Przecinam pępowinę

reklama

Przecinam pępowinę pewną ręką i mam małe wyrzuty sumienia, myślę: wybacz, synku, że ten świat ma tyle wad, nie ja go wymyśliłem.

Dzień narodzin mojego synka odwlekał się, na szczęście minęły dni pierwszego i drugiego listopada – mało fortunne na urodziny. Jakby nigdy nic minął nam też termin porodu. Zauważyłem, że moja żona coraz ładniej wygląda, chyba przyzwyczaiła się do słodkiego ciężaru. Uznałem więc, że nie ma pośpiechu. A wszystko tak się dłuży, pewnie dlatego, że jest listopad, najbardziej okrutny miesiąc roku. Mały nie jest taki głupi, by pchać się na świat w taki czas. (Gdy już trwała akcja wykluwania się nowego człowieka, a położna zaczęła krzyczeć: – Wraca, cofa się!, pomyślałem: niegłupi chłopak).

Jesteśmy jednak jeszcze przed porodem, czas płynie… i nic, więc uznałem, że najlepiej będzie poczekać do maja. Takie dziwne myśli wzięły się pewnie stąd, że mimo bujnej wyobraźni nie mogłem sobie wyobrazić, że będę miał dziecko, dziecko tak w ogóle, a szczególnie w sytuacji, gdy jestem nadal młody, ale nie taki już bardzo młody. Ale gdy Ewa z wielką energią zaczęła sprzątać mieszkanie, uprzednio już wielokroć sprzątane, oświeciła mnie myśl – to jest wykańczanie gniazda, Jezus Maria, finał blisko! I to była prawda. Sam poród zniosłem bardzo dobrze. Pocieszałem się, że większą skalę wokalną miała moja żona pewnej jesieni w naszym wiejskim domku, gdy nagle ujrzała mysz.

A co było najważniejsze w tym misterium, ująłem w wierszu, który narodził się zupełnie bezboleśnie zaraz po porodzie:

Bokser
Antoni Kamil Jastrun
Urodził się
13 listopada 2006 roku
O godzinie 16.30
Czyli stał się cud
A ja przecież nie wierzę w cuda
Dotykam jego główki
Wątpiący Tomasz
I nadal nie wierzę
Chociaż wokół tyle wina
Zmienionego w krew
Położna szyje moją żonę
Jak podarte prześcieradło
A ona nadal ma złote włosy
I niebiesko zielono żółte oczy
Obok ja – wierny kibic
Uciekłem z emerytury na wagary
I siedzę w pierwszym rzędzie
Antoni wygląda jak bokser
Po dwunastorundowej walce
Siedzi w narożniku
W niebieskiej czapeczce
Zamiast rękawic ma potężne niedrapki
I patrzy
Spod opuchłych powiek
I milczy
Ja–jestem–człowiek

Na potwierdzenie tego wiersza mam fotografię – nowo narodzony w odzieniu podobnym do szlafroka siedzi w narożniku, bokser wagi piórkowej po walce, i patrzy na świat spode łba – Antoni zwycięzca… Położna potwierdziła to moje wrażenie: – Każde rodzące się dziecko ma oblicze wojownika, nie tylko matka, ono też toczy bój na śmierć i życie. A wcześniej? Przecinam pępowinę pewną ręką i mam małe wyrzuty sumienia, myślę: wybacz, synku, że ten świat ma tyle wad, nie ja go wymyśliłem. Jest terroryzm, nasza cywilizacja chyba na groźnym zakręcie, ale mamy na pociechę tyle ułatwień i cudownych udogodnień.
 
Jedna z refleksji po porodzie – już wiem, czemu mężczyźni przez tysiąclecia bronili się, by nie uczestniczyć w tym niezwykłym, ale okrutnym spektaklu. Minęło trochę dni, a ja nie mam ani jednej erotycznej myśli, jakby ktoś zrobił „delete” mej wyobraźni w tej sferze. I już wiem, co niby zawsze wiedziałem, ale była to wiedza teoretyczna, nieprzeżyta – seks, erotyka, uwodzenie, a nawet malowanie się i taniec, wszystko to są jedynie przebrania, gra pozorów, za którymi ukrywa się nagi biologiczny instynkt – prawo rozmnażania się. Kobiece powaby to tylko zalążnia, która czeka na zapłodnienie, piersi są narzędziami karmienia. Jak z tą wiedzą być erotomanem, jak ślinić się na widok odsłoniętego uda czy biustu? Niech ślini się niemowlak. Prawdziwy mężczyzna nie powinien dać się nabrać na takie przynęty, chyba że poświęci się w celach prokreacyjnych. Tak oto stałem się wyznawcą ojca dyrektora i mogę sobie śmiało pogwarzyć z wielkim Romanem. Co się porobiło! Teraz tylko strach, że mi to nagle minie i wypadnę z dobrego towarzystwa, by znowu pogrążyć się w liberalnym bagnie.