sztuka i wszelka działalność artystyczna są zarezerwowane tylko dla wybranych, a reszta może tylko podziwiać ich dzieła oraz ich samych. Wiele dzieci już w podstawówce jest przekonanych, że to nie dla nich.

– Jak to przekonanie zmienić?

W.K.: My z Joanną mamy hopla na punkcie podmiotowości dziecka. Z jednej strony bardzo dużo się o tym mówi, a z drugiej te deklaracje i codzienną praktykę dzieli przepaść. Systemy edukacyjne nadal są oparte na założeniu, że dziecko to materiał, który trzeba obrobić. A jeżeli ono nie czuje, że jest podmiotem, partnerem, to nie może być kreatywne.

– Czy można budować partnerskie relacje z dzieckiem?

J.T.: Oczywiście. W szkole byłam w lepszej sytuacji od innych nauczycieli, bo uczyłam etyki, przedmiotu nieobowiązkowego. Swoją rolę rozumiałam tak: Pokazuję, że istnieje wiele drzwi, wiele różnych możliwości. Zapraszam was, żebyście je ze mną otwierali. Trudniej pracuje się nauczycielom przedmiotów egzaminacyjnych, oni muszą „wtłoczyć wiedzę do głowy”. Choć ja nie wierzę, że na siłę da się cokolwiek wtłoczyć.

W.K.: My zawsze staramy się partnersko traktować dzieci, co w polskim systemie edukacyjnym na pewno nie jest normą. Dlatego wybraliśmy działanie poza systemem. W ramach konkretnych projektów współpracujemy z różnymi instytucjami: szpitalami, sanatoriami, bibliotekami. Bywamy też zapraszani na jednorazowe spotkania autorskie. Zwykle już na wstępie wychodzimy z roli polegającej na siedzeniu na podwyższeniu i odpowiadaniu na sztampowe pytania. Często zaczynamy tak: Czy przyszliście tu dobrowolnie? Wtedy rozlegają się śmiechy, bo wiadomo, że dzieci zostały przyprowadzone. W ten sposób sytuacja się urealnia; nie udajemy, że znalazły się tu z potrzeby serca. Drugie pytanie brzmi: Czy wiecie, po co tutaj przyszliście? Dzieci na ogół przynoszą dla nas laurki, ale celu spotkania nie znają. Jak można oczekiwać autentycznego zaangażowania z ich strony, jeśli nie traktuje się ich poważnie?

– Urealniacie sytuację, traktujecie dzieci podmiotowo. Co jeszcze jest potrzebne do wyzwolenia kreatywności?

W.K.: Chcemy sprawić, by spotkania z dziećmi były rodzajem zabawy. Prosimy na przykład, aby opowiedziały o swoich marzeniach i spróbowały je narysować, a my coś dorysowujemy lub kolorujemy ich rysunki. Albo odwrotnie. Później wspólnie tworzymy jakąś fantastyczną historię. Chodzi o to, aby robić coś razem, bez hierarchii. Dzieci mają wielką potrzebę takiego doświadczenia.

J.T.: Małe dziecko w czasie rozmowy z dorosłym musi zadzierać głowę. Wystarczy, by dorosły usiadł na dywanie, i wtedy perspektywa, z jakiej obie strony widzą świat, staje się podobna. Rodzice czytają mnóstwo książek psychologicznych, i dobrze. Gorzej, że często traktują je jako uniwersalną „instrukcję obsługi dziecka”. A każde dziecko jest odmienną osobą, tak samo jak dorośli.

W.K.: Zawsze pytamy dzieci, co lubią, czym się interesują. To daje im poczucie, że są ważne. Nam natomiast daje wiedzę, jak dotrzeć do każdego z nich. W trakcie cyklu spotkań poświęconych Pippi kilku chłopców nie chciało rozmawiać o niczym poza piłką nożną. Nie docierały do nich żadne, naprawdę fajne, propozycje. Wtedy zaczęliśmy wspólnie się zastanawiać, co by było, gdyby Pippi grała w piłkę. I pojawiły się piłki z warkoczykami, piłki wyskakujące z telewizora, piłki z nóżkami kopiącymi piłkarzy. Osiągnęliśmy to, co zamierzaliśmy: wyobraźnia chłopców została poruszona, a jednocześnie nie mieli poczucia, że zostali do czegokolwiek zmuszeni. Żywy kontakt, otwartość na to, co jest w tej chwili prawdziwe, sprzyja rozwijaniu twórczych możliwości.

– Dlaczego tak trudno nam ten kontakt nawiązać?

J.T.: Wielu rodziców ma poczucie, że muszą w każdym momencie wychowywać swoje dziecko – to potworny balast. Trudno wtedy bawić się z dzieckiem, być z nim w autentycznym kontakcie.

W.K.: Jeżeli nie mam poczucia własnej wartości, nie czuję się podmiotem, to nie mogę dziecku tych jakości przekazać. Z mojego doświadczenia wynika także, że nie mogę być naprawdę kreatywny, kiedy nie potrafię kontaktować się ze swoimi emocjami.

J.T.: Bo kreatywność jest związana z radością. Ale nie możemy jej w pełni przeżywać, jeżeli nie potrafimy kontaktować się z tymi mniej przyjemnymi uczuciami: smutkiem, złością, strachem. Nie da się postawić barierki: to odczuwam, a tego nie. By mieć z dzieckiem dobrą relację, potrzebne jest jeszcze coś – wzajemne lubienie się. W filmie „XXY” jest scena, w której nastolatek pyta ojca: – Czy ty mnie lubisz? Pada odpowiedź: – Jestem twoim ojcem, kocham cię. – Ale czy ty mnie lubisz? – docieka syn. I słyszy: – Wiesz, nie bardzo. To normalne, że w swoim dziecku czegoś nie lubię: jakiejś cechy, zachowania. Ale jeśli nie lubię jego samego, to chyba jest już jakiś problem. Mam też wrażenie, że mało jest u nas szacunku do siebie samych i siebie nawzajem, w tym także szacunku dla dzieci. Przyjęło się, że dziecko można przestawiać z miejsca na miejsce jak rzecz. Ja reaguję alergicznie na sposób, w jaki poprawia się dzieciom szaliczki, widzę w tym często dużo agresji pod pozorem troski. Ten, kto nie doświadcza szacunku, ma zazwyczaj zaniżoną samoocenę, co z kolei negatywnie wpływa na zdolności twórcze.

– Pracujecie również z chorymi dziećmi. Jak kreatywność pomaga im w radzeniu sobie z chorobą, emocjami?

W.K.: Wyrażanie za pomocą obrazów, słów czy fantastycznych opowieści tego, czego dziecko się boi, co je martwi, bywa bardzo pomocne. To jedna z tych funkcji sztuki, którą niestety wykorzystujemy na co dzień w minimalnym stopniu, mimo że nie potrzeba do tego specjalnych zdolności ani umiejętności. Pamiętam siedmioletnią dziewczynkę chorą na astmę, która narysowała w trakcie zajęć kilka kolorowych kłębuszków. Pytam, co to jest, a ona odpowiada, że to potworki chorobowe, które sprzątają organizm – jak tylko znajdą jakąś chorobę, to ją zjadają. No i umówiliśmy się, że gdy tylko poczuje się źle, to oprócz przyjęcia leków będzie wyobrażała sobie, że te potworki jej pomagają.

Staramy się pokazywać dzieciom, w jaki sposób one same mogą wpływać na swoje zdrowie i samopoczucie. Na szczęście główny nurt medycyny coraz bardziej docenia wpływ pozytywnego nastawienia pacjenta na sam proces zdrowienia.

J.T.: Dzieci przewlekle chore, miesiącami przebywające w szpitalu, nabywają przekonania, że na nic nie mają wpływu. I na tym buduje się ich tożsamość, co przeszkadza potem w osiąganiu sukcesów.
W.K.: Choroba może być traumą, która blokuje rozwój dziecka – również jego zdolności twórczych. Ale bywa, że trudna sytuacja zmusza do szukania niekonwencjonalnych rozwiązań. Możemy pomóc dziecku (i sobie), odwołując się do wyobraźni – jak szukać sprzymierzeńców w zmaganiu się z problemami, opowiadamy w książce „Leo, Leo i lwy”. Jeśli na przykład dziecko boi się ciemności (bo nie mówimy wyłącznie o chorobach), może namalować swój strach albo stworzyć postać wspierającą, reprezentującą cechę, której mu brak – w tym wypadku odwagę. Zamiast zbywać dziecko, mówić: „uszy do góry”, porysujmy z nim, pobawmy się, wejdźmy z nim w kontakt inny niż zwykle.

J.T.: To ważne zwłaszcza wtedy, gdy dziecko ma jakiś poważny problem. Zapowiedź: „Teraz musimy porozmawiać”, najczęściej blokuje. O wiele łatwiejsza jest rozmowa przy wspólnym rysowaniu. Często dopiero wtedy dowiadujemy się prawdy o tym, co się z dzieckiem dzieje. Dużo łatwiej jest mu opowiadać o sobie poprzez historię wymyślonego bohatera. Gdy dobrze wsłuchamy się w jego przygody, możemy wiele dowiedzieć się o swoim dziecku. Bardzo ważne jest, aby naprawdę słuchać dzieci, a nie tylko do nich mówić.

W.K.: Zabawy z malowaniem i tworzeniem własnych historii mogą być też pomocne w modyfikowaniu wewnętrznych negatywnych scenariuszy. To cudowne odkrycie: w świecie istnieje nieskończona liczba możliwości! Kiedy jestem kreatywny, potrafię dostrzegać całą ich gamę. Nie ma nade mną władzy koszmarny model: przegrywam albo wygrywam i nie ma innej opcji. Dlatego właśnie między innymi warto rozwijać zdolności twórcze.

J.T.: Bywa, że ktoś, zwykle dorosły, przełamuje się i w końcu maluje obraz, ale coś mu się nie udaje. Wtedy stwierdza: No tak, wyszła cała prawda o mnie, jestem do niczego. A właśnie że nie: Możesz ten obrazek przemalować zgodnie ze swymi najgłębszymi potrzebami. Spróbuj coś zmienić. Zmieniaj aż do skutku. To ty jesteś autorem lub autorką tego obrazu – i swojego życia!

W.K.: Pomyślmy, skąd się ta niepewność bierze, dlaczego ograniczamy kreatywność własną i naszych dzieci. W czasie cyklu warsztatów tworzyliśmy z dziećmi opowieści. Wiele historyjek miało niezwykłą ekspresję, nieraz godną awangardowych twórców – siedmio-, ośmiolatki dopiero uczące się języka pisanego często wymyślają nieszablonowe rozwiązania. Jednak kiedy przychodzili opiekunowie, dzieci biegnące pochwalić się tym, co zrobiły, często słyszały: „Ojej, ile błędów, nie mogę na to patrzeć”. Zwracając uwagę tylko na poprawność, zabijamy w dziecku to, co w nim najbardziej twórcze. Uczy się ono, że to, co samo wymyśli, jest bez znaczenia. Jak tego uniknąć? My posługujemy się formami otwartymi: Kim jest ten stworek? Co lubi, a czego nie? Kogo może spotkać? Co by się stało, gdyby…? Dziecko zawsze w jakiś sposób zapełni otwartą przestrzeń. Zauważamy głównie to, co oryginalne, osobiste, indywidualne, zaskakujące. W ten sposób wspieramy twórczy potencjał dziecka.

J.T.: W procesie uczenia ważny jest nie tylko efekt, czyli co mi w głowie zostanie, ale sam proces. Jeżeli ktoś ma takie doświadczenie, że wiedza przychodzi z zewnątrz, od autorytetów, to będzie sięgać po poradniki, a nie odwoływać się do tego, co sam przeżył. Chodzi o to, aby wyrobić w dziecku przekonanie, że samo potrafi znaleźć odpowiedź. Nie jesteśmy w stanie sobie wyobrazić, jak będzie wyglądać przyszłość, świat zmienia się coraz szybciej. Według mnie najważniejszym kapitałem, jaki możemy dać dziecku, jest przekonanie: Poradzę sobie, a jeśli mi się nie uda tak, spróbuję inaczej. Dlatego powinniśmy dawać mu prawo do popełniania błędów.