Jesienią pięknieję

reklama

Miewam ostatnio skłonność do popadania w zachwyt absolutny. Jakbym potrafiła dotrzeć do rdzenia, sedna, cieniusieńkiej nitki dobra, którą posiada każde ziemskie stworzenie.


Pragnęłam jesieni. Odeszły na szczęście w przeszłość te dni, kiedy sponiewierana przez lato, wybatożona słonecznymi promieniami wyglądałam jesieni w napięciu. Wielbię tę piękność, rudą jak muza z międzywojnia, wystrojoną w brązy i żółcie, których pozbywa się sukcesywnie, by stanąć przede mną naga i zapłakana. Nieprzeciętnie skłonna do nagłych wzruszeń, mogę ronić łzy incognito, pozwalając im mieszać się z deszczem. Mogę z moich kształtów uczynić zagadkę dla świata, chowając je pod obszernym paltem. Mogę, patrząc na wirujące liście, popaść w swoisty stupor, który da nadaktywnemu umysłowi chwilę wytchnienia. W razie ekstremalnego napięcia mogę się osunąć w inspirowaną późnojesiennym krajobrazem depresję. Kocham jesień , a ta miłość sprawia, że pięknieję.

Miewam ostatnio skłonność do popadania w zachwyt absolutny. Takie momenty ozdabiają pokaźną falbaną sensu egzystencję przeważnie sensu pozbawioną. Idę sobie Alejami Jerozolimskimi, pod kurtką niosę serce, lekko nadłamane, dousznie podaję sobie znieczulenie w postaci muzyki najsmutniejszej ze smutnych i… mam wrażenie, że posiadam osobliwą zdolność dostrzegania w osobach, które mijam, samych tylko pozytywów. Jakbym swą źrenicą-laserem potrafiła przeciąć warstwę odzieży wierzchniej, potem skórę, mięśnie i te wszystkie rzeczy, których istnienia w człowieku mogę się jedynie domyślać, by dotrzeć do rdzenia, sedna, cieniusie kiej nitki dobra, którą posiada każde ziemskie stworzenie. Ta kobieta łapczywie połykająca papierosowy dym, osiłek opuszczający sprężystym, amfetaminowym krokiem podwoje hotelu Marriott, panie o obyczajach lekkich jak piórko, bezdomny prowadzący na sznurku tragikomiczny skutek szalonej psiej orgii. Wszyscy.

Zachwyca mnie pozbawiona jakiegokolwiek napięcia cisza, która wisi rozciągnięta pomiędzy rzęsami moimi i Przyjaciela, kiedy pijemy smolistą kawkę w kawiarni gościnnego Żyda. Każdorazowo moment, gdy przestaję się wreszcie opierać i pozwalam Ukochanemu, by się we mnie rozgościł. Melancholijna muzyka Czesława, którego brwi uroczo zmarszczone podczas gry układają się w ptasi wizerunek. Wzruszająca chudość i kokieteryjna nieporadność skrywające potęgę talentu, charakteryzujące Anię B., o której świat wkrótce usłyszy. Moja piękna Mama przełykająca dzielnie wciąż powracającą kulkę żalu wywołanego saltem niemorale w wykonaniu mojego androPAusPY. Syn całujący mnie w dłoń lub nadstawiający do pocałunku zwinięty w trąbkę dzióbek. Chwile, gdy uda mi się uwieść kogoś, używając zamiast słów smaków, aromatów i faktur składających się na to jedno miłośnie przygotowane danie. Zachwycam samą siebie, kiedy powodowana silnymi emocjami zaserwuję otoczeniu reakcję, której nikt się nie spodziewał, detonując bombę gniewu w miejscu, w którym eksplozja nie skrzywdzi nikogo, nawet mnie.

Mam zamiar tarzać się w zachwytach, kolekcjonować miniekstazy, nim powróci zwątpienie, które zacznie powoli znieczulać na przekaz płynący z wszechświata. Nim po całym moim jestestwie zaczną się rozprzestrzeniać, przesuwając niemal narządy w poszukiwaniu wolnej przestrzeni, rozgoryczenie i smutek, które powracają jak lato i jak lato wypalają i pustoszą. Nim zacznę kopać fosę oddzielającą mnie od świata, stanę się emocjonalną impotentką, a stupor nie będzie wytchnieniem, lecz ucieczką. Można pójść po linii najmniejszego oporu i pomyśleć, że dołuję na koniec, jednak tak nie jest. Szanuję naturę, jej nieprzewidywalność i zmienne cykle. Kiedy przychodzi zima, wskakuję w ciepłe ciuchy i grzeję się, aż słońce nie zdejmie drzewom z koron białych czap, a ludziom kożuszków. Przez jakiś czas będę nosiła opaskę z cierni, pokryję się odstręczającą łuską, ale to minie. Zawsze mija. A potem znów jesień i zachwyty.