Tomaszów Mazowiecki Cezarego Pazury

Łukasz Gawroński

reklama

Gdy pojawił się na świecie (3600 dkg, 56 cm), położna powiedziała jego matce: „Ma pani tego swojego artystę”. Kiedy miał metr dwadzieścia, nucił: „To był maj, pachniała Saska Kępa”, myśląc, że śpiewa o jakiejś magicznej roślinie. Znów urósł. Jego ksywy zmieniały się wprost proporcjonalnie do wzrostu: Zdzichu, Saper, Pazur, Fandzloch, aż wreszcie na studiach został Paznokciem. Bywa rozsądny. Chce zdrowo żyć. Gdy boli go głowa, wypija sie-dem szklanek wody. Jedną po drugiej. Zamiast iść do apteki, kupuje pęczek rzodkiewek. – Pan wierzy w miłość? – pytam Cezarego Pazurę. – Tylko – odpowiada.

Kino Włókniarz

Miejsce konkursów powiatowych, spotka  solistów i chórów dziecięcych pod hasłem Tomaszowska Wiosna. Mój tata prowadził dziewięcioosobowy chór. Śpiewaliśmy na trzy głosy różne pieśni, zdobywając drugie, trzecie, rzadziej czwarte miejsce. Mieliśmy zgraną paczkę: Szafa, łolek, Kikuś, Kacper (pierwsze dziecko, z którym bawiłem się na podwórku), Mariusz Chojecki, Gugef, Pontik.
 
Któregoś roku zakochałem się w dziewczynie z Koluszek. Miała bardzo długie nogi i śpiewała w parze z takim kurduplem z Brzezin. Strasznie nas wpieniał, bo jej bardzo pilnował i łaził z nią cały czas. Postanowiliśmy więc z Chojeckim dać mu bęcki na przystanku. Ale przyjechał autobus i go zabrał niestety. Tak oto dzięki PKS owi Zbigniew Zamachowski uniknął porządnego bicia.

W kinie Włókniarz miałem pewne wystąpienie, do którego zmuszono mnie, grożąc, że nie zdam matury. Mówiłem: „Już z »Aurory« wystrzał padł…”, a z sufitu spadało w tym czasie morze chorągiewek. Każda z gwoździkiem na końcu, aby skutecznie wbić się w podłogę. Musiałem tkwić na scenie tak idealnie, żeby mi się nic w łeb nie wbiło. W tej pierwszomajowej akademii można było wygrać podróż Pociągiem Przyjaźni, aparaty fotograficzne, bony książkowe, a ja niestety wygrałem nagrodę główną. Możność wzięcia udziału w egzekutywie Komitetu Wojewódzkiego PZPR i uścisk dłoni pierwszego sekretarza KW PZPR w Piotrkowie Trybunalskim. Dostałem także pozytywną opinię: „Prezencja, dobrze mówicie po polsku, świetne oceny, każde studia stoją otworem, tylko się zastanówcie, Pazura”. Kiedy organizatorzy to mówili, za oknem szedł właśnie pochód z hasłami: „Solidarność, Solidarność!”. Czułem się nie w tym obozie.

Tydzień później przyjechał do parafii biskup i ksiądz zamówił u mnie przemówienie w imieniu całej służby liturgicznej. Mówiłem, że młodzież, solidarność, w nas przyszłość wolnego kraju, wręczyłem kwiaty biskupowi, a on na to: „Dziecko, przyjdź na obiad do proboszcza”. Przyszedłem, biskup wziął mnie na bok i rzekł: „Takich jak ty potrzebuje Kościół. Mamy mało powoła . Uczysz się dobrze? Jakie masz plany?”. „No, myślałem o służbie Kościołowi, ale ja chcę mieć żonę, dzieci”. On na to: „Zastanów się, dziecko. Przed tobą wielka kariera. Może nawet Rzym?”. Wtedy postanowiłem: Będę błaznem, pójdę do szkoły teatralnej.

Gastronomik

Spędziłem tu rok. Większość uczniów stanowiły dziewczyny. Stałem sobie na zmywaku i opowiadałem kawały. Czasem robiłem naleśniki z kolegą, a musiało ich być osiemset, bo gotowaliśmy dla czterystu osób, po dwa dla każdego. Z nudów rzucaliśmy sobie te naleśniki przez całą kuchnię, z patelni na patelnię, bekhend, forhend. Niektóre spadały na ziemię.

Najpiękniejsze jednak były praktyki w Podklasztorzu, gdzie szybko awansowałem. Przez przypadek, nie powiem jaki. Najpierw pracowałem w kuchni, potem w jadalni, następnie w barze. Rok 1981. Istniał wtedy przepis, że wódkę można zamówić tylko do konsumpcji. Przychodzili więc tacy spragnieni, naliczało im się śledzia, a oni co? Przecież nie będą jedli tony śledzi do pół litra wódki! Zamawiali jednego, dwa, a ja miałem naliczonych osiem i wszystko szło do mojej kieszeni. Zarabiałem gigantyczne pieniądze, postanowiłem nawet nie zdawać do szkoły teatralnej, myśląc: „Znowu mnie nie przyjmą, znów rozczarowanie, po cholerę mi to? Będę sobie spokojnie żył, gotował dla ludzi, zarabiał na śledziach”.

Aż któregoś dnia w telewizji był mecz mistrzostw świata Polska – Belgia. Wygraliśmy 3:0, Boniek strzelił wszystkie bramki. Ryczeliśmy z kolegami z radości, a potem opijaliśmy zwycięstwo. Padłem. A rano Szpaku z Wojtkiem wsadzili mnie, kompletnie pijanego, do jelcza. Kierunek łódź Fabryczna. Poszedłem do szkoły filmowej na Targową, po drodze kupując dużo wody i oranżady. Po nocnych wrzaskach nie miałem w ogóle głosu. Wszedłem na egzamin i bezgłośnie wycharczałem: „Dzie  dobry”. Machulski Jan, przewodniczący komisji, odpowiedział: „Dzie  dobry. Co się stało?”, przedrzeźniając mnie. „No mecz był, trochę krzyknąłem” – odparłem. „No ja też – odpowiedział – to dziękujemy już panu”. Myślałem, że to koniec. Pamiętali mnie jednak z poprzedniego roku i takim trochę awansem dopuścili do drugiej tury. Potem jakoś szło.

Szpital na Polnej

Z Niewiadowem, gdzie mieszkałem, zawsze miałem problemy, bo gdy wyjeżdżałem na kolonie, padało pytanie: „A skąd je-steś, chłopcze?”. Ja na to: „Z Niewiadowa”. „No jak to nie wiadomo?!” – dziwili się. Wciąż miałem kompleks kretyna, który nie wie, skąd jest.

Moi rodzice borykali się tylko z jednym: brakiem pieniędzy. Zawsze zarabiali za mało. Znałem tylko jeden dialog. Matka mówi do ojca: „Zdzisiu, może byś zmienił zawód?”. Ojciec na to: „Nie, minister oświaty mówił, że od przyszłego roku nauczyciele dostaną podwyżkę”. Tak było co roku. I tak jest do dziś! Byłem wychowywany w pogardzie do jakichkolwiek przejawów ludzkiej inicjatywy, a słowo „prywaciarz” miało absolutnie pejoratywny wydźwięk, bo większość ludzi pracowała w fabrykach. Moja mama także. Z nakazu pracy w 1958 roku przyszła do zakładów Nitrat (obecnie Predom Prespol). Tajemnicą, o której wiedziało każde dziecko w Niewiadowie, było to, że odbywała się w nich tzw. produkcja specjalna. Powstawały bomby dla Ruskich, a przykrywką była produkcja młynków do kawy i przyczep kempingowych. Dlatego wybuchy w fabryce zdarzały się często i na osiedlu szyby szły. Zdarzały się też ciężkie, a nawet śmiertelne wypadki. Dlatego też Niewiadowa w tym czasie nie było na mapie. Dopiero jak się okazało, że Amerykanie z kosmosu widzą przecież wszystko, przestano utajniać jego istnienie.

W dzieciństwie nigdy niczego nie chciałem, bo wiedziałem, że rodzice i tak nie mogą mi tego dać. Żyliśmy bardzo skromnie, a system tylko to pogłębiał. Gdy poszedłem do Pierwszej Komunii i dowiedziano się o tym w fabryce matki, zabrano jej wszystkie dodatki. Ojciec leżał w szpitalu w Tomaszowie. W domu zapanowała prawdziwa bieda. Jedliśmy zupę szczawiową ze szczawiu, który przynosiłem z łąki. Mama gotowała ją na maśle. Całą gotówkę z Pierwszej Komunii, którą wpłaciłem na SKO, musiałem oddać, bo tata rozwalił trabanta. Zostało mi 50 zł i gdy pojechaliśmy z klasą na wycieczkę do Warszawy, kupiłem sobie coca colę i słone paluszki. Resztę przywiozłem do domu.
 
Byłem dziwny. Nie piłem. Byłem tym, co pilnuje tych, co palą, stojąc na czatach koło kibla. Gdy do rodziców przychodzili znajomi i ktoś zaczynał palić, ostentacyjnie otwierałem okno, mówiąc: „O Jezus, Jezus, tu nie ma czym oddychać”. Wtedy dostawałem od matki w łeb. Do dziś nie palę w domu. Na tarasie puszczam dymka i koniec. Palę trzy dziennie. Czasem pięć.

 

Plac Kościuszki

Centrum miasta. Był tu wielki przystanek PKS u. Do Niewiadowa jeździł jeden autobus, o 15.10. Jak się człowiek na niego spóźnił, to musiał dymać na okazję do Ujazdu. Potem pieszo do Niewiadowa.
 
Niedaleko powstały pierwsze wieżowce i chcieliśmy choć raz wejść do windy; zobaczyć świat z wysoka. Trzeba było jednak mieć klucz i kiedyś kolega wreszcie go załatwił. Poszliśmy na wagary, żeby się przejechać windą. Ale mi się to podobało! Błagałem Boga: „Boże, jak ja bym chciał mieszkać w wieżowcu. Spraw, żebym kiedyś mieszkał. Żebym miał taki klucz do windy. Żebym mógł powiedzieć do kolegi: Cześć, chodźmy do mnie, na dziesiątym mieszkam”.
 
Stadion Lechia Tomaszów

Trenowałem siatkówkę. Uwielbiałem ją. Lechia Tomaszów była w pierwszej lidze. Stąd pochodzą Skorek, Gawłowski i Wójtowicz. Trzech najlepszych siatkarzy, którzy zdobyli złoty medal olimpijski w 1974 r. To sport tego miasta. Potem, gdy założyliśmy z kolegami w szkole filmowej kółko siatkarskie, wygraliśmy Mistrzostwo Polski Szkół Wyższych w 1985 roku. Byłem najlepszym rozgrywającym.

Foto: Łukasz Gawroński

Teraz dzieci mają za mało sportu w szkołach. Dziewczynki biorą zwolnienia, żeby nie ćwiczyć. Potem rosną z nich nieruchawe, niepodobające się nikomu krowy. No, ludzie! Życie to jest ruch! Jak nie będziemy się ruszać, to nie będziemy żyć. Nawet drzewo jak stoi, to się rusza.

Liceum im. Żeromskiego

Do szkoły w Tomaszowie jechał tylko jeden autobus. O 5.30. Lekcje zaczynały się o ósmej, więc musieliśmy z kolegą czekać przez godzinę pod szkołą. Z nudów zaczynaliśmy krzyczeć: „Ludzie, ludzieeee, luuudzie!”. A ludzie otwierali okna i pytali: „Czemu wy, kurwa, nie śpicie?”. Wtedy uciekaliśmy. Uczyłem się bardzo dobrze, matura 5,0. Czasem złapałem jakąś czwórkę, bo się wygłupiałem i obniżali mi za sprawowanie.

Tu po raz pierwszy pocałowałem dziewczynę. Na korytarzu pod popiersiem Żeromskiego dałem Małgosi naszyjnik i spytałem: „Czy chcesz ze mną chodzić?”. „Tak”. Nie wiem, czy to była miłość, czy mi się zdawało? Inne może bardziej mi się podobały, ale z Gośką chciałem chodzić, bo się z nią dobrze czułem. Jej tata był wojskowym i mieszkali na terenie jednostki wojsk lotniczych pod Tomaszowem. Żeby wejść do niej na randkę, musiałem mieć przepustkę. Paranoja.
 
Liceum było super. Wysoki poziom, bardzo dobrzy matematycy, świetni sportowcy. Miałem fajną klasę. Jedyną, w której było trzech laureatów ogólnopolskich olimpiad. Podczas olimpiady z historii sztuki mieszkaliśmy w schronisku młodzieżowym w łodzi. Pisałem o sakralnej architekturze drewnianej w Polsce. Miałem to w jednym palcu, ale były tam też dzieci ustawione. Wiadomo było, że zrobią wszystko, żeby mnie sczyścić. Sale do spania były kilkunastoosobowe, ale ja byłem w swojej sam, bo ci, którzy ze mną mieszkali, już odpadli. Była tam również dziewczyna, niezwykle atrakcyjna, piękna, malutka, czarnulka taka. I ona kupiła sobie piżamkę w serduszka i przyszła mi ją pokazać. Przerabiałem akurat Artura Grottgera. Tylko to pozostało mi do nauczenia, a tu pocałunki, pieszczoty. Jakby nie było, ciekawy wieczór. No i rano wyciągam pytania, a tam co? Grottger! Strzelałem. Zabrakło pół punktu.
 
Byłem wciąż aktywny. Chciałem na przykład grać i śpiewać równocześnie. Kolega namówił mnie na szkołę muzyczną. Pani dyrektor Zakrzewska, pamiętam jak dziś, spytała: „Dziecko, a ty na czym chciałbyś grać?”. Ja na to: „No, na pianinie”. „Ale już nie mamy wolnych miejsc. Może być klarnet?”. „Tak” – zgodziłem się, choć nie wiedziałem, co to klarnet. Po pół roku zorientowałem się, że nie da się jednocześnie śpiewać i grać na klarnecie. Ale skończyłem tę szkołę. Grałem w orkiestrze szkolnej i byłem konferansjerem. Mówiłem wyraźnie, powoli i z pamięci. Prowadziłem na przykład koncert „Śpiewający lekarze”. Byłem w szoku, że jednak sztuka w każdym drzemie, ludzie chcą to pokazać, wyżyć się w tym Tomaszowie Mazowieckim.

Kościół św. Wojciecha

Parafia Ujazd. Do 27. roku życia byłem ministrantem. Potem przyjeżdżałem tu rzadziej, ale zawsze szedłem do zakrystii i mówiłem: „Króluj nam, Chryste” (przywitanie służby liturgicznej ołtarza). Bo ja jestem chrześcijaninem, nie? Życie potwierdziło mi, że idę słuszną ścieżką. Ludziom teraz brakuje duchowości. Nasz umysł nie jest w stanie ogarnąć istoty boskości, bo czym ona jest? Tajemnicą. Nigdy nie możemy jej posiąść. Podoba mi się takie porównanie: to tak, jakby ryba płynęła po oceanie i pytała drugiej ryby: „Przepraszam bardzo, gdzie jest ocean?”. Pan Bóg jest wszędzie. To istota wszystkiego i trwała zagadka życia. Wszystkie pytania i wszystkie odpowiedzi. Każdy z nas jest częścią wielkiego boskiego planu i musimy sobie z tego zdawać sprawę. My to jednak olewamy, a nawet się nad tym nie zastanawiamy. XX wiek zrobił najwięcej dziur w ludzkim mózgu, a on i tak sam w sobie jest ucieleśnieniem zła.

Gdybym miał spersonifikować szatana, to narysowałbym ludzki mózg. Dla mnie jest on tylko narzędziem, które dał nam Bóg do używania. Tymczasem nami zawładnął. Ktoś udowodnił, że Einstein swoich odkryć dokonał świadomością, a mózgu użył tylko po to, by wszystko zapisać i przetłumaczyć na nasz język, zrozumiały dla innych mózgów.

Jestem pod wrażeniem Fallaci. Podzielam jej pogląd, że chrześcijaństwo powinno się zjednoczyć przeciwko muzułmanom, którzy panoszą się w Europie od 700 lat. My im na wszystko pozwalamy. To fanatycy, łatwo nimi sterować. Ciekawe, że Pan Bóg akurat im dał ropę naftową, a nami tak pokierował, że jesteśmy od niej uzależnieni. To paradoks. A może próba dla nas? Powinniśmy mieć coś takiego jak ojcowska silna ręka i powiedzieć tak albo nie. Bez nienawiści.

Niebieskie źródła

Są niebieskie, choć dla mnie całe życie były zielone. Jedyny przyrodniczy ewenement w okolicy. Miejsce odpoczynku tomaszowiaków. Dużo kaczek, roślin. Wycieczka, dzika wyprawa, bardzo czyste powietrze. W ziemi są źródła, które tylko biją w górę. Przez to nie tracą temperatury. Zawsze jest taka sama, bez względu na porę roku. 9 stopni. Aż trudno uwierzyć, że ta woda ma swój początek aż w Karpatach. Tak między nami, ja do dziś w to nie wierzę.