Migawki z przeszłości

reklama

Niełatwo o udany jubileusz. W jubileusz niemal zawsze jest wpisane upupianie jubilata. „Zwierciadłu” udało się jednak godnie, ładnie i wcale niegłupio uświęcić swoje półwiecze. A przecież więcej niż połowa życia pisma to czas spędzony w PRL u, ze wszystkimi wadami tych lat, za które jednak nie bierzemy odpowiedzialności.

Uroczystość, chociaż ludna i huczna, nie była za lekka ani za ciężka. Jeśli sukces jest kwestią smaku, było smacznie. Miałem zaopiekować się Władysławem Bartoszewskim, patrzę – idzie pochylony, ale jak zawsze prze do przodu jak łódź motorowa. Skarży się, że jest bez formy, wtedy pozwalam sobie na żart: „I tak jest pan mniej sfotygowany od naszej pani minister”.

Z powodów politycznych przemilczymy, co mi odpowiedział. A kiedy były minister spraw zagranicznych wstąpił na scenę, obecni, setki osób, wszyscy wstali. Czy w kraju, w którym niweluje się autorytety, nie jest to już ostatni autorytet? Człowiek, który heroicznie przeżył Oświęcim, brał udział w Powstaniu Warszawskim (ma swoje drzewko w Yad Vashem), potem przeszedł przez stalinowskie więzienia, w końcu opozycja lat 70. i 80. Nikt nie ma takiej biografii jak on.

Mam sporo mniej lat od niego, a jednak więcej niż nasze pismo, co i tak jest zdumiewające. Jak wszystkie ofiary upływu czasu nie wiem, kiedy te lata minęły, chociaż pilnowałem czasu i notowałem. Przecież właściwie żyję z użalania się nad upływem czasu. Co innego jednak rozważać, filozofować, poetyzować, co innego doświadczać osobiście tego zdumiewającego zjawiska. Po latach przeszłość staje się siecią gęstą od zdarzeń, każdy podmuch pamięci powoduje, że lśnią i drżą.

Gdy czytam dawne numery „Zwierciadła”, co chwila ożywają wspomnienia. Jest rok 1981, wręczają mi nagrodę literacką Pen Clubu, Marek Kondrat, kolega z wojska, czyta moje wiersze, gdy nagle na mównicę wbiega Władysław Bartoszewski. I woła gromkim głosem: „Dla pana Tomasza to pewnie ważny dzień, ale dla nas to dzień wielkiego nieszczęścia”. Byliśmy pewni, że wkroczyły sowieckie wojska. A okazało się, że to był zamach na Papieża.
 
Po lekturze setek numerów „Zwierciadła” mógłbym z takich wspomnień zbudować książkę. Ale pójdę tylko kilka kroków w bok, śladem fotografów. W latach 60. większość zdjęć pisarzy w piśmie jest autorstwa Danuty Łomaczewskiej, widać, że wiele robionych z ukrycia.

Jestem dzieckiem, idę z ojcem ulicą, nagle widzę: śledzi nas jakaś kobieta. Mówię to tacie na ucho – rozgląda się zaniepokojony. Wtedy podejrzana podchodzi. Znają się z ojcem, to Łomaczewska: „Jaka szkoda, że syn mnie wypatrzył”, mówi z żalem, chowając aparat.

Najwięcej jednak świetnych fotografii dostarczyła pismu Zofia Nasierowska, liczne okładki były jej dziełem. Początek lat 60.; mama jedzie do jej pracowni na sesję fotograficzną i bierze mnie ze sobą. Nie mogłem wiedzieć, że ponownie spotkam Nasierowską dopiero w roku 2006 w Ełku, przyszła na mój autorski wieczór.

Inna migawka jest nie byle jaka, Edward Hartwig w latach 60. publikował fotoreportaże w „Zwierciadle”, znany fotograf, który zaważył na całym moim życiu.
 
Ale najpierw w roku 1995 prowadzę z Hartwigiem rozmowę w „Pegazie”. Pytam: „Przecież genialne zdjęcie można zrobić przypadkiem, fotografia to bodaj jedyna dziedzina sztuki, gdzie przypadek odgrywa taką rolę”. Potwierdził bez wahania. A potem to mi się dostało od różnych fotografów.

A bez Edwarda Hartwiga nie byłoby mojego Antosia. W roku 1997 na wystawie fotografii Hartwiga w Zachęcie spotkałem śliczną dziewczynę. I jest Antoś, który wchodzi w taki okres życia, gdy wszystko jest dla niego fascynujące. Co chwila wydaje okrzyki zdumienia, ma okrągłe ze zdziwienia oczy, otwarte zadziwione usta jeszcze bez zębów i małą tłustą łapkę, która składa się z trzech wałeczków. Próbuje nią dotykać wszystkich rzeczy. Kiedy pogwizduję, chwyta mój gwizd, a gdy mówię, łowi łapką słowa i dziwi się potem, że nie ma niczego w dłoni. A przecież przedłużeniem tej rączki są nasze kosmiczne rakiety, które próbują dotknąć gwiazd.