Pilnie poszukiwany

reklama

Rozglądam się za fajnym Bogiem, którego czułe ramiona stawią opór potencjalnemu ześwirowaniu.


Nad telewizorem, patronem mojej codzienności, wisi starannie rzeźbiona głowa Buddy. Okna od strony południowej strzeże figura odzianej w błękitną szatkę Najświętszej Panny w asyście czterech anielskich buziek. Dalej: szczupły Siddhartha medytujący w pełnym lotosie i podobny, lecz śpiący, kawałek dalej na wschodnim parapecie; rzetelna kopia prawosławnej ikony; tryptyk z wizerunkiem Jezusa; kopia średniowiecznej miniatury przedstawiająca zmartwychwstanie umarłych; kolejna Maria z wyzierającym spod sukni sercem generującym promienie; oko Proroka dyndające na gałce od szafki kuchennej…

Wizę do swojego świata przyznawałam przedstawicielom różnych religii, kierując się względami estetycznymi, pomijając ich symbolikę. Biblioteka to również zbiór całkowicie sprzecznych koncepcji wielu autorów dotyczących najlżejszej z najlżejszych kwestii – ducha. Duch we mnie był jak teren pod inwestycję, działka, na której rozpocznę budowę, gdy przyjdzie pora, powstanie projekt, zgromadzę środki.

Od jakiegoś czasu dusza mnie swędzi. Jęczy we mnie monotonnie w ciągu dnia, by w tej najcichszej godzinie, poprzedzającej sen, wyć jak straceniec. Czuję prawdziwie niewyimaginowaną pustkę, a fakt jej istnienia demoluje mój spokój. Podejmuję próby zasypania tego chłodnego lochu jedzeniem, dźwiękami, obrazami. Nadaremnie. Duch we mnie pragnie deklaracji, stempla, flagi. Urzeczywistniam stan, który jednym zdaniem opisał Cioran: „Gdy grozi nam, że zwariujemy od samych tylko rozmyśla nad istnieniem, to znaczy, że bardzo nam już blisko do skoku w Boga”.

Zatem moja pustka to przestrzeń wytrącona z rozmyśla . Rozmyśla jałowych, pozostawiających sińce na umyśle, wywołujących zakwasy wyobraźni. Czuję frustrację daleko głębszą niż ta będąca udziałem niezaspokojonej kochanki czy mężczyzny przegrywającego starcie ze wspomnieniem żony o jej byłym. Wydrążona bynajmniej nie metaforycznie, pozwalam się wziąć w okupację trwodze, a wiadomo, że jak trwoga, to do Boga. Ta sama nadpobudliwość intelektu, która wywaliła mnie swego czasu na obrzeża przynależności duchowej, teraz nakazuje rozglądać się za fajnym Bogiem, którego czułe ramiona stawią opór potencjalnemu ześwirowaniu. Jednak elementarne poczucie wstydu i niemożliwy do zignorowania smrodek kalkulacji sprawiają, że nie mam śmiałości zasilić żadnej ze wspólnot religijnych, przyjąć schronienia w żadnym ze znanych mi bóstw. Z drugiej strony rozpoznaję w sobie przestrzeń na uniesienie duchowe, wierzę, że na samym wierzchołku istnienia zasiada byt idealny. Ostatnio często spotykam osoby, które wykorzystując sekundę mojej nieuwagi, podrzucają mi prątek ukierunkowanej wiary, rozsiewają wirus żarliwości religijnej.

W niedzielę odwiedziło mnie dwóch mnichów franciszkańskich. Piękni urodą u mnichów niekonieczną, dowcipni arcyświecko, pachnący niepokojąco przyjemnie. Rozświetlili mi tę niedzielę tak bardzo, że przez chwilę czułam się niemal zwerbowana. Potem jednak pojawił się wątek wyrzeczenia, konieczność ofiarowania siebie i, co najtragiczniejsze, przymus praktyki. I wtedy serce ścisnął mi skurcz. Musiałam wreszcie przyznać, że to nie chroniczna potrzeba buntu, współtworzący skład krwi sceptycyzm, przerost rozumu, alergia na dogmat, ataki paraliżującego zwątpienia czynią ze mnie duchowe chuchro, lecz zwykłe, niewarte nawet piosenki lenistwo… Ugięłam się pod ciężarem tej świadomości. Praktyka jest przecież esencją wiary i dotyczy to wszystkich systemów religijnych. Czy jestem zatem skazana na przeczołganie się przez życie z tym wilgotnym, przepastnym lochem wewnątrz? Jak mam się pobudzić do działania, jakich ziół nawarzyć, jakiej podniety zakosztować, by nakłonić lenia w sobie do dezercji? Chyba tylko miłość ma na mnie stymulujący wpływ. W stanie zakochania, miłosnego pulsowania przedsionków, falowania świadomości mam siły na zapasy z własną ułomnością. Muszę się zakochać w Bogu. Poszukiwany dowcipny, czuły, skłonny do dzielenia się wszechwiedzą… Uroda bez znaczenia.