Kraków Grzegorza Turnaua

Łukasz Gawroński

reklama

„Wolałbym, żeby życie tak nie galopowało. Czułbym się lepiej, gdybym miał 36 lat w zawieszeniu na 10. Taki wyrok bym poprosił” – śmieje się Grzegorz Turnau. W tym roku kończy 43 lata. W dzieciństwie marzył, żeby zostać kierowcą jelcza. Nie wyszło. Dzięki temu (na szczęście) poznajemy go wciąż w nowych muzycznych wcieleniach. Spokojny, trochę zamyślony dżentelmen wspomina smaki dzieciństwa: „Oranżada w proszku, którą zjadało się bez rozpuszczania jej w wodzie, batony Ikar, lody Bambino. No i hot-dogi na Plantach. To dopiero była magia smaku!”. Oto Turnau marzyciel.

Ruczaj

Przez pierwsze 20 lat życia mieszkałem po drugiej stronie Białuchy (inna nazwa Prądnika), która dzieli rozległy Kraków na części. Tu, na Olszy, około 5 km z Rynku Głównego, spędziłem szczenięce lata. Mój ojciec, nauczyciel akademicki, dostał tam mieszkanie jako pracownik WSP [Wyższej Szkoły Pedagogicznej – red.]. Charakterystycznym miejscem jest mostek na Białusze. Gdy zacząłem uczyć się w V LO w Krakowie, jeździłem stąd autobusem linii 128. Nieopodal mieszkał mój najbliższy przyjaciel, z którym do dziś utrzymuję kontakt, Staszek Mancewicz. Wyruszając do miasta w różnych sprawach, najczęściej rozrywkowych, umawialiśmy się zawsze „przy ruczaju”, jak nazywaliśmy to miejsce.

Miałem straszne zamiłowanie do motoryzacji i jak tylko skończyłem 10 lat i uzyskałem kartę rowerową, to za jakieś uskładane 600 złotych kupiłem sobie starą czeską, czerwono białą motorynkę Babetta. Było to dosyć heroiczne przedsięwzięcie, bo ona na ogół odmawiała posłuszeństwa i w drodze powrotnej ze szkoły najczęściej po prostu musiałem pedałować. Ale byłem na tyle uparty, że nawet w czasach, gdy już przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania (w starym nadal miałem piwniczkę do garażowania babetty), wstawałem, zima, nie zima, specjalnie pół godziny wcześniej, żeby wyprowadzić ten straszny sprzęt. Ponieważ nie byłem jeszcze na tyle silny, żeby go uruchomić (kręciło się pedałami), pchałem go na górkę i zjeżdżałem. Jechałem do szkoły, marznąc potwornie. A to wszystko złożone było na ołtarzu miłości do maszyn, która do dziś nie całkiem we mnie wygasła.

Szkoła Muzyczna

Zacząłem do niej chodzić, mając lat sześć. Tak się złożyło, że siostra mojej mamy była (i jest nadal) nauczycielką fortepianu, a ponieważ zdradzałem jakieś skłonności, więc padło na Ogólnokształcącą Szkołę Muzyczną. Dziś to bardzo stara kamienica, a na jej tyłach znajduje się przepiękna, ozdobiona krużgankiem sala, należąca do Akademii Muzycznej, tzw. florianka. Za moich czasów były tam pomieszczenia używane przez szczep harcerski Słowiki, do którego należałem. To było specyficzne harcerstwo, nie takie bardzo militarne, raczej wychowywało nas w duchu przyjaźni, sztuki, umiłowania historii.

Od początku edukacji grałem na fortepianie, czego czasem trochę żałuję, bo nie umiem grać na innych instrumentach. Radzę sobie z większością klawiszowych lepiej czy gorzej, ale nigdy nie starczyło mi siły woli, by pokonać ból palców przy nauce gry na gitarze czy zmusić się do ćwicze  np. na trąbce. Teraz budynek szkoły jest wyremontowany, ale pamiętam, jak fragment balustrady zleciał z drugiego piętra i o mało kogoś nie zabił. Raz mój starszy kolega, znany dziś wiolonczelista Tytus Miecznikowski, wszedł na lekcję skrzypiec przez okno na drugie piętro. Tak dla sportu, żeby przestraszyć swoją profesorkę. Jednak ta pani zasłynęła nie byle czym – w ataku furii rzuciła w tego właśnie niesfornego ucznia pękiem kluczy od sal, ale w tak misterny sposób, że cały ten pęk trafił do środka wiolonczeli przez tzw. ef, czyli maleńką szczelinkę. Lutnik miał potem poważny problem z ich wydobyciem. Tytus, choć był obiecującym skrzypkiem, gra na wiolonczeli, bo na skutek innej historii związanej z oknem niefortunnie złamał sobie lewą rękę. (Tym razem wyskoczył i spadł prosto na drzewo). Ja nie dokazywałem, byłem raczej spokojnym osobnikiem, podczas przerw grałem koleżankom na pianinie tematy z popularnych seriali.

Jelcz

Dopóki nie miałem motorynki, bardzo przeżywałem podróże autobusem. To był tzw. jelcz ogórek na licencji kody. Zawsze przeżywałem, jakim autobusem pojadę i który kierowca będzie jechał. Jeden jeździł szybciej, drugi wolniej, wszystko się poruszało i bzyczało. Marzyłem, żeby mieć taki przełącznik do migaczy jak oni. Czasem migało na zielono, czasem na pomarańczowo, zależnie od gustu kierowcy.

Nie kryję, że w domu miałem taką protezę autobusu. Sam ją sobie zrobiłem. Gdy już odrobiłem lekcje i wyćwiczyłem na fortepianie, co należało, to wsiadałem i w tej protezie pokonywałem moją ulubioną trasę, czyli Olsza – Dębniki, ku rozpaczy rodziców, którzy myśleli, że już nic ze mnie nie wyrośnie. Dźwięki wydawałem sam. Otwieranie drzwi, odpowietrzanie, specjalny hamulec odcinający dopływ paliwa. To była zabawa! Pozostała mi do dziś niesłychana atencja dla tego pełnego mozołu zawodu, dla tych kierowców, którzy tak walczą i odpowiedzialnie wożą tłumy nieodpowiedzialnych często ludzi. Imponowało mi też panowanie nad dużym pojazdem, nad żywiołem, życiem. Trzeba jednak wziąć pod uwagę pewien merkantylny aspekt historii. W tamtym czasie dotarło do mnie, że kierowcy autobusów zarabiają cztery razy więcej niż pracownik akademicki. Może myślałem wtedy, że to jest moja przyszłość? Na linii 124. Moim marzeniem byłoby kiedyś przejechać się takim jelczem, niekoniecznie po mieście, bo to mogłoby być trochę groźne, ale na jakimś starym lotnisku.

Ogród Muzeum Archeologicznego

Roztacza się z niego najpiękniejszy widok na Wawel. Dawno temu było tam więzienie, więc ogród był podworcem więziennym, a może też i miejscem straceń. Piękny, zadbany, barokowy ogród, który się kończy zarysem Wawelu. Wielokrotnie tam w letniej porze występowałem. Obok muzeum jest też Instytut Geologii PAN. Tu pracuje do dziś moja ciotka Elżbieta, do której pracowni chodziliśmy z bratem, jak byliśmy mali, i po raz pierwszy w życiu widzieliśmy mikroskop. Świat mikro. Oglądaliśmy jakieś paskudztwa: własne włosy, brud zza paznokci, paprochy. Nasz dziadek Stefan, ojciec tejże Elżbiety, brał nas zawsze pod łokcie, dźwigał do góry, sprawdzając, czy rośniemy miarowo, i mówił: „O, ty mój mikroskopku”. Elżunia specjalizuje się w rozsiewnikach zwanych sporami. Jedna spora została nawet nazwana na jej cześć: Grandispora lupata Turnau.

Nowa Prowincja

Trzy lata temu dowiedzieliśmy się z [żoną] Maryną, że można to miejsce wynająć. Wraz z przyjaciółmi, którzy mieli już doświadczenie w tej branży, zrobiliśmy remont i z kompletnej ruiny powstała kawiarnia, miejsce wydarzeń towarzysko artystycznych. Jako wydawnictwo mamy na koncie kilka tomów poetycko prześmiewczych, mieliśmy tu mnóstwo wernisaży i promocji książek. A poza tym? Staramy się, aby nie było popeliny, jeśli chodzi o kawę i ciastka – wyłącznie własnego wypieku.

Epitafia dla osób żyjących to gatunek z przyszłością, jak powiedział Bronisław Maj. Zaprzyjaźnieni z kawiarnią autorzy (m.in. Ewa Lipska, Michał Rusinek, Sebastian L. Kudas, Antonina Turnau i Bronek Maj właśnie) stworzyli więc szereg epitafiów dla siebie nawzajem i dla innych osób, także dla pani Wisławy Szymborskiej, która zaszczyca Nową Prowincję swoją uwagą. Noblistka natychmiast się zrewanżowała i tak powstał unikalny tomik, w serii tak limitowanej, że nikt dzisiaj nie jest pewien, czy w ogóle został wydany.

Takie jest założenie, to ma być zabawa w małym gronie i w małym nakładzie. Taki okruch, potrzeba spotkania. W górnej sali Pod Kokardą wiszą obrazki – ostatnio kapitalne akwarelki malowane od kilkudziesięciu lat przez panią Alinę Dawidowiczową, córkę Leona Chwistka, babcię wspomnianego Staszka Mancewicza, dziś znanego dziennikarza i felietonisty. Pani Alina jest matematyczką, a w dzieciństwie siadywała na kolanach u Witkacego. Codziennie maluje a to portreciki, a to scenki rodzajowe. W zeszłym roku urządziliśmy jej tu wernisaż.

 

Piwnica

Foto: Łukasz Gawroński

Jeżeli ktoś miał niespełna 17 lat, kiedy trafił do Piwnicy pod Baranami, i spędził tam kolejne 13 lat bardzo intensywnej pracy, zabawy, podróży i życia, to musi wspomnieć o Piwnicy. Gdyby nie ona pewnie zacząłbym się wtedy w zupełnie inny sposób realizować, mógłbym przedwcześnie uwierzyć w estradę, jeździć gdzieś bez sensu. Mnie Piwnica uratowała od takiego życia. Musiałem tam być nie laureatem, tylko chłopcem do różnych rzeczy. Do pakowania scenografii, śpiewania w chórkach, zagrania czegoś na fortepianie, do wygłupienia się i do przynoszenia wódki.
W Piwnicy mnie wychowali, z lepszym czy gorszym skutkiem, i wypuścili. Była takim stałym punktem odniesienia, bo bez względu na trasy koncertowe w soboty zawsze trzeba było wrócić na kabaret, żeby Piotr się nie obraził. Z Piwnicy, jak z Nibylandii, nie odchodzi się nigdy. Tylko trudniej się fruwa.

Klasztor Reformatów

Ze Szkoły Muzycznej na Basztowej chodziliśmy przez Planty na lekcje religii do klasztoru Reformatów. Poza samą urodą miejsce to ma dość niezwykłą historię. W podziemiach klasztoru panuje mikroklimat, który powoduje, że znajdujące się tam ciała nie ulegają rozkładowi, lecz mumifikują się w sposób naturalny. Pierwsze pochówki pochodzą z XVII wieku. Są to mumie zakonników i osób z możnych rodów. Część z nich jest eksponowana pod szkłem. Mieliśmy lat może dziewięć, dziesięć, gdy ksiądz nas tam zabrał. Śmierć jeszcze dla mnie wtedy nie istniała. W tym wieku śmierć najczęściej jeszcze nie istnieje. Jak mówił kiedyś Pilch: „Dzieci stwo to czas, w którym wszyscy jeszcze żyli”. Widok tych doczesnych szczątków zapadł mi bardzo w czaszkę.

Te truchła zachowały jeszcze mgnienie życia, mają grymas ust, z oczodołów jeszcze się wyłania jakiś strach, są włosy, resztki skóry. To nie mumia Lenina. Oni są piękni. Zanikają w czasie. Jest tam mumia dziewczynki, która została najprawdopodobniej wyłowiona z topieli, i ma nienaruszone włosy. Są gęste i piękne. Na półszkieletowej twarzy zaś jest smutny wyraz ust. Moje spotkanie ze śmiercią w takiej formie być może nastawiło mnie na resztę życia tak, że często patrzę na nie z lekką rysą tej wątłości w tle, a jednocześnie z takim przeświadczeniem, że każdy nasz gest, słowo, błysk w oku jest w jakimś sensie do zmumifikowania, do utrwalenia. Może być ostatni albo kiedyś ciekawy.

Byłem tu tylko raz, 30 lat temu. Jak to mówił zmarły już krakowski kloszard, Szajbus niejaki: „Jaki ze mnie będzie brzydki trup!”. W tym jest coś barokowego. Barok nie bał się śmierci, gnicia, truchła. To jesteśmy my przecież, innych nas nie ma.
 
Bar łabędzie

Miejsce moich pielgrzymek na Plantach, po lekcjach lub między nimi. Tu zjadałem za pięć złotych takiego dziwnego hot doga, który składał się z kajzerki z dziurką, w której znajdowała się szara wątła kiełbaska leszczy ska, maczana w musztardzie sarepskiej. Było to, obiektywnie mówiąc, obrzydliwe. Muszę przyznać, że zawsze przeżywałem wielkie rozdarcie, czy nabyć torbę śmierdzących frytek pod budynkiem LOT u przy Rynku Kleparskim, czy też hot doga w barze łabędzie. Najczęściej wygrywał hot dog, bo była jakaś magia w tym. Proszę mnie dziś nie pytać jaka.

Dwa teatry

Jak miałem te 10–11 lat, zostałem zaangażowany do śpiewania w dwóch teatrach krakowskich: Starym i Słowackiego. To były „Dziady” w reżyserii Swinarskiego i „Historyja o chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” w reżyserii Dejmka. Nie kapowałem z tego wiele, ale chodziło o to, że wtedy już się coś takiego w główce dzieje i człowiek się zaraża chorobą przedstawiania świata. W scenie obrzędu w „Dziadach” grałem dziecko, gdy przychodzi Upiór i mówi: „Ty mnie zabiłeś, ty mnie nauczyłeś czytać”. A ja na to: „Ach, ach, trup, ladaco, ach, ach, nie bierz tata”. Jakoś tak, można sprawdzić. Byłem tym tak przejęty, że prawdopodobnie grałem mocniej niż Jerzy Trela (Gustaw Konrad).
 
Ja i inni chłopcy byliśmy bardzo sowicie wynagradzani, bo dostawaliśmy sto złotych za przedstawienie. To było  20 hot dogów w łabędziach. W miesiącu zarabiałem więc średnio na sto hot dogów. Pamiętam zapach tych kulis. Kurzu, farby, drewna, pewnie zgnilizny, bo Stary Teatr zawsze miał problemy z dachem i podmakał, prochu, smoły (palono autentyczną smołę), no i jeszcze dwa zapachy z „Dziadów”: kasza gryczana i biały ser, jadło dla widm. Oczywiście to nie było naprawdę zjadane na scenie, więc my, chłopcy, żywiliśmy się tym później w garderobie.

Bracka

Zaczyna się moja dorosła historia. Przeprowadziłem się tu 20 lat temu do mieszkania po ciotce mojej przyszłej żony. Bracka zamieniła się dla mnie w najważniejszy punkt w Krakowie. Tu zaczęło się życie z dzieckiem. Dorosłe życie. Wtedy infrastruktura rozrywkowa Brackiej nie istniała. Jedna knajpa, do której się nie chodziło, jeden nędzny sklep, antykwariat, biblioteka. Dziś Bracka zamieniła się w cudowną rynnę odprowadzającą rozbawione towarzystwo z Rynku choćby na Kazimierz, w stronę Wawelu. Po drodze mnóstwo lokali, restauracji i bardzo ważne miejsce tutaj, czyli „Tania książka”. Antykwariat niestety wyemigrował.
 
Tu powstała piosenka, o której niektórzy słyszeli, a która nadała Brackiej taką aurę dosyć melancholijną i deszczową. Cieszę się z tego, lecz czasem bywa to trochę męczące, bo wiele osób myśli, że ja śpiewam tylko o deszczu, melancholii i próbach samobójczych. Skąd się to wzięło? Mój kolega Michał Zabłocki któregoś razu przyjechał z Warszawy i tak się nieszczęśliwie podziębił, że leżał jak trup u mnie w domu. Z rozpaczy napisał kilka tekstów. Mówię na nie „Zemsta Zabłockiego” – za to, że nie mógł wyjść i grasować po mieście, opisał moją ulicę jako taki ponury, meteorologiczny przypadek, który jest nieuleczalny. Michał wyzdrowiał, wyjechał, a piosenka została. Teraz na Brackiej mieszka mój teść profesor Barfuss i córka Antosia.