Życiodajne relacje

fotochannels.com

reklama

Relacje z innymi ludźmi dodają nam skrzydeł albo je podcinają. Barwią nasz świat jasnymi kolorami albo zaciemniają go. Mają także wielki wpływ na funkcjonowanie naszego organizmu: na pracę serca, układ odpornościowy, reakcje hormonalne. Czy to nie wystarczający argument przemawiający za dbaniem o nasze związki z ludźmi i rozwijaniem inteligencji społecznej u dzieci?

Jeszcze dziś mam przed oczami tamtą dziewczynkę, choć widziałam ją tylko raz w życiu. Było tak: Jechaliśmy na szkolną wycieczkę, szkoła podstawowa, piąta, może szósta klasa. Po drodze zatrzymaliśmy się na leśnym parkingu, gdzie zrobili sobie przerwę także inni wycieczkowicze. Usiedliśmy na trawie – my i oni. Po obu stronach śmichy-chichy, dogadywania, takie wzajemne badanie się. W pewnym momencie do tamtych przysiada się dziewczynka cała w pryszczach, z czerwonym, olbrzymich rozmiarów ropniem na czubku nosa. My w śmiech. Ktoś mówi: „ale nochal”, ktoś dodaje: „klaunka”. Śmiejemy się do rozpuku. Nagle dziewczynka odwraca się w naszym kierunku i uśmiecha się do nas. Oniemieliśmy. A ona jak gdyby nigdy nic pyta: „Nie wiecie, co z tym świństwem się robi? Piję bratka, smaruję maścią ichtiolową i nic”.

Kompletnie nas tym pytaniem rozbroiła. Wszystkim zrobiło się potwornie głupio, więc wstydliwie zamilkliśmy. Gdyby nie to, że zaraz się rozjechaliśmy, wiele z nas chciałoby naprawić swoje zachowanie, a może nawet zaprzyjaźnić się z tą pryszczatą dziewczynką.

TOWARZYSKI MÓZG

Dlaczego dziewczynka zdobyła sobie sympatię innych dzieci? Nie grzeszyła przecież urodą, a to w tym wieku ważny atut towarzyski. Miała za to coś, co okazało się o wiele cenniejsze: rozwiniętą inteligencję społeczną. Czyli swego rodzaju talent polegający na budowaniu dobrych relacji z innymi ludźmi. Osoba inteligentna społecznie rozumie drugiego człowieka, potrafi przewidzieć jego reakcje, intuicyjnie wyczuwa emocje innych, jest empatyczna, umie zareagować adekwatnie do sytuacji.

Jak zauważył już w 1920 roku twórca tego pojęcia Edward Thorndike, psycholog z Columbia University, inteligencja społeczna może ujawnić się i okazać cenna w każdym wieku i w różnych okolicznościach: szkołach, domach rodzinnych, fabrykach, salonach sprzedaży. Decyduje o jakości naszych relacji, ale ma także ogromny wpływ na to, czy odniesiemy sukces w wielu sferach życia, zwłaszcza w sferze przywództwa. „Najlepszy mechanik w fabryce może z powodu braku inteligencji społecznej zawieść jako brygadzista” – twierdził Thorndike, choć nie miał na to żadnych dowodów.
Dzisiaj te dowody już istnieją w postaci wyników badań neurobiologicznych. Pokazują one, że kiedy ludzie kontaktują się ze sobą, kontaktują się także ich mózgi, które wysyłają i odbierają płynący bez przerwy strumień wzajemnych sygnałów. Neurobiolodzy używają nawet pojęcia „mózg społeczny”, które nie odnosi się jednak do jakiejś konkretnej części mózgu, ale do zbioru połączeń nerwowych. Aktywność tych połączeń w fenomenalny sposób zostaje skoordynowana w momencie, gdy wchodzimy w kontakt z innym człowiekiem.
 
Choć mózg kojarzy nam się z czystym racjonalizmem, ten społeczny pracuje poza naszą świadomością. Działa niczym automat, co ma same plusy, bo pozwala na szybkie przesyłanie informacji. Na przykład oznaki strachu na czyjejś twarzy ciało migdałowate (część mózgu) „dostrzega” w ciągu 0,033 sekundy. Świadomy umysł nie zdoła tego nawet zarejestrować, a co dopiero zdać sobie sprawę, że oto synchronizuje swoją pracę z pracą mózgu innego człowieka. I że dzieje się to ze zdumiewającą łatwością.

Daniel Goleman, psycholog i autor „Inteligencji emocjonalnej”, pod wpływem badań neurobiologicznych mózgu ostatnich lat uzupełnił swoje teorie na temat rodzajów inteligencji. W nowej książce „Inteligencja społeczna” przyznaje, że wcześniej skupiał się na zdolnościach kierowania emocjami, podczas gdy pełny obraz naszej inteligencji wyłania się dopiero wtedy, gdy badacz wychodzi poza ramy psychologii jednej osoby i obserwuje to, co się dzieje w czasie interakcji między ludźmi. Pisze: „Neurobiologia odkryła, że sam układ naszego mózgu sprawia, iż jest on towarzyski i nieuchronnie daje się wciągnąć w intymny związek z drugim mózgiem za każdym razem, gdy kontaktujemy się z inną osobą. To połączenie nerwowe pozwala nam wpływać nie tylko na mózg owego człowieka, ale i na jego ciało, a jemu wpływać na nasz mózg i ciało”.

WITAMINY I TRUCIZNA

Pewna pani profesor uniwersytetu po przejściu na emeryturę znalazła się sama w dużym pustym domu. Jej dzieci mieszkały za granicą, mąż zmarł kilka lat wcześniej, więc w jej otoczeniu nie było nikogo, kto wypełniłby pustkę. Pani profesor zrobiła coś, co wydawało się bardzo ryzykowne – zaoferowała za darmo pokój studentom swojej uczelni. Najchętniej przyjmowała tych pochodzących z Azji, co wydawało się jeszcze bardziej niezrozumiałe. Miała wielu zmieniających się lokatorów z takich krajów, jak Japonia, Korea, Chiny. Przyjmowała także pary. Kiedy jednej z nich urodziła się córeczka, dziewczynka traktowała panią profesor jak swoją babcię. I codziennie przynajmniej trzy godziny spędzała z nią czas na zabawach, przytulaniu, potem na spacerach. Ten układ trwa zresztą nadal, choć pani profesor skończyła niedawno 90 lat. Dzieci pani profesor nie mogły się nadziwić, że ich matka młodniała w oczach. Z perspektywy czasu przyznają, że ruch, jaki zrobiła 30 lat temu, był mądrym posunięciem społecznym. Zapewnił jej żywe kontakty, które okazały się życiodajne. A decyzja, by przyjmować Azjatów darzących wielkim szacunkiem starsze osoby, to swoisty akt inżynierii społecznej!

Badania starszych ludzi pokazały, że ci z nich, którzy utrzymywali pełne ciepła stosunki z innymi, po kilku latach odznaczali się lepszymi zdolnościami poznawczymi niż ci, którzy takiego życia nie wiedli. Okazało się także, że jakość związków – to, czy są zażyłe, serdeczne, przyjacielskie czy nie – przekładała się na ich zdrowie. Im bardziej samotna czuła się badana osoba, tym słabszy był jej układ odpornościowy i sercowo-naczyniowy.

 

Wpływ relacji na zdrowie zaobserwowano także u ludzi młodych. Badaniom poddano nowożeńców, z których wszyscy uważali się za bardzo szczęśliwych. Badanie polegało na obserwowaniu poziomu hormonów podczas 30-minutowej kłótni. I co się okazało? Że zmieniał się wtedy poziom pięciu z sześciu hormonów wydzielanych przez korę nadnerczy, podnosiło się ciśnienie krwi. Po kilku godzinach obserwowano długotrwałe pogorszenie zdolności układu odpornościowego. Im burzliwszy przebieg miała kłótnia, tym większe były te zmiany. Tak więc negatywne stosunki z innymi działają niczym podstępna trucizna.

W innych eksperymentach sprawdzano, w jakim stopniu ludzie, których kochamy, mogą nam zapewnić wsparcie w chwilach stresu. Kilka ochotniczek podłączono do MRI (urządzenie obrazujące rezonans magnetyczny, jedna z technik tomografii służąca diagnostyce) i od czasu do czasu aplikowano im lekkie elektrowstrząsy. Kobiety doświadczały tych niemiłych doznań czasem same, czasem w obecności trzymającej je za rękę obcej osoby, a czasem męża. Wyniki badań wszystkich kobiet były zaskakująco podobne. Kiedy czekały na wstrząs same, wzrastała aktywność rejonów mózgu, które pobudzają układ podwzgórzowo-przysadkowo–nadnerczowy odpowiedzialny za reagowanie na zagrożenie. Zadziwiająco natomiast słabła, gdy badana kobieta trzymała rękę męża. Pomagał jej także uścisk ręki obcej osoby, ale w dużo mniejszym stopniu. Co ciekawe, nie dało się przeprowadzić tego badania tak, by kobiety nie wiedziały, czyją rękę trzymają – zawsze bezbłędnie odgadywały, że dłoń znajdująca się w zasięgu ich dłoni należy do męża. I im bardziej czuły się zadowolone z małżeństwa, tym bardziej ta dłoń okazywała się pomocna.

Naukowcy tłumaczą to następująco: kontakt fizyczny (a więc masaż, przytulanie się, dotyk), podczas którego skóra styka się ze skórą, jest szczególnie kojący, ponieważ pobudza wydzielanie oksytocyny. A ta hamuje wzrost hormonu stresu kortyzolu, obniża poziom ciśnienia krwi. Powoduje też podwyższenie się progu odczuwania bólu, a więc pod jej wpływem stajemy się mniej wrażliwi na dolegliwości. Nawet rany szybciej się wtedy goją.

Niestety, oksytocyna utrzymuje się w mózgu krótko, zaledwie parę minut. Na szczęście mamy stałe źródło jej dostaw – bliskie, pozytywne, długotrwałe związki. Uścisk, przyjazny dotyk, chwila czułości, które działają jak uderzeniowa dawka witamin.

„Nadszedł czas renesansu inteligencji społecznej, która powinna uzyskać taki sam status jak jej siostra, inteligencja emocjonalna” – obwieszcza Daniel Goleman. I nie chodzi mu bynajmniej o odrodzenie tego pojęcia w badaniach naukowych, tylko o praktyczne wykorzystanie go jako wielkiego potencjału człowieka. Jak zapewnia Goleman, inteligencji społecznej można uczyć.

KOCHAM CIĘ MIMO WSZYSTKO

Pewne znajome małżeństwo długo czekało na upragnionego potomka. Kiedy po 11 latach starań na świat przyszedł zdrowy chłopczyk, mama i tata starali się przychylić mu nieba. Od pierwszych dni życia miał wszystko – najdroższe ubranka i odżywki, ciągłą opiekę niań i babć, potem wciąż nowe zabawki i nieustające atrakcje w postaci wyjazdów, gadżetów. Rodzice nie dopuszczali, aby synek choć przez chwilę był sfrustrowany, znudzony lub z czegoś niezadowolony. Gdy więc po kilku dniach pobytu w przedszkolu powiedział: „już tam nie pójdę”, więcej do przedszkola go nie posłali. Z dziećmi kontaktował się na placach zabaw, ale zawsze poprzez rodziców lub opiekunkę: „Powiedz mu, pożycz, zapytaj” – wysługiwał się dorosłymi, a oni skwapliwie spełniali jego prośby. Jak można przewidzieć, problemy zaczęły się w szkole, gdzie nie było pod ręką rodziców ani opiekunki. Szkolna psycholog stwierdziła u dziecka niewykształcone umiejętności społeczne i skierowała na terapię całą rodzinę.

Rodzice chłopca hołdowali zasadzie: jeśli uda się uchronić dziecko przed trudnościami i porażkami, wyrośnie na szczęśliwego człowieka, który będzie miał dobre relacje z ludźmi. Nic bardziej błędnego. Takie wychowanie wypacza obraz kontaktów międzyludzkich, bo przecież nie jest tak, że wszystko toczy się pod dyktando jednego człowieka.

Psychologowie nie mają wątpliwości, że ważniejsze od zapewniania dziecku mitycznego szczęścia jest nauczenie go, jak układać sobie relacje z innymi dziećmi, jak wychodzić z frustracji czy porażki. Rodzice powinni uczyć dziecko radzenia sobie z niepowodzeniami, w które obfituje przecież życie, dogadywania się z kolegami, rodzeństwem i dorosłymi. Dlatego sami muszą najpierw nauczyć się mówić dziecku „nie”, kiedy tego wymaga sytuacja. Najskuteczniejsze jest „nie” konstruktywne. Gdy na przykład syn kopie siostrę, trzeba zareagować stanowczo, ale także zaproponować rozładowanie nadmiaru emocji i energii: „Nie wolno kopać siostry. Pójdźmy na boisko pokopać piłkę”. Najskuteczniej rozwijamy inteligencję społeczną dzieci poprzez własny przykład zachowań i reakcji. Dziecko obserwuje nas w takich chwilach prawdy. Wtedy nic nie musimy mówić. Takie praktyczne komunikaty uczą je, jak odnosić się do innych i czego od nich oczekiwać.

„Dzieci muszą przechodzić wzloty i upadki życia społecznego, a nie trwać w monotonii przyjemności. Kiedy dziecko martwi się albo wpada w przygnębienie, w końcu uzyskuje pewną kontrolę nad tą reakcją i na tym polega wartość takich chwil. Biologiczny cykl pobudzenia, gdy dziecko mierzy się z trudnością, i powrotu do normalnego stanu, gdy sprosta wyzwaniu, żłobi sinusoidę odporności” – pisze Daniel Goleman. I dodaje, że dla rozwoju inteligencji społecznej równie ważna jest bezwarunkowa miłość.

Pięcioletnia dziewczynka w wyraźnie złym nastroju nie chce przywitać się z tatą wracającym z pracy. – Nienawidzę cię – mówi. – A ja cię kocham – odpowiada tata. – Nienawidzę cię – powtarza głośniej i z uporem dziewczynka. – Mimo to kocham cię – mówi spokojnie tata. – Nienawidzę cię! – krzyczy córka. – A ja i tak cię kocham i będę kochał zawsze – zapewnia ojciec. – Kocham cię, kocham, żartowałam – szepcze zawstydzona dziewczynka, jakby topniejąc w ojcowskiej miłości. To jedna z tych lekcji inteligencji społecznej, która zostawia ślad na całe życie.

Korzystałam z książek: Daniel Goleman: „Inteligencja społeczna” i „Inteligencja emocjonalna”, Rebis; Howard Gardner „Inteligencje wielorakie”, Media Rodzina.