Pomóż mi zrobić to samemu

fotochannels.com

reklama

Sławek układa na planszy kamyki z cyframi. Wczoraj nie udało mu się skończyć zadania. Wydaje wysokie, ogłuszające piski, ale dzieci w klasie nie zwracają na to uwagi. Każde w skupieniu zajmuje się czymś innym. W szkole specjalnej w Poznaniu odbywa się lekcja metodą Marii Montessori. Rok 2007 został obwołany rokiem tej wybitnej włoskiej lekarki i pedagog.

Zapinanie guzików jest proste. Dla dorosłych. Dzieci wszystkiego muszą się nauczyć w praktyce. Dotknąć, powąchać, po-smakować. „Czego nie ma w zmyśle, tego nie ma w umyśle” – sto lat temu Maria Montessori uczyniła tę myśl podstawą swojej koncepcji nauczania. Jej metodą pracuje dziś ponad 8 tys. szkół i przedszkoli na świecie.

– W Polsce działa około 20 przedszkoli montessoriańskich i kilka szkół w Lublinie, Poznaniu, Konstancinie Jeziornej, Warszawie, klasy integracyjne w Katowicach, ale myślę, że będzie ich przybywać – mówi dr Małgorzata Miksza, prezes Stowarzyszenia Montessori i wykładowca na Wydziale Nauk o Wychowaniu Uniwersytetu łódzkiego.

Co do litery

Szóstka dzieci siedzi w kółku na dywanie. Zaczyna się lekcja w klasie nauczania początkowego. Pani Kasia sprawdza obecność. – Każdy teraz powie swoje imię – uśmiecha się do dzieci. Kilkulatki literują po kolei: P a t r y k, A n i a, W a l d e k, a potem umieszczają karteczki z imionami na tablicy. Najtrudniej literować Basi. Jest najciężej upośledzona, ma dziecięce porażenie mózgowe. Nawet Sławek, z objawami autyzmu, poradził sobie z tym zadaniem.

– Klasy z dziećmi upośledzonymi w stopniu umiarkowanym mają maksymalnie ośmioro uczniów. Te, gdzie są dzieci lżej upośledzone, muszą być liczniejsze – mówi dr Zofia Żółtak kierująca poznańskim Zespołem Szkół Specjalnych nr 102 i ucząca studentów pedagogiki specjalnej na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu. To ona 15 lat temu zainicjowała wprowadzenie pedagogiki Montessori w poznańskiej szkole specjalnej. Dzieci uczone są w tym systemie przez pierwsze cztery lata, później do programu wprowadzane są inne przedmioty.

Pełnosprawne zmysły

Urodzona w 1870 r. Montessori była pierwszą we Włoszech kobietą lekarzem. Po ukończeniu studiów rozpoczęła pracę w Klinice Psychiatrycznej Uniwersytetu Rzymskiego. Metodę edukacji oddziałującej poprzez wszystkie zmysły opracowywała początkowo jedynie z myślą o dzieciach niepełnosprawnych, później jednak uznała, że sprawdzi się ona także w przypadku dzieci pełnosprawnych.

W 1907 r. została dyrektorką Casa dei Bambini – ośrodka dla małych dzieci w San Lorenzo, który miał pomagać w resocjalizacji i edukacji dzieci z rodzin niewydolnych wychowawczo. Jego otwarcie sto lat temu uznane zostało za początek ruchu montessoriańskiego.

– Jeszcze na początku XX w. główny nacisk kładziono na rehabilitację medyczną niepełnosprawnych umysłowo. Montessori dokonała tu przewrotu, podkreślając potrzebę stymulacji umysłu, stworzenia drogi do budowania pojęć – mówi dr Małgorzata Miksza. – Dzięki odpowiedniej stymulacji poziom intelektualny dziecka może się poprawić nawet o 16 punktów IQ. A to oznacza, że zaczyna się mieścić w normach intelektualnych.

W Europie głównym ośrodkiem edukacji montessoriańskiej dla dzieci niepełnosprawnych jest centrum w Monachium wspie-rające także Polskę. Jego szef, prof. Theodor Hellbrügge, pomagał poznańskiej szkole.

– Nasi absolwenci są bardziej otwarci wobec ludzi i świata, łatwiej się komunikują z otoczeniem, stają się mocniejsi psychicznie, lepiej sobie radzą w tradycyjnym gimnazjum i poza szkołą – mówi dyrektor Zofia Żółtak.

Dlatego rodzice dowożą do szkoły dzieci nawet z odległych miejscowości. Wiedzą, że to dla nich szansa, jakiej nie otrzymają w klasycznych szkołach specjalnych czy integracyjnych.

Wolność dziecka

W klasie rozlega się delikatny, melodyjny dźwięk. Pani Kasia małym dzwonkiem zwraca na siebie uwagę dzieci. – Teraz możecie wybrać sobie materiał do pracy – mówi. Dzieci idą do półek ciągnących się pod ścianą. Obowiązuje zasada: każdy przestrzega kolejki. Ania oburącz niesie pudełko z wrzecionami. Będzie je segregowała w odpowiednich przegródkach pudełka, zgodnie z cyframi umieszczonymi na ściankach. Sławek rozkłada ponumerowane kwadraciki przypominające kamyki domina. Dzięki nim można nauczyć się działa  matematycznych od 1 do 100.
Waldek, uśmiechnięty chłopak z zespołem Downa, wziął matematyczne puzzle i stara się dopasować do siebie tabliczki zgodnie z wycięciami w krawędziach. Patryk jest trochę rozgoryczony. Chciał wybrać ulubione wrzeciona, ale wcześniej wzięła je Ania. W każdej klasie jest tylko jeden egzemplarz danego przedmiotu. Dzieci uczą się w ten sposób tolerancji. I szybkiego podejmowania decyzji. Patryk przez sekundę się zastanawia – w kolejce czekają Basia i Małgosia – i bierze pudełko z cyframi dotykowymi, w których tło różni się fakturą od reszty żetonu.

Basia ma problemy z wyborem pomocy. Zaraz pojawia się obok pani Urszula. Od początku lekcji tylko obserwowała zachowanie dzieci. Taką pełni funkcję – jest opiekunką, wspiera pracę nauczycieli, pomaga dzieciom (gdy np. trzeba zmienić zabrudzoną bieliznę). Opiekun obecny jest w klasach I–IV i nie musi mieć wykształcenia pedagogicznego. W poznańskiej szkole dwóch panów odrabia w ten sposób służbę wojskową.

Pani Ula pomaga Basi wyjąć pudełko z geometrycznymi matrycami. Różnego kształtu metalowe kwadraty zaopatrzone są w uchwyty. Basia próbuje wpasować figury w wydrążenia drewnianej podkładki. Pani Ula cierpliwie pokazuje, co Basia powinna zrobić z układanką.

Małgosia rozwinęła na podłodze swój dywanik. Zdecydowała, że dzisiaj tu będzie pracowała. Do korkowej podkładki przypina kolorowymi pinezkami plastikowe patyczki różniące się długością i barwą. Pani Kasia interweniuje. Pokazuje, że nie o to chodzi w tym zadaniu. Układa na korku trójkąty i pomaga Małgosi każdy z nich „opisać” patykami. Kolejny trójkąt Małgosia układa już sama.
W podejściu montessoriańskim nauczyciel ma być przede wszystkim dyskretnym doradcą. Podobno kiedyś dziecko, z którym pracowała Montessori, poprosiło: „Pomóż mi samemu to zrobić”. To zdanie było dla niej impulsem, żeby pierwsze skrzypce zawsze grał uczeń, jego wola i kreatywność. Nauczyciel nie wydaje poleceń może tylko sugerować, pytać i przekonywać. Autorytet buduje nie na tym, że jest nauczycielem, lecz na tym, że jest dla dziecka źródłem wiedzy i inspiracji. W dzisiejszej pedagogice to oczywiste.

– Sto lat temu takie myślenie było rewolucją. Dzięki takiemu traktowaniu dzieci mogą się nauczyć rzeczy, wydawałoby się, niemożliwych – mówi Jolanta Wierucka z Wydziału Pedagogiki i Psychologii Uniwersytetu Marii Curie Skłodowskiej w Lublinie i wiceprezes Stowarzyszenia Montessori. Ta uczelnia zainicjowała na początku lat 90. ruch montessoriański w Polsce i jest najważniejszym w kraju ośrodkiem kształcącym w tej metodzie nauczycieli. Część nauczycieli poznańskiej szkoły uczyła się w Lublinie, inni – w Niemczech i Holandii.

 

Ponad sto różnych pomocy

Pani Kasia obserwuje dzieci z krzesełka, które jest na tyle niskie, by jej głowa znajdowała się na poziomie twarzy uczniów. Kolejna zasada montessoriańska mówi, że do każdego miejsca w klasie kilkulatek może dosięgnąć bez pomocy dorosłego. „Wy-obraźmy sobie, że znajdujemy się nagle w społeczności gigantów, którzy mają bardzo długie nogi i ogromne ciała. Stopnie schodów wejściowych sięgają nam do kolan, mimo to staramy się na nie wdrapać. Z wysiłkiem wspinamy się na krzesło, aż wreszcie udaje się nam zająć na nim miejsce” – opisywała Montessori doświadczenia dziecka w zderzeniu z dorosłym światem.

Waldek wyciąga wysoko rękę – skończył zadanie! Pani Kasia podjeżdża na okrągłym stołku do jego stolika. Puzzle pasują do siebie. Jak wszystkie pomoce montessoriańskie zostały zaprojektowane tak, aby dziecko mogło samodzielnie sprawdzić poprawność zadania. – Przeczytaj, co tu jest napisane – mówi nauczycielka. – Dwa… plus trzy… minus… – czyta Waldek. – To nie jest minus – kręci głową pani Kasia. Waldek marszczy brwi. – Równa się… – patrzy wyczekująco i uspokojony kończy: – Pięć. – Brawo, świetnie! Odłóż materiał i weź następny – uśmiecha się pani Kasia.
Pomoce montessoriańskie to najlepiej chyba rozpoznawane symbole tej pedagogiki. Dziecko decyduje, jakim materiałem będzie się zajmowało podczas samodzielnej pracy. Może wybrać ramkę do nauki wiązania sznurowadeł czy zapinania guzików, różową wieżę składającą się z dziesięciu drewnianych sześcianów różnej wielkości czy kolorowe walce. Nauczyciel powinien jedynie skłonić dziecko, aby nie wybierało ciągle jednego przedmiotu i aby wykonywało z nim coraz bardziej skomplikowane zadania.

Montessori wymyśliła ponad sto różnych pomocy: do rozwoju sensoryki, ćwiczenia zada  życia codziennego, wychowania językowego, matematycznego, artystycznego, religijnego, kosmicznego (poznawania przyrody, geografii i historii), moralnego i społecznego. Jej współpracownicy i następcy wynajdywali kolejne. Jedynym problemem jest ich wysoka cena.

– Koszt otwarcia trzech oddziałów każdego poziomu z kompletem pomocy to około 350 tys. zł – mówi dr Wierucka. – Niestety, w Polsce ich się nie produkuje. Prawo do tego ma tylko kilku producentów na świecie (najlepszy to firma Nienhuis z Holandii, założona w 1929 r. przez Marię i jej syna).

Spacer po elipsie

Pani Kasia znów używa dzwoneczka. Dzieci odkładają pomoce na półki. – To nie są latające dywany – pani Kasia napomina Waldka, który pomaga zwinąć dywanik Małgosi. Chłopiec przypomina sobie zasady zwijania dywanika. Układa go na podłodze i starannie roluje. Wszystkie dzieci dosiadają się do nauczycielki, tworząc na podłodze krąg tak jak na początku zajęć. Pani Ula włącza magnetofon i w klasie rozbrzmiewa muzyka relaksacyjna.

– W moim woreczku mam dzisiaj coś naprawdę tajemniczego – nauczycielka się uśmiecha. Zaczyna się lekcja ciszy – kolejny element montessoriańskiej edukacji. Montessori odkryła znaczenie ciszy w wychowaniu. Uważała, że życie człowieka powinno rozsądnie balansować pomiędzy pracą a wypoczynkiem, kontemplacją.

Pani Kasia każe zamknąć dzieciom oczy i podawać sobie po omacku półprzezroczystą chustkę, którą wyciągnęła ze szmacianego worka na szyi.

– Teraz otwórzcie oczy. Zapraszam was na elipsę – podaje każdemu dziecku chustkę innego koloru. Uczniowie stają na nalepionym pod tablicą owalu z zielonej i czerwonej taśmy. – Teraz powolutku idziemy jedno za drugim, starając się, aby chustki jak najmniej się poruszały. Pani Ula pomaga Basi w znalezieniu swojego miejsca w grupie i za chwilę wszystkie dzieci stąpają po elipsie. – Teraz machamy chustami wysoko. A teraz nisko – szepcze pani Kasia. – A teraz niesiemy chustę przed sobą.

Lekcję ciszy kończy znajomy dźwięk dzwoneczka. Dzieciaki wkładają w milczeniu chustki do koszyka i w ciszy idą do swych torebek po drugie śniadanie. Za chwilę opuszczają kolorową klasę, z zawieszonymi pod sufitem dmuchanymi planetami do wychowania kosmicznego, z kalendarzem pogody na ścianach, ze zdjęciami całej klasy na klasowej gazetce.

– Lekcje w systemie Montessori zajmują trzy, cztery godziny dziennie, ale dzieci są u nas od 7.45 do 16.30. W tym czasie mają też muzykoterapię, logopedię i inne zajęcia rehabilitacyjne – mówi dyrektor Zofia Żółtak.

Dzieci Marii

Montessori większość życia poświęciła temu, aby dzieciom takim jak Patryk, Ania, Basia czy Sławek żyło się lepiej. – Czy sama miała szczęśliwe życie? Nie chcę oceniać. To były inne czasy, inne środowisko, konserwatywne Włochy – zamyśla się dr Małgorzata Miksza.

W 1898 roku 28-letnia Maria rodzi dziecko – ojcem jest jeden z jej kolegów. Każe jej wybierać: albo koniec kariery naukowej i zawodowej i ślub, albo rozstanie. Maria wybiera samotną ciążę. Ukrywa ją, bo inaczej jej kariera ległaby w gruzach. Oddaje syna Maria na wieś do rodziny zastępczej. Dopiero w roku 1912 roku zabiera go do siebie, ale przez długie lata podaje syna za siostrzeńca lub adoptowane dziecko. Pomimo to Mario zawsze będzie stał przy jej boku, opiekował się nią do samego końca, zostanie też gorliwym propagatorem ruchu montessoriańskiego.

Imiona dzieci i nauczycieli zostały zmienione.