Teczki

reklama

Kiedy moje teczki wjechały na biurko IPN-u, poczułem smutek. To jest całe moje życie! Tylko tyle. I wszystko już tak pożółkło!

Ujrzał nagle list, który wychylił się z torebki żony zostawionej jakże beztrosko bez opieki na krześle. (Było to w epoce, gdy jeszcze pisano tradycyjne listy). Zdawało mu się, że ten list szepce: „weź mnie i przeczytaj…”. Chwycił go więc w dwa palce i delikatnie wyciągnął. Nie chciał czytać, ale rzucił okiem i to oko już nie chciało do niego wrócić. I tak stał się koniec świata.
 
A to przecież żona powinna zrobić mężowi awanturę, jak śmiał grzebać w jaskini jej torebki. Tak samo jest z czytaniem cudzej poczty e-mailowej, z wertowaniem notesów – istnieje pewna sfera prywatna i umawiamy się, że nie mamy do niej dostępu, nawet kiedy jesteśmy z kimś bardzo blisko. Ale gdy już się ją naruszy i okaże się, że druga strona bardzo nabroiła, to następuje taki wybuch, że pokrywa on zupełnie niegodziwość podglądania czy podsłuchiwania.
 
Nawiązuję do wydarzeń z naszej sceny publicznej, która czasami, jak widać, przekłada się na prywatną. Nie mam jednak siły lustrować naszej lustracji. Kiedyś bez wahania ujawniałbym nazwiska agentów, a nawet prał ich po mordach. Zburzyłbym Pałac Kultury i powiesił generała Jaruzelskiego. Coś się jednak stało przez ten czas ze mną, z Polską, z czasem, który zastygł i jest historią. I oto sam sobą zdumiony teraz broniłbym generała własną piersią i tak samo Pałacu Kultury, gdyby chcieli go zburzyć nasi talibowie. A co do form ujawniania ludzi, którzy kiedyś upadli, mam coraz więcej wątpliwości.
 
Pewnie dlatego długo wahałem się, czy zajrzeć do swoich  teczek. A może powód był inny, banalny – nie znoszę wypełniać formularzy. Kiedy moje teczki wjechały na biurko  IPN u, ono zaś jęknęło (tyle ważyły). Pierwsze doniesienia są z czasu, gdy jestem w szkole. Ale najbardziej pikantne donosy pochodzą z roku 1977. W jednym z raportów czytam, co pisze nasza bezpieka: „Od Służby Bezpieczeństwa Węgierskiej Republiki Ludowej otrzymaliśmy agenturalną informację, z której wynika, że agent Skrzypek zbliżył się towarzysko do figuranta”. Figurant to ja, a Skrzypek mieszkał w Finlandii, ale pochodził z Węgier, i sugerował, że jest uchodźcą i ofiarą roku 1956. A był tylko agentem węgierskiej SB, zajmował się filmem, poznałem go w telewizji. Raporty, jakie na mnie pisał, bywały zabawne: „Namiętnie gra w tenisa, uprawia inne sporty, w tym sztukę samoobrony organizowaną specjalnie dla działaczy opozycji, posiada wyraźne inklinacje homoseksualne, […] partnerów homoseksualnych wyszukuje sobie w czasie gry w tenisa”. Nie wiem, czy bezpieka uwierzyła w te nonsensy i co na to znany malarz Łukasz Korolkiewicz, mój wieloletni tenisowy partner – jego obrazy zawsze były trochę podejrzane.

Wkrótce potem tajne służby robią przeszukanie w mieszkaniu, kiedy jesteśmy na wakacjach. Przy okazji ekipa techniczna znajduje odpowiednie miejsce na zainstalowanie podsłuchu. Oto fragment reportażu z mojego mieszkania, uprzedzę, że w toalecie na ścianie przylepiałem wycinki z pism i tworzyłem z nich groteskowy kolaż. Zwiedzający mieszkanie tajniacy notują: „W lokalu figuranta w szeregu miejscach, też w ubikacji, umieszczone są egzemplarze nielegalnych ulotek oraz wycinki z prasy oficjalnej, np. „Trybuny Ludu”. […] Bezpośrednie zestawienie tych obrazów i haseł nadaje całości wrogi, dwuznaczny i ośmieszający wydźwięk. […] Figurant w ten sposób trenuje codziennie i systematycznie swoje odczucia nienawiści do socjalizmu”.

Takie to były gry i zabawy w tamtych latach. Tylu ludzi mi mówiło: marnujesz życie, przegracie. Jak patrzę na to, co teraz się dzieje, myślę, że w jakimś sensie przegraliśmy, zawsze przegrywa się ze słabością ludzkiej natury, która uparcie powtarza stare grzechy w nowych dekoracjach.
 
Podejrzałem już więc swoje życie okiem innych i mogę teraz spokojnie podglądać sam siebie – to przecież mój zawód. A przy okazji codziennie podglądam swojego synka. To jest rzadki przypadek, kiedy podglądanie jest zupełnie niewinną radością.