Szadek Marka Niedźwiedzkiego

Łukasz Gawroński

reklama

Honorowy ambasador niedźwiedzi. Starszy kawaler. Temat pracy dyplomowej: „Technologia i organizacja budowy pawilonu handlowego SPS 1300”. Ojciec powtarzał mu: „Synu, radio chleba nie daje”. Któregoś dnia Marek Niedźwiecki przywiózł mu bochenek chleba wileńskiego i masło. Jego głos jest sexy, zdobył niejedno kobiece serce. Jednak on po 23.00 wyłącza telefon. Co wtedy robi? Bóg raczy wiedzieć.

Dom

Gliniano drewniany, stuletni, należał do dziadków. Kiedyś poczułem, że jedna ze ścian jest ciepła. W domu wybuchł pożar. Paliło się! To była ogromna trauma. Jeszcze długo potem wydawało mi się, że w każdym domu choć raz musi się palić. Przeraźliwie bałem się straży pożarnej i syren. Śniło mi się to po nocach. Nigdy nie chciałem zostać strażakiem. Gdy po godzinie 18 podawano w Jedynce komunikat przeciwpożarowy, wychodziłem, żeby tego nie słyszeć. Teraz bardziej się boję, że mi zaleje mieszkanie, bo moja sąsiadka już trzy razy to zrobiła.
 
Święta Bożego Narodzenia w domu pachniały zupą grzybową i świeżą jodłą. Któregoś roku moja siostra, usiłując założyć szpic na czubek choinki, przewróciła ją tak, że potłukły się wszystkie bombki. Wtedy tato nas wszystkich zaskoczył. Wyszedł z domu i wrócił z nowym kompletem bombek. To było wydarzenie! Pamiętam je do dziś, bo nie byliśmy bogatą rodziną. Czekoladę czy pomarańcze jadło się tylko w czasie świąt i to jedną rozkrawaną na całą rodzinę. A tu nowe bombki.

Byłem typowym dzieckiem z prowincji i miewałem z tego powodu kompleksy, zwłaszcza gdy dostałem się do liceum w Zduńskiej Woli, która wydawała mi się olbrzymim miastem. Jeździło się tam do kina na panoramiczne filmy, na zakupy, do kawiarni. Mówiło się wtedy, że jedzie się do miasta.
 
Mama była moją wychowawczynią i było to czasem dobre, a chwilami fatalne. Komfort polegał na tym, że mogłem przewidzieć, kiedy będzie klasówka, i dzięki temu cieszyłem się w klasie, że tak powiem, popularnością. Za to nigdy nie mogłem pójść na wagary ani chuliganić z chłopakami. W podstawówce i średniej byłem prymusem. Nie wkuwałem, ale zapamiętywałem raz przeczytane informacje i byłem wygadany. Wyższą szkołę, Politechnikę łódzką, skończyłem na trójkę.

Kościół

Mieszkaliśmy przy ulicy Kościelnej 8, w pierwszym domu przy kościele, nasze życie było więc siłą rzeczy przez kościół mocno zdeterminowane. Dwa kroki od domu dzwonnica biła na każdą mszę. Jako wyrostki wchodziliśmy na nią. To było ogromne przeżycie – zobaczyć dzwon z tak bliska. Moi dwaj bracia i ja byliśmy oczywiście ministrantami. Wchodziliśmy do kościoła z lekkim strachem, ale teraz gdy czasem spotykam się z moim kolegą księdzem Zdzisławem, pytam go zawsze: dlaczego są tylko ministranci, a nie ma maksistrantów?

Masarnia

Podobno przed wojną na dziesięciu rzeźników w Szadku ośmiu nosiło nazwisko Niedźwiecki. Był to fach z dziada pradziada, ale niestety ani moja siostra, ani dwaj bracia, ani ja nie poszliśmy śladem tradycji. Mój tata był pasjonatem swojego zawodu. Przyrządzał mnóstwo specjałów, przy czym nie była to zwykła kaszanka czy kiełbasa. Specjalnością był schab zawinięty w pęcherz, najpierw pieczony, a na koniec wędzony. Rzeźnik to w ogóle fantastyczny fach. A jeśli potrafi się robić takie kotlety mielone jak mój ojciec… Nigdy nie udało mi się znaleźć tego smaku, choć od kilku lat bawię się w te kotlety, eksperymentuję. Moja koleżanka w radiu powtarzała mi wciąż: „Rzuć w cholerę to, co robisz, i zajmij się tym gotowaniem. Mógłbyś na tym zarobić jakąś kasę”.

W czasach kartek żywnościowych swoją kartkę zawsze oddawałem mamie. Miała większe szanse na jej wykupienie, gdyż była żoną nie byle kogo, bo pana Wojtka Niedźwieckiego, kierownika masarni. Nawet za biednych czasów nie brakowało nam mięsa. Zdarzało się, że wybierałem z baleronu takie tłuste oka. Jednym słowem, mięsny dobrobyt.

Do masarni przychodziłem bardzo często: zanosiłem tacie drugie śniadanie albo wołałem go na obiad. Tata opowiadał, że stawałem na stole, mówiłem wierszyk i dostawałem w nagrodę kawałek kaszanki od jego kolegów. Nie lubiłem tego miejsca. Miało dziwny zapach. A rzeźnia była już całkiem przerażająca. Widziałem wiszące półtusze, ale nigdy nie odważyłem się, żeby zobaczyć śmierć zwierząt. Sprawę rekompensował fakt, że za tym budynkiem rosły leszczyny z mnóstwem orzechów laskowych, a niedaleko był staw, na którym jeździliśmy zimą na łyżwach.

Dworzec kolejowy

Symbol moich dziecięcych marze . Dworzec miał w sobie coś magicznego, była tu na przykład kasa, w której można było kupić bilet i uciec na koniec świata. Przychodziłem tu, by poczuć atmosferę, posiedzieć w poczekalni, popatrzeć na pierwszy pociąg, który przyjedzie. Chodziłem na tory, liczyłem pociągi, wagony, wymyślałem zabawy typu, jak będzie parzysta liczba, to spełni się moje marzenie. Dworzec działał na mnie tak sugestywnie, że czasami wydawało mi się, że naprawdę wyjeżdżam.

Cmentarz św. Idziego

W niedzielę po obiedzie przychodziło tu całe miasto. Na groby rodzinne i na spacer. W Szadku są dwa cmentarze, jeden nazywa się choleryczny, bo przed wojną dużo ludzi zmarło tu na cholerę. Za moich czasów obydwa traktowane były jak parki, przez które przechodziło się przy okazji wyprawy do lasu albo na kolejowy dworzec. Wszystkie drogi wiodły przez cmentarz. Nie bałem się go, nie wywoływał u mnie także smutku. Kiedyś nawet wydawało mi się, że widzę tu ducha dziecka. Szarówka, lato, wieczór. Szedł tuż nad grobami. Jeszcze widno, już ciemno. Moja wyobraźnia pracowała. Może naprawdę widziałem to dziecko? Kto wie?

Las

Cały Szadek otaczają lasy. Wakacje to jagody, maliny, poziomki. Moje dzieciństwo to również zbieranie grzybów. Suszyło się je, gotowało, marynowało. Kiedyś z siostrą nazbieraliśmy mnóstwo kurek i jedną surojadkę, którą postanowiliśmy dodać do potrawy, żeby smak był trochę inny. Niestety, surojadka okazała się muchomorem i wszystko trzeba było wyrzucić. To była dla nas wielka tragedia. Kurki zbiera się przecież całymi godzinami. Każdy z nas miał swoje ulubione miejsce, gdzie znajdował prawdziwki, maślaki czy krawce, czyli czerwone koźlaki. Na dalsze wycieczki jeździliśmy najczęściej wozem konnym. Moi rodzice skrzykiwali się ze swoimi znajomymi, a my, dzieciarnia, wskakiwaliśmy na wóz i start. Moje ulubione grzyby? Prawdziwki oczywiście. Mam swój sekretny przepis. Chyba jednak się nim teraz podzielę. No to bach. Prawdziwki trzeba przekroić wzdłuż na pół. Potem na oliwie zeszklić na patelni pokrojony w talarki ząbek czosnku. Ale tylko na moment, żeby nie zgorzkniał! Gdy tylko zaczyna skwierczeć, kładzie się na niego grzyby. Sól, pieprz i pod przykrywkę. Jeśli grzyby szybko nie puszczą wody, można jej ciut dolać, żeby się nie spaliły. Gdy woda już odparuje, przewraca się prawdziwki na drugą stronę. I już. Kulinarne zjawisko w trzy minuty.

 

Kino Rolnik

Tu po raz pierwszy widziałem film „Lecą żurawie” z Tatianą Samojłową oraz „Markizę Angelikę” z Mich`ele Mercier, w której się kochałem. Rzędy zaczynały się od czwartego, potem był piąty, szósty, za to nie było pierwszego, drugiego i trzeciego. Trzecie, czwarte i piąte krzesło to były miejsca w drugiej strefie, a od szóstego była strefa pierwsza. Najważniejsze było więc wykupić piąte krzesło w piątym rzędzie. Było na samym środku i na dodatek taniej, bo w drugiej strefie. Taka skomplikowana myśl twórcy. Absurd.

Foto: Łukasz Gawroński

Mój brat obejrzał „Przybycie tytanów” 20 razy. Po latach przyznał się, że stosował taką oto metodę, żeby nie było, że ciągle przesiaduje w kinie. Szedł na film, a kiedy następował nudniejszy moment, wybiegał, wracał do domu, żeby się pokazać, i z powrotem na „Przybycie tytanów”. Czasem pani kierowniczka wchodziła na salę, a nas było tam najczęściej 8-9 osób, takie minimum do wyświetlenia, i pytała: Chłopcy, czy dziś mam zagrać „Biały kieł” czy „Rancho Texas”? Przy czym mówiła „rancho”, a nie „ranczo”. I wszyscy krzyczeli wtedy: „Rancho Texas, Rancho Texas!!!”.

W kinie miałem okazję, by zobaczyć kawałek świata, te filmy przenosiły mnie w inną rzeczywistość, poza Szadek, bo jeździłem tylko czasem do Zduńskiej Woli czy rzadziej do Sieradza, np. do szpitala na wycinanie migdałków, albo sporadycznie do łodzi, 36 km, ale to już była prawdziwa wyprawa. Jeździłem tam, by wysłać przesyłkę do ZSRR, do koleżanki z Omska, ponieważ korespondowałem wtedy z wieloma osobami, głównie dziewczynami, bo one lubiły pisać. Poznałem je podczas mojej pierwszej wycieczki zagranicznej do Moskwy, Leningradu i Lwowa z nauczycielem rosyjskiego z liceum. Podobno mój adres pojawił się nawet w jakiejś rosyjskiej gazecie. To bardzo możliwe, bo w pewnym momencie zasypały mnie sterty listów. Pisałem po rosyjsku i niemiecku: Ich habe deinen Brief erhalten. Takie tam.

Rynek

Wszyscy się tu spotykaliśmy. To był taki trochę park z wielkimi topolami i ławkami. Byłem popularnym kolesiem do umawiania. Dziewczyny lubiły mnie, bo byłem wysokim szczuplakiem z czarnymi włosami, wtedy jeszcze nie nosiłem okularów. W przedszkolu bawiliśmy się czasem w doktora. Nie wiedzieliśmy nawet, o co chodzi, ale wydawało nam się, że tak jest fajnie, bo to może być coś złego. Dopiero w liceum jednak zacząłem szaleć za dziewczynami. Zazdrościłem kolegom, którzy wciąż zmieniali narzeczone i byli bawidamkami. Ja trzymałem dystans, byłem wyciszony i to raczej dziewczyny mnie wybierały, a potem zdobywały. Tak mi chyba zostało? Jeździliśmy na wspólne rajdy, pojawiły się pierwsze prawdziwe pocałunki, przechadzki po lesie. Ela, Mariola, Baśka, uuu, jednak trochę ich było, ale ja byłem raczej wierny. Jeśli byłem w związku z Mariolą, to nie interesowałem się innymi. Mariola mieszkała w Zduńskiej, 12 km od Szadka. Pisaliśmy do siebie każdego dnia, mimo że widywaliśmy się codziennie w szkole. Pisanie listów było istotne, czekałem na nie, znaczyły dla mnie bardzo, bardzo dużo. Wiele z nich mam do dziś.
 
Była jeszcze Jagoda i z nią trochę inaczej wyglądała historia. „Chodzisz ze mną?” – spytałem. „No tak, chodzę”. Czy teraz jeszcze tak się mówi? W Jagodzie kochali się wszyscy, ale tylko ja tańczyłem z nią w parze, chodziłem na prywatki i pota cówki. Istniał też niestety ktoś taki jak Jędrek… W walce z nim o Jagodę straciłem ząb. To była jedyna moja bójka w dzieci stwie. Prawy prosty, lewy sierpowy, trochę krwi.
 
W każdą środę na rynku odbywał się owocowo warzywny targ. Nazywaliśmy go środa. Będzie środa, oznaczało, że będzie targ. Kręcono na nim przed laty film: „Spotkanie ze szpiegiem”. Film kręcony w Szadku – coś takiego, święto niemal! To była środa, czyli targ. Filmowy szpieg chodził po nim i czymś handlował. Przez ostatnie siedem minut to nawet mój dom widać. Tak mi się majaczy, że ktoś stoi w oknie. Może to ja tam stoję?

Remiza

Budynek, który powstał już za mojego życia. Odbywały się tu akademie, uroczystości, konkursy, zabawy, wesela. Przeniosły się tu z kina. Majówki organizowało się w lesie. Przyjeżdżała strażacka orkiestra dęta, siedząc na przyczepie traktora, grała, a myśmy tańczyli dokoła na wyłożonej podłodze, wszyscy, dzieci i rodzice. Można było napić się oranżady albo poszaleć w lesie. W remizie dostałem statuetkę Człowiek XX wieku w Szadku. Nie mój tato, nie pan Kowalski, ci, których kojarzyłem jako wielkich i ważniejszych, tylko ja! Parę lat temu, gdy odbywały się tu Dni Szadka, burmistrz wezwał mnie i spytał, czy mógłbym przywieźć kogoś znanego. Przywiozłem „Sierotę” (Marka Sierockiego) i tak oto zostałem Bogiem. Gdy „Sierota” zrobił dyskotekę, to cała Zduńska Wola przyjechała.

Szkoła

We wtorki, czwartki i soboty przyjmował dentysta. Nienawidziłem tych dni, uciekałem zawsze na koniec korytarza, żeby nie zobaczył mnie Seweryn, pomocnik stomatologa. W klasie siedziałem jak mysz pod miotłą, żeby tylko nie wszedł i nie powiedział: „Niedźwiecki, do dentysty”. To była trauma, bo wtedy bolało zawsze, nie istniały przecież znieczulenia, a borowano napędzaną nożnie machiną. Dramat, dramat, dramat!

Szkoła to także kółko recytatorskie, które chyba trochę mnie ośmieliło. Moja pani od polskiego powiedziała, że jest konkurs recytatorski i może wziąłbym udział. Miałem donośny głos i jakoś mi szło. Dotarłem nawet do centralnych eliminacji i dostałem wyróżnienie. Myślę, że to był pierwszy krok w kierunku radia. Poza tym dzięki wierszom uczyłem się ładnie mówić po polsku. Wtedy pokochałem poezję. Recytowałem Broniewskiego i Majakowskiego – takie były czasy. Ale nie tylko patriotyczne historie.

Ja nie chcę wiele:
Ciebie i ziele ,
i żeby wiatr kołysał
gałęzie drzew,
i żebym wiersze pisał
o tym, że…
każdy nerw,
każda chwila samotna,
każdy ból – jakże częsty, jak częsty! –
zwiastuje otchła ,
mówi: nieszczęsny…”

Czytałem to nocami w Trójce. Mało kto wiedział, że to Broniewski. Kobiety pisały: „Zrozumiałam, przyjeżdżam, czekaj na mnie na dworcu”. Przestałem więc czytać, kiedy okazało się to zbliżeniem na zbyt intymną odległość. Do dzisiaj jednak mam słuchaczki, które piszą do mnie różne dziwne rzeczy. Raz spytała mnie jakaś dziewczyna, czy jestem tym Niedźwieckim, który ją wykorzystał w 1984 roku na wakacjach, bo tak jej się wydaje, że to ja.