Szreńsk Jana Peszka

Łukasz Gawroński

reklama

„Pamiętaj, życie jest wspaniałe i krótkie jak przeciąg”, mawiała jego babcia Stefania. „Trzeba mieć poczucie, że ono jest wartością absolutną. Samo w sobie. Wtedy nie traci się czasu na głupstwa” – dopowiada Jan Peszek, gestykulując z przekonaniem. Mówi też, że nie ma w sobie czarnych dziur. A jego widzowie wiedzą, że ma to coś. To ekstremalne coś, co sprawia, że z tą samą pasją całuje się z Janem Fryczem w filmie „Pożegnanie jesieni”, co milczy w spektaklu „Odprawa posłów greckich”. Można go kochać, podziwiać albo i nie. Jedno jest pewne, Peszek to osobowość uwolniona. I tak zrobi, co zechce. Teraz pewnie wybuchnie śmiechem?

Dom

Odwiedziłem Szreńsk jeden raz, po latach, gdy jechaliśmy z matką do wsi, gdzie spędziła dzieciństwo. Wjechaliśmy do miasteczka. Kościół, ryneczek z drewnianymi domkami naokoło; tak sobie wyobrażałem enklawę małych żydowskich miasteczek. Mama powiedziała tak: „Jest mi trudno o tym mówić, ale jeśli masz ochotę zobaczyć miejsce, w którym się urodziłeś, wstąp do tego domu”. Opisała mi dokładnie, co mam zrobić: „Z sieni skieruj się w prawo, tam będzie duży pokój, w którym stoi po lewej stronie duża trzydrzwiowa szafa. Tę szafę trzeba odsunąć, bo za nią będą drzwi z małą szybką. I komórka bez okna. Tam cię urodziłam”. Nie chciała wyjść z samochodu, pewnie były to dla niej zbyt traumatyczne przeżycia.
 
Zastałem w domu jakąś rodzinę w wieku średnim, która nie była w stanie pamiętać czegokolwiek z tamtego czasu. Czułem się trochę intruzem, ale wszedłem. Przywitałem się, przedstawiłem i powiedziałem, że jest taka trochę dziwna sytuacja z mojego życia i bardzo prosiłbym o odsunięcie szafy, jeśli ona nadal tam stoi. Okazało się, że szafa stoi. Odsunąłem ją i rzeczywiście ukazały się drzwi, o których istnieniu w ogóle nie wiedzieli gospodarze. Wszystko było tak, jak powiedziała matka. Szybka, pełno pajęczyn, ciemno. To było niezwykłe, trudne do opisania uczucie obcowania z miejscem, w którym się przyszło na świat. Najsilniej pamiętam wejście do tego pokoiku. Ciemna klitka bez okna. Mogło się w niej mieścić niewielkie wyrko dla mamy i obok całkiem maleńkie dla mnie. To wszystko. A w tym mroku cud narodzin.
 
Wróciłem do mamy i poprosiłem ją, by jednak weszła do tego domu. Posłuchała mnie. Padliśmy sobie w objęcia. Rozczuliła się, rozpłakała, nie chciała nic powiedzieć. Ten krótki uścisk w miejscu moich narodzin pozostanie we mnie na zawsze.
 
Potem zacząłem kombinować różne fakty. Związek moich rodziców, a raczej to, w jakich okolicznościach powstałem, jest historią dotyczącą Królewca, czyli tego miasta, które istnieje, ale już nie jest nasze. Mama jako młoda osoba została tam wywieziona na roboty do niemieckiej rodziny. Ojciec, który był tam w oflagu, wychodził czasem z terenu obozu do niemieckiego dentysty, u którego wykonywał pierwsze techniczne prace dentystyczne. (Szkolił mnie nawet później na dentystę. Jako syn pierworodny miałem przejąć po nim gabinet, praktykę i ogromną liczbę pacjentów). Tak ojciec poznał matkę. Wybuchła ogromna, niesamowita, szalona miłość. Pierwsza dla mojej matki Karoliny i silna do tego stopnia, że zakradała się do obozu, żeby tylko spotkać się z ojcem. Tak powstałem.
Myślę, że ogrom energii, którą mam, wynika z tej niezwykłej emanacji ekstremalnych okoliczności rzucających czasem ludzi sobie w ramiona. Rodzice pobrali się na terenie oflagu pod koniec wojny. Akt ślubu – odręczny świstek wystawiony przez francuskiego księdza – nie był później honorowany przez władze komunistyczne. Z prawnego punktu widzenia byłem więc dzieckiem nieślubnym. Mój dziadek najprawdopodobniej nie mógł uznać takiego skandalu. Poza tym traktował małżeństwo rodziców jako mezalians.
 
Z opowieści ciotek wiem, że dla matki to wszystko było bardzo przykre. Została oddzielona od ukochanego, bo dziadek zaprzągł bryczkę i wywiózł ją nocą do tej klitki w Szreńsku. Może też dlatego, że tam właśnie mieszkała znajoma położna. Tam, w głębokim ukryciu, powiła dziecko. Mnie. Mówiła o tym wszystkim tylko tyle: „Urodziłeś się w niedzielę, dokładnie wtedy, kiedy dzwony biły na sumę”.

Dom dziadków

Dziadkowie byli polską emigracją. Ze strony mojej babki Stefanii musieli emigrować chyba jeszcze po powstaniu styczniowym pradziadek Edward Dembowski i prababka Michalina von Kobyli ski. Dziadek natomiast był chłopem z Zielunia. Poznali się w Stanach, dokąd on wyjechał zarobkowo, a babka z buntu wobec macochy, która ją bardzo źle traktowała. Babka była taką trochę feministką z dobrym, ekonomicznym wykształceniem, jakbyśmy to dziś powiedzieli, a przynajmniej kobietą twardo stąpającą po ziemi. Nie widziała powodów, by podporządkowywać się macosze.

Oni są dla mnie niezwykle istotni, zwłaszcza dziadek. Był człowiekiem niebywałej wprost urody. W rodzinie chodziły plotki, że szalała za nim Rita Hayworth. Zapamiętałem go jako podrywacza młodych kobiet o niezwykłym wprost charmie. Babcia natomiast była prawdziwą damą, z vonów. Należała do osób okropnie porządnie wychowanych. Dziadkowie byli cudownym małżeństwem. Babcia wiedziała, że życie dziadka składa się z żartów. Pamiętam, że gdy jechałem z nim bryczką, z Nowego Zielunia do Starego na przykład, zabierał czasem jakąś dziewczynę, która machała, by ją wziąć. Zazwyczaj doskonale wiedział, gdzie ona mieszka, ale gdy zbliżał się do jej domu, podcinał konie i pędziliśmy przed siebie. Ona się trochę przewracała, on ją chwytał, ona krzyczała: „Panie Krakowski, co pan robi?”. Wtedy tego nie rozumiałem. A dziadek zaśmiewał się do łez. Po czym zawracał gwałtownie ko mi i odwoził ją do domu. Miał poczucie humoru.
 
Nastąpił wreszcie taki dzień, w którym dziadek znów kazał zaprząc bryczkę. To był znak, że zabierają córkę i wnuka do domu. Moja matka jednak – osobowość absolutnie szalona – postanowiła mnie zawieźć do Królewca, żeby wpierw pokazać ojcu. Sytuacja była bardzo niebezpieczna ze względu na alianckie bombardowania. Matka zawinęła mnie i schowała za pazuchę. W drodze do Królewca miały miejsce zdarzenia, które pokazują, że granica miłości i namiętności nie istnieje. Zatrzymał ją Niemiec i zapytał: „Co tam niesiesz?”. „Gęś” – odpowiedziała. Przystawił jej do głowy lufę pistoletu.
 
Mam z tych odwiedzin takie zdjęcie, na którym zarośnięty ojciec trzyma mnie na rękach. Po wielu latach moja żona odczytała jego numer oflagowy wyszyty na piersiach: 13021944. Data moich urodzin! To wszystko razem jest sentymentalne, niesamowite, przerażające i piękne. Po wojnie rodzice wzięli jeszcze jeden ślub, według prawa, czyli następne dzieci rodziły się już w formalnym związku, a dziadkowie w końcu ojca zupełnie zaakceptowali. Jak wiele par wtedy rodzice wędrowali po Polsce w poszukiwaniu szczęścia. Razem wiosłowali przez życie. Ojciec otworzył w Andrychowie praktykę. Był szanowanym i wziętym dentystą. Rodzice do końca byli zgodnym małżeństwem. Zawdzięczam im moje bardzo pozytywne nastawienie do życia. I przekonanie, że największą wartością jest samo życie. Smakowanie go, radość, znajdowanie właściwych proporcji.

 

Wkra

Dziwne i trochę dla mnie wtedy krępujące doznania wiążą się z dziadkiem. Pamiętam pierwszą kąpiel. O zachodzie słońca wziął mnie nad Wkrę, do swojej łódki. Rozebrał się do naga (mój ojciec był ortodoksyjnym katolikiem i do głowy by mu nie przyszło, żeby się przy mnie pokazać bez ubrania), bo był absolutnie wolny, swobodny. Miałem wówczas może sześć lat i po raz pierwszy w życiu zobaczyłem „to” poza swoim. Pamiętam kolor wody, słońca, rodzaj aury, wieczoru. Dziadek, śmiejąc się, zdarł ze mnie szorty i powiedział: „Skacz, skacz do wody!”. Po czym sam skoczył. Ja za nim. To było uczucie totalnego wyzwolenia. Inicjacyjne, otwierające. Bez lęku. Takie jak dziadek.

Pole

Pamiętam, jak polowałem na myszy w czasie żniw. Gdy zbierało się snopki, to bardzo często uciekały spod nich całe stada. Jedną taką mysz chciałem zawiązać za ogon i dać kotu. Tak baraszkować sobie chciałem, z kotem się droczyć po prostu. Położyłem ją na obudowanej studni ze względu na jej bezpieczeństwo, bo wszystkie koty oczywiście się zbiegły. W pewnej chwili mysz wysmyknęła mi się i wpadła do studni! Oczywiście nikomu się do tego nie przyznałem.
Potem, dopiero po paru dniach, ją wyłowiono. Ciotka Adela, która ją znalazła, narobiła okropnego krzyku. Podejrzenie oczywiście padło na mnie, bo wszyscy widzieli, że ja coś z tymi myszami i kotami wcześniej majstrowałem. Parę dni wszyscy piliśmy wodę z myszą, ale w tym domu nie istniało coś takiego jak kara, więc mi się upiekło.

Ogród

Foto: Łukasz GawrońskiWakacje. Raj. Ogród przy domu. Rosły w nim czarne morwy. Owoce bogów. Całe alejki róż, takich półzdziczałych. Rodzice grali całymi dniami w karty, pijąc podpiwek. Była to namiastka piwa, robiło się go w domu. Był przesmaczny, słodki, z odrobiną alkoholu. Gdy nadchodziła burza, to wszystkie butelki z podpiwkiem strzelały. Robił się rejwach, krzyk i bieganina.

Nie zapomnę też widoku babci siedzącej w bujanym fotelu z czasów, gdy dziadkowie byli jeszcze bardzo bogaci. Inne drogocenne pamiątki rozgrabiły później wojska. Zostały dwa srebrne świeczniki i szafa grająca firmy Viktor z kompletem analogo-wych płyt z lat 20. Jednak potem i to spłonęło w pożarze, ocalał tylko jeden świecznik, a także portrety pradziadków i dziadków, które wiszą u mnie w krakowskim domu.
 
Babcia bardzo dużo czytała. Czytała, czytała, kiwała się na tym fotelu. Co jakiś czas sięgała ręką do słoika, coś do niego wkładała, potem wyjmowała i coś tam robiła sobie za uchem. I dalej czytała. Kiedyś nie wytrzymałem z ciekawości i gdy skończyła czytać, podszedłem do tego słoika, żeby zobaczyć, co jest w środku. Były tam pijawki, a babcia przystawiała je sobie za ucho. Przyglądałem się temu godzinami. Pijawki działały leczniczo, bo jak wiadomo, posiadają substancje rozrzedzające krew. Patrzyłem zafascynowany, jak one, pijąc tę krew, powoli się wydłużały. I kiwały się jak kolczyki. Za jednym uchem i za drugim. Kiedy się już całkiem napiły, babcia je zdejmowała, wkładała do słoiczka, przewracała kartkę i, bujając się cały czas, przystawiała następne. Nawet nie patrzyła w stronę słoika, bo widocznie czuła, która pijawka jest już napita. Dla mnie było to zupełnie irracjonalne. I fascynujące.

Sad

Rosło tu mnóstwo czereśni. Uwielbiałem to miejsce. Niekończący się sznur drzew. W lipcu owoce były bardziej różowe, ale czerwone też się już pojawiały. Sierpniowe za to były ogromne jak serca i purpurowe. Dziadek zawsze wyznaczał mi jedno drzewo i mówił: „Jak chcesz, ćwicz wolę. Masz tu kosz. To jest twój wybór. Możesz zjeść, ile chcesz tych czereśni. Jednak pierwszą spróbuj dopiero, gdy nazbierasz pełen kosz”. Ponieważ dziadek strasznie mi imponował, to mój wybór był taki, że pracownicy jedli prosto z drzewa, a ja pamiętam tylko to łaknienie, ten soczysty zapach czereśni.
 
Na ogół potem zaczynałem jeść bardzo gwałtownie, bo strasznie chciało mi się pić. Starałem się sprostać jednak temu zadaniu, nie bardzo rozumiejąc nawet, co to znaczy „ćwicz wolę”. To było być może infantylne, ale okazało się kształcące. Myślę, że dlatego jestem bardzo odporny i silny. Nie wiem, może w życiu nie przydarzyło mi się nic takiego, co by mnie złamało, ale zdarzały mi się przecież trudne historie, które po prostu pokonywałem. Nie mam w sobie czarnych dziur osobowościowych. Dziś wiem, że tam, w Zieluniu, blisko Szreńska, dziadek formował mój charakter.