Mózg Pana Boga

fotochannels.com

reklama

Czy Bóg jest wytworem naszego umysłu? W USA i w Europie na listy bestsellerów trafiają książki, których autorzy, najczęściej biolodzy i neurolodzy, próbują wyjaśnić zjawisko religijności. Mówi się nawet o nowej dyscyplinie naukowej. Ochrzczono ją neuroteologią.

Na górze Horeb do Mojżesza przemówił Bóg ukryty w gorejącym krzaku, wizje miał również Mahomet, to w nich Allah rozkazał głosić mu nową wiarę. Święty Paweł z Tarsu w drodze do Damaszku doświadczył iluminacji i usłyszał głos Jezusa. Teresa z Avila miewała liczne wizje, swoje ekstazy porównywała m.in. z wrażeniem duchowego lotu i odczuwaniem wewnętrznego ognia.

W piśmiennictwie hagiograficznym można znaleźć opisy ekstatycznych przeżyć. Ich treść jest religijna, mistycy i asceci często czują się uniesieni w zaświaty, słyszą piękną muzykę, doznają omamów smakowych i węchowych, przeżywają rozkosz. Relacje doświadczeń mistycznych w wielu różnych tradycjach duchowych wyglądają podobnie, każe to przypuszczać, że boskość przeżywana przez człowieka odzwierciedla działanie jego umysłu. W każdym razie tym tropem poszli naukowcy badający fenomen religijności, doświadczeń mistycznych i ich związek z budową mózgu.

Szaman z laboratorium

Michael Persinger, psycholog z Lauretian University z Ontario w Kanadzie, niczym szaman postanowił wywołać duchowe przeżycia, takie jak spotkanie z Bogiem czy doświadczenie jedności ze światem i bezczasowości, w grupie ochotników. I udało mu się, choć nie użył do tego ani środków odurzających, ani hipnozy. Posłużył się motocyklowym kaskiem, ale wyposażonym w urządzenie wytwarzające pole magnetyczne, które przypomina naturalną elektromagnetyczną aktywność mózgu. Sygnały wysyłane przez kask skierował na płaty skroniowe mózgu. Pomysł na to urządzenie wziął się z obserwacji cierpiących na padaczkę skroniową, którzy mieli religijne wizje. Zresztą właśnie o tę przypadłość neurolodzy posądzali wielu przywódców religijnych i mistyków, wśród podejrzanych wymieniano m.in. Mojżesza, Mohameta, św. Pawła i św. Teresę z Avila.

W eksperymencie Persingera wzięło udział ponad 900 osób. Cztery na pięć twierdziło, że doświadczyły mistycznego przeżycia. Jedni poczuli dotyk Boga, inni mieli wrażenie, że lewitują, jeszcze inni spotkali się oko w oko z demonami. Deklarowali, że to przeżycie było tak wyjątkowe i głębokie, że zmieni ich życie. Tak jakby nie pamiętali, że zostało wywołane w czysto mechaniczny sposób.

Jakim cudem hełm Persingera uruchamia takie wrażenia? Jego działanie polega na stymulacji płatów skroniowych mózgu. Czołowa kora mózgowa lewej półkuli jest odpowiedzialna za poczucie siebie. Na ogół w obu półkulach występuje podobna aktywność neuronalna, aktywność ta przestaje być jednak synchroniczna pod wpływem stymulacji elektromagnetycznej. Lewa półkula zaczyna interpretować prawą jako oddzielną obecność, czasem jako Boga. Zdarza się to przy jednoczesnej stymulacji układu limbicznego, w którego skład wchodzi hipokamp związany z równowagą i pamięcią oraz ciało migdałowate związane z emocjami.

Bliskie spotkania

Zmian elektromagnetycznych w płatach skroniowych mogą doświadczać także zdrowi ludzie bez pomocy hełmu Persingera. Zakłócenia w komunikacji między półkulami mózgu, przypominające lekkie napady epileptyczne, mogą być wywołane pod wpływem zmian w polu magnetycznym Słońca, trzęsie  ziemi, w wyniku braku snu, urazów psychicznych, postu (kto wie, może kontrowersyjne pomysły średniowiecznych ascetów były sposobem na nawiązanie kontaktu z Bogiem?!), a także stanów lękowych i stresu. Nieco mniej intensywne doznania może wywołać stymulowanie układu limbicznego (kierującego podstawowymi mechanizmami zachowania) przez śpiew czy udział w religijnych ceremoniach. Te czynności, choć mniej niezwykłe niż medytacja czy ataki epilepsji, mogą spowodować, że hipokamp zablokuje neuronalną aktywność pozostałej części mózgu, nadając jej wyjątkowe znaczenie. To zdaniem naukowców pomaga wyjaśnić transcendentalne doświadczenia, o których mówią muzycy, jak też istotne znaczenie rytuałów i śpiewów w różnych systemach religijnych. Zaangażowanie układu limbicznego w duchowość potwierdzają badania nad chorobą Alzheimera: gdy zaatakuje ona układ limbiczny, chorzy tracą zainteresowanie religią. Także neurochirurdzy przyznają, że pacjenci, których układ limbiczny został stymulowany podczas operacji, twierdzą, że doświadczyli religijnych przeżyć.

Na fali

Przeżycie mistyczne trudno zbadać czy zmierzyć, a przecież ma je na koncie spora grupa ludzi. Według ankiety Gallupa i bada  naukowców z University of Chicago mniej więcej jedna trzecia dorosłych twierdzi, że doświadczyła niespodziewanego, nagłego religijnego przebudzenia albo poczucia bliskości wielkiej duchowej siły, która wyniosła ich poza granice ja. Odsetek deklarujących metafizyczne doświadczenie jest stały, nie zmienia go poziom wykształcenia, wyznanie czy status społeczny badanych.

Uczeni z University of Pennsylvania w Filadelfii Eugene d’Aquili i Andrew Newberg postanowili zmierzyć się ze zjawiskiem odczuwania jedności ze wszechświatem w czasie obcowania z istotą wyższą i zbadać aktywność neurofizjologiczną u zdrowych osób w trakcie takich przeżyć. Głębokie religijne doświadczenia nie pojawiają się na zawołanie, ale naukowcy wpadli na to, żeby do eksperymentu zaprosić ośmioro buddystów, którzy opanowali sztukę medytacji transcendentalnej, oraz grupę franciszkańskich zakonnic. Postanowili zarejestrować ich fale mózgowe i zobaczyć, co z tego wyniknie.

 

Pewną trudnością było znalezienie bardziej dyskretnego niż hałaśliwy funkcjonalny rezonans magnetyczny sposobu na zmierzenie aktywności mózgu. Newberg i d’Aquili użyli metody SPECT (Emisyjna Tomografia Komputerowa Pojedynczego Fotonu). Jest ona mniej dokładna, pozwala jedynie na uzyskanie statycznej „fotografii” stanu mózgu badanych. Ale zasada jej działania jest podobna: pacjentowi wstrzykuje się nieszkodliwy izotop, żeby można było obserwować intensywność krążenia krwi w jego mózgu. Duża intensywność krążenia jest oznaką aktywności danego obszaru. Uczestnikom eksperymentu włożono na głowy specjalne czepki i wprowadzono do żył kroplówkę. Potem buddyści zaczynali medytować a franciszkanki się modlić. Kiedy czuli, że bliscy są stanu transu medytacyjnego lub doświadczają „zlewania się z Bogiem” w czasie modlitwy, pociągali za sznurek i na ten sygnał siedzący w sąsiednim pokoju badacze zaczynali podawać im radioaktywny izotop. Następnie rozpoczynała się „sesja fotograficzna” ich mózgów.

Nikogo nie zaskoczyło, że w momencie początkowej koncentracji medytujących aktywność wykazała kora przedczołowa odpowiedzialna za koncentrację uwagi. O wiele ciekawsze było to, że w momencie szczytowym modlitwy/medytacji znacznie spadła aktywność w płatach ciemieniowych mózgu. Są one związane z orientacją w przestrzeni i przetwarzaniem informacji o naszym otoczeniu. Lewy sprawia, że postrzegamy granice naszego ciała, prawy odpowiada za postrzeganie przestrzeni wokół nas. Pozbawione aktywności płaty nie wytwarzają wrażenia granic między naszym ciałem a światem zewnętrznym. Co może tłumaczyć poczucie jedności z wszechświatem czy z Bogiem, które odczuli medytujący i modlące się. Płaty ciemieniowe są też odpowiedzialne za linearną percepcję czasu, dlatego kiedy pozostają w spoczynku, można doświadczać wrażenia bezczasowości i nieskończoności.

Badanie Newberga i D’Aquili pokazało, że neurobiologiczne podłoże duchowego doświadczenia jest identyczne bez względu na religię, której może być przejawem. – Fakt, że doświadczenie duchowe można przypisać określonej aktywności neuronów, nie musi oznaczać, że jest ono neurologiczną iluzją – zastrzega Newberg.

Ewolucja religii

Newberg i d’Aquili badali jedynie fizjologiczne mechanizmy czegoś, co zdefiniowali jako „przeżycie religijne”, nie próbowa-li szukać odpowiedzi na pytanie: skąd bierze się u ludzi wiara religijna i religia. Jednak wielu badaczy koncentruje się właśnie na tej ostatniej kwestii.

Spostrzeżenie, że ludzie wierzący cieszą się w porównaniu z ateistami lepszą kondycją fizyczną i psychiczną, doprowadziło naukowców do przypuszczenia, że mechanizmy mózgu odpowiedzialne za potrzeby religijne są ewolucyjnym przystosowaniem, które zwiększa szanse na przeżycie człowieka. Tym tropem poszedł m.in. Colin Renfrew, archeolog z Cambridge, zwolennik koncepcji doboru grupowego. Jego zdaniem chrześcijaństwo rozwinęło  się właśnie za jego sprawą, rozbudzając wśród swoich wyznawców grupową lojalność, co pomogło im przetrwać kosztem innych grup religijnych. Z kolei antropolog Pascal Boyer uważa, że religijne skłonności naszych umysłów są przypadkowym wytworem ewolucji. Nieustanna czujność, świadomość ciągłej obecności niewidzialnego niebezpieczeństwa naszych przodków miała umożliwić przetrwanie. Jednak na skutek oddziaływania właściwych naszemu gatunkowi mechanizmów psychologicznych stała się podstawą do wytworzenia systemów religijnych.

O wiele bardziej kontrowersyjne pomysły ma genetyk z National Institutes of Health i National Cancer Institute Dean Hamer, autor książki „The God Gene” („Gen Boga”), który uważa, że ludzka duchowość jest uwarunkowana genetycznie. To nie znaczy, że istnieje gen każący ludziom wierzyć w Boga albo że ludzie dziedziczą predyspozycje do bycia istotą duchową, by poszukiwać wyższego bytu poza sobą.

Na wyższą świadomość i duchowość mają wpływać substancje uwalniane w mózgu, a ich oddziaływanie jest możliwe dzięki istnieniu genu VMAT2, który w obrębie mózgu kontroluje przepływ neuroprzekaźników – dopaminy czy serotoniny. To one zdaniem Hamera wpływają na wyższą świadomość, sposób, w jaki postrzegamy świat, i nasz z nim związek. Innymi słowy, duchowość jest prostą konsekwencją naszej biologiczności. A uniwersalnej skłonności do duchowego spełnienia ma dowodzić np. obecność systemów religijnych w każdym zakątku świata i w każdej kulturze.

Nasze geny predysponują nas do bycia wierzącymi, ale nie mówią, w co mamy wierzyć. Hamer porównuje duchowość do zdolności posługiwania się językiem: jesteśmy genetycznie predysponowani do tego, by go rozwinąć, ale uczymy się go, a nie dziedziczymy.

Wywody Hamera były krytykowane przez innych naukowców. Przypominali, że wiele już razy wskazywano na powiązania poszczególnych genów z cechami osobowości, jednak później okazywało się, że innym naukowcom nie udaje się potwierdzić tych wyników (tak było np. w przypadku rzekomego genu homoseksualizmu, którego odkrycie Hamer obwieścił kilka lat wcześniej).

Módl się… za siebie

Z badania przeprowadzonego przez psychologów Sheffield Hallam University na grupie 251 mężczyzn i 223 kobiet w wieku 18-29 lat wynika, że osobom, które często się modlą, rzadziej dokucza depresja czy niepokój.

Co ciekawe, o wiele mniej optymistycznie wyglądają wyniki bada  na temat tego, czy modlitwa za chorego pomaga w jego wyzdrowieniu. W badaniu prowadzonym przez Herberta Bensona, kardiologa i dyrektora Mind/Body Medical Institute spod Bostonu, wzięło udział 1802 pacjentów z sześciu szpitali, którzy przeszli operację wszczepienia by passów. Podzielono ich na trzy grupy.

Za dwie z nich modlili się członkowie pobliskich kongregacji, o czym jedna grupa wiedziała, a druga nie. 30 dni po operacji porównano liczbę komplikacji pooperacyjnych we wszystkich grupach. Nie znaleziono różnic między tymi pacjentami, za których się modlono bez ich wiedzy, a tymi, którzy zdrowieli bez modlitw. W wypadku grupy osób, które wiedziały o tym, że modlono się w intencji ich pomyślnego powrotu do zdrowia, odnotowano najwięcej komplikacji pooperacyjnych, prawdopodobnie za sprawą dodatkowego stresu wynikającego z tej świadomości.

Miejsce dla pianisty

Richard Dawkins w bestsellerze „Bóg urojony” przywołuje przykład Marcina Lutra, który był w pełni świadom, że największym zagrożeniem dla wiary jest rozum, i często przed nim przestrzegał: „Każdy, kto chce być chrześcijaninem, powinien wyłupić oczy własnemu rozumowi”. Czy naukowcom rzeczywiście udało się dowieść, że przeżycia religijne są majakami uszkodzonego mózgu, zaś Bóg to wytwór ludzkiego umysłu?! Odpowiedź na to pytanie zależy od światopoglądu odbiorców ich teorii. Dla ateistów wyniki bada  będą ostatecznym potwierdzeniem ich przekonań. Wierzący odpowiedzą na nie, że mózg to tylko osprzęt, za pomocą którego możemy doświadczać Boga. Dla nich mówić, że mózg tworzy religię, to jak twierdzić, że pianino tworzy muzykę.