Cormac McCarthy: „Krwawy południk”. Wybrał Łukasz Orbitowski

Dlaczego przekazuję Bibliotece książkę Cormaca McCarthy’ego?
Poludnik1Tak naprawdę ważne dla mnie książki żyją tylko we mnie. Nie mam ich w domu, bo je rozdaję albo pożyczam lub zawierzam komuś i one na ogół przepadają już na zawsze. „Krwawy południk” jest w  tej chwili ostatnią już ważną dla mnie książką, która będzie żyła we mnie, ponieważ właśnie przekazałem ją na aukcję.

Cormac McCarthy przyszedł do mnie po raz pierwszy w  życiu za sprawą Jacka Dukaja, który w  „Czasie Fantastyki” napisał recenzję anglojęzycznego wtedy jeszcze tylko wydania „Drogi”. A  potem, gdy książki Cormaca zaczęły pokazywać się już w  księgarniach, zacząłem je kupować, chłonąć je i  radować się nimi, choć myślę, że nie każda z  nich jest aż tak dobra. Tak naprawdę moją ukochaną jest „Dziecię Boże”, no, ale „Dziecię Boże” już przecież komuś dałem…

fot. Profimedia
fot. Profimedia

To, co w  Cormacu robi na mnie totalne wrażenie, to jego język. Uważam go wręcz za moje objawienie literackie, a  bardzo rzadko doświadczam takich literackich stanów, w  których wsiadam w  książkę jak w  pociąg i  jadę, nie potrzebując wyciągać żadnych wniosków, robić notatek, szukać przesłań. McCarthy mnie trafił, przykuł uwagę i  zdumiał. Całe to jego językowe zjawisko polega na idealnym połączeniu dwóch rzeczy, które niezwykle rzadko się ze sobą spotykają: wyjątkowej zwięzłości i  oszczędności słowa z  czymś, co można by nazwać jakąś poetyckością. Tam każde zdanie otwiera we mnie serię pejzaży, a  każdy akapit jest jak spacer przez galerię najlepszego malarstwa. Cały czas jestem pod wrażeniem, że tak niewielu wyrazów użyto, żeby osiągnąć tak porywający efekt.
Poludnik2Uważam „Krwawy południk” za absolutne mistrzostwo, jeśli chodzi o  proporcje w  dozowaniu środków wyrazu, co tylko świadczy o  tym, że Cormac McCarthy jest genialnym językowym stylistą. I  ten właśnie językowy stylista maluje groźną, ciemną treść, w  której najważniejszym słowem wydaje mi się „straceńczość”. Cała ta wędrówka łowców skalpów, tych potwornych, realistycznych, odrapanych, chudych, niegodnych ludzi, tych Indian odzianych w  rdzewiejące zbroje konkwistadorów, jest właściwie od początku nieuchronnie jasna – oni są skazani na klęskę, im się przydarzy coś złego. Umrą, a  jeszcze do tego umrą w  straszny sposób, ale to nie wszystko: wraz z  nimi przepadnie cały ten ich świat opisany w  „Krwawym południku”. Zostanie zastąpiony przez coś, co zwykliśmy nazywać dziś cywilizacją. Pustynie poprzecinają autostrady, ubrania zostaną wyprane i  nie będzie w  nich już dziur po kulach, będzie tak jak teraz, dzisiaj. I  tylko jedna postać z  tamtego świata przetrwa – sędzia Holden. A  wraz z  nim świat, który nie ma najmniejszego sensu. No i  my.

Wysłuchała Hanna Halek.

Fot. Marek Szczepanski/ Przekroj/ Forum
Fot. Marek Szczepanski/ Przekroj/
Forum

ŁUKASZ ORBITOWSKI rocznik 1977. Pisarz, autor 13 książek. Dorastał w  Krakowie, gdzie ukończył filozofię na  Uniwersytecie Jagiellońskim. Debiutował w 1999 roku zbiorem opowiadań „Złe wybrzeża”, a  jego debiutem w  fantastyce było opowiadanie „Diabeł na Jabol Hill”. Laureat m.in. Paszportu „Polityki” za powieść „Inna dusza” i  nagrody  Identyfikatory Pyrkonu w  kategorii „Literatura i  komiks”. Mieszka w  Warszawie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »