Paul McCartney „Memory almost full”

Materiały prasowe

reklama

Problem sir Paula od lat sprowadza się do tego, że nawet gdyby nagrał najlepszą płytę, sięgną po nią jedynie kolekcjonerzy wszystkich nagrań byłych Beatlesów. Jest to zaś grupa – delikatnie mówiąc – niepowiększająca się w miarę upływu czasu.

Szczególnie szkoda było wyjątkowo udanej płyty „Flaming Pie” sprzed 10 lat. Ta najnowsza jest równie dobra, zyskała jednak lepszą prasę, między innymi dlatego, że jest to najbardziej szczery album McCartneya od wielu, wielu lat. Poddając całe swoje życie intymnej wiwisekcji, 65-letni artysta – być może po raz pierwszy w życiu – przestał być pretensjonalny. Zyskała na tym jego muzyka. Paul śpiewa jak na dawnych płytach Wielkiej Czwórki („Gratitude”), gra na basie, jak przystało na jednego z największych basistów muzyki pop („See Your Sunshine”), najważniejsze jednak, że opowiada tu historie, w których wreszcie jest wiarygodny. Fanów The Beatles najbardziej ucieszy zajmująca „drugą stronę” płyty suita przywodząca na myśl porywającą drugą stronę albumu „Abbey Road”.

Hear Music/Starbucks