Teodora Dimowa „Matki”

Materiały prasowe

reklama

Losy bohaterów Dimowej układają się w prawdziwy katalog chorób społecznych. Znajdzie się tu wszystko, czego nie życzylibyśmy nie tyle wrogowi, ile przede wszystkim dziecku. A właśnie oczyma dzieci, grupy czternastolatków chodzących do jednej klasy, oglądamy świat, który najwyraźniej zwariował. W każdym razie wypadł z szyn po przemianie ustrojowej.

Z katastrofy sprokurowanej przez bułgarską pisarkę nikt nie wychodzi bez szwanku. To – zważywszy na jej charakter – niemożliwe? Oczywiście. Opowieści o zbrodni popełnionej z rozpaczy i o jej przyczynach nie należy czytać dosłownie. Choć jest kapitalnie napisana, sugestywna i wypełniona realistycznym szczegółem, jako całość nie budzi zaufania, bo trudno uwierzyć w takie stężenie nieszczęścia w jednym miejscu i czasie. Lecz Dimowa postępuje tak jak specjalista od badań statystycznych – na reprezentatywnej grupie osób chce pokazać  wstydliwą, ciemną stronę rewolucji politycznej. I ludzi, którzy kompletnie gubią się w nowej rzeczywistości, dlatego wciąż tęsknią za tym, za czym teoretycznie już nie powinni. Nieco brakuje mi takiej właśnie polskiej powieści. Powieści wyjaśniającej, czym się objawia trauma wychowania w komunizmie i jak rzutuje ona na życiowe wybory. Tych, co jej doświadczyli, i ich dzieci.

przełożyła Hanna Karpińska, PIW, Warszawa 2008, s. 179