Zdarzyło się…

reklama

Dreszcz. Mój synek ma siedem dni. Siedem dni życia. I zakończył właśnie stwarzać świat. Dlatego uśmiecha się przez sen. A to czego jeszcze nie ma. Czeka by się stać. Kiedy na jego czoło pada. Kosmiczny deszcz. Przebiega go dreszcz. Od stóp do głów. I wraca znów do gwiazd.

Od napisania tego wiersza minęło trochę czasu, a Jego wiek zaczyna się już liczyć na tygodnie. Trochę mu zazdroszczę, nie tylko tego, że wszystkie drogi ma przed sobą otwarte i zaanektował na amen swoją mamę (ja bywam nawet wyrzucany z łóżka…). Jego płacz jest równie przejmujący jak uśmiech, jeszcze odruchowy. Dobrze, że od urodzenia mamy takie odruchy.

Uśmiech
Głowa mojego synka
Jeszcze mieści mi się w dłoni
Skórę ma gładką i miękką
Jak pocałunek
Patrzy na świat
Granatowymi oczami
I nic nie rozumie
Ale zdążył już
Wyrzucić mnie z łóżka
Wydaje rozkazy jak Napoleon
I nie waha się
Kazał piersiom
By spłynęły mlekiem i miodem
I stało się
Zarządził okupację moich myśli
I myślę o nim
A kiedy rusza do płaczu
Wyjeżdżają na miasto
Wszystkie karetki pogotowia
I rosną im skrzydła
By nagle stanąć
W blasku jego uśmiechu

 
Jestem już pewien, że zajmiemy się nim tak, jak powinni zajmować się dzieckiem rodzice. Czyli damy mu bezwarunkową miłość, a tylko taka miłość stwarza dziecku szansę na szczęśliwe życie, tylko szansę, gwarancji nigdy nie ma. Błędy wychowawcze popełnia się jednak zawsze, o czym przypominają pogubione w życiu dzieci znanych pedagogów i terapeutów. Istnieją też geny. Jesteśmy zapewne wypadkową wychowania i genów, nikt nigdy nie obliczy, co ważniejsze. Mamy jednak wpływ jedynie na wychowanie, więc nie ma sensu martwić się genami.

Gdy rozmawiam ze znajomymi, wszyscy przyznają, że mieli dzieci za wcześnie. Nie dziwię się, że tak twierdzą mężczyźni, wielu z nich do ojcostwa nigdy nie dojrzeje, ale tak mówi też wiele kobiet. Wygląda na to, że dzieci mają dzieci, a my wymagamy od ludzkości powszechnego rozsądku. W tej sytuacji dziwne, że wszystko w ogóle jakoś trzyma się kupy.
 
– Nie masz wyrzutów sumienia? – pyta mnie Agnieszka Holland, gdy spotykam ją na ulicy. Dobre pytanie, miałem je chyba przedtem, teraz już nie, teraz już nie mam na to czasu.

To było dawno, dopiero zmierzałem w stronę dorosłości. Rodzice gdzieś wyszli. Odwiedził mnie przyjaciel Adam, gadaliśmy, gdy nagle ktoś nacisnął klamkę drzwi wejściowych. Kiedy podszedłem, usłyszałem, że coś chrobocze w dziurce od klucza. Wytrych? Nie zastanawiałem się długo, otwarłem gwałtownie drzwi i zamierzyłem się do ciosu. Pięść zawisła mi nad głową osobnika, który po ciemku gmerał kluczem w dziurce. Był to Bohdan Czeszko, sąsiad z pierwszego piętra, świetny pisarz, bohater wojenny (gorzej zachowywał się po wojnie), dzisiaj niezasłużenie zapomniany. Ledwie trzymał się na nogach, pomylił drzwi. Wtoczył się do mieszkania i zasiadł w fotelu w pokoju ojca. Patrzył na nas przekrwionymi oczami i nagle zapytał: „A zasadziliście kiedyś drzewo?”. Zgodnie z prawdą mówimy: nie. „Zbudowaliście kiedyś dom własnymi rękami?”. Też nie. Byliśmy zdruzgotani. Machnął na nas pogardliwie ręką i potoczył się do siebie, piętro niżej.
 
Tyle lat przeleciało, Adam zdążył już być rzecznikiem prasowym partii emerytów i rencistów. A ja od tego czasu zasadziłem sporo drzew i nie wszystkie się przyjęły. Na wsi zbudowałem dom, w jakimś sensie własnymi rękami, gdyż dzięki środkom, które zarobiłem, pisząc na komputerze. A teraz o swoim późnym ojcostwie rozmawiam z moim pierwszym synkiem, który sam ma dziecko. Czuję, że jest sceptyczny, chyba wątpi, czy dorosłem, i mnie bada: – A przewinąłeś go sam, w nocy, z kupy?

Wpadam w panikę; za dnia zdarzyło się, ale w środku nocy to nie. A więc teraz to nie budowa domu, nie polowanie czy wojna, a kupa w pieluszce jest testem na męskość.