Kuchnia w różowych szpilkach

Kuchnia w różowych szpilkach: gorgonzola na deser

Znacie kogoś kto nie lubi słodyczy, a przynajmniej tak twierdzi? Będąc rasowym czekoholikiem na wiecznym cukrowym głodzie, nie potrafię tego zrozumieć. Często jedząc danie główne, specjalnie zostawiam sobie miejsce w żołądku na deser. Mogę zostawić ziemniaki, ale nie wyobrażam sobie nie zjedzenia chociażby najmniejszego kawałka ciasta. Bardzo spodobało mi się napotkanie gdzieś w czeluściach internetu stwierdzenie: „nie ufam ludziom, którzy nie lubią słodyczy”. Cóż, sama nie ujęłabym tego lepiej.

Kuchnia w różowych szpilkach: ravioli!

Ravioli – kto ich nie lubi? O ile odpowiednio przyrządzone, te nieduże „pierożki” z cienkiego ciasta makaronowego, nadziane ulubionym farszem, po prostu nie mogą nie smakować. Pierwsza wzmianka o nich pochodzi z czternastowiecznych zapisków weneckiego kupca, który wspomina o ravioli z nadzieniem z ziół, jajka i sera, podanych w bulionie. Kto wie, może serwowano takie w bajkowych pałacach dożów.

Kuchnia w różowych szpilkach: sałatka z kozim serem i burakami

W kuchni lubię kombinować i wymyślać ciekawe połączenia smaków, licząc, że efekt końcowy przyprawi mnie o przyjemne dreszcze kulinarnego zadowolenia, zwane „foodgasmem”. Są jednak klasyczne zestawienia składników, które są tak dobre, że nie ma potrzeby zmieniania w nich czegokolwiek. Każda, najmniejsza ingerencja zuchwałego kucharza mogłaby zburzyć misterny porządek wszechświata, w którym pomidory tęsknią za bazylią, a czekolada świetnie dogaduje się z wiśniami. Jednym z takich tradycyjnych, wręcz banalnych połączeń smaków jest bez wątpienia trio buraków, koziego sera i orzechów włoskich. Sałatkę z tymi składnikami można zjeść w co drugiej restauracji, a szefowie kuchni prześcigają się w pomysłach na jej podanie. Ja również postanowiłam się nieco pobawić i przygotowałam swoją wersję tej kulinarnej sztampy.

Kuchnia w różowych szpilkach: kalafior z orzechową panierką i bergamotką

Bułka tarta to nie odłączny element wielu letnich obiadów, pojawiających się na polskim stole. Wiele osób nie wyobraża sobie bez niej kalafiora, czy fasolki szparagowej, okraszając ten potencjalnie zdrowy i lekki, wegetariański posiłek solidną porcją maślanej polewy. Nic więc dziwnego, że we Francji został wymyślony termin „à la polonaise” (dosłowne tłumaczenie: „w polskim stylu”), oznaczający warzywa podane z okrasą z bułki tartej. W różnych zagranicznych źródłach, na przykład w „The International Encyclopedia of Cooking”, przeczytamy, że w taki sposób podaje się kalafiora, szparagi i fasolkę szparagową, ale także pory, kapustę, ziemniaki i brukselki. Przyznam, że przez ponad 20 lat mieszkania w Polsce, nie spotkałam się z serwowaniem ziemniaków, porów, czy kapusty z bułką tartą, więc podejrzewam, że to tradycja, która w naszym kraju już dawno obumarła. Co ciekawe, pod nazwą ” à la polonaise” często pojawiają się także przepisy na warzywa z okrasą z posiekanego jajka na twardo i natki pietruszki albo przaśnymi, smażonymi skwarkami.

Kuchnia w różowych szpilkach: kacze piersi z rabarbarem

„Odkładanie mięsa na „dobrze wysmażone” jest starą tradycją, sięgającą najwcześniejszych czasów w historii kuchni… Co zrobi kucharz, gdy znajdzie twardy, lekko obleśny skrawek polędwicy wołowej, który był kilkakrotnie przerzucany na samo dno sterty mięsa? Może go wyrzucić, ale wtedy straci. Może też nakarmić nim swoją rodzinę, co tak naprawdę jest jednoznaczne z wyrzuceniem go. Może też zachować go na „dobrze wysmażonego” i zaserwować go jakiemuś prostakowi, który woli swoje mięso lub rybę w formie bezsmakowego, zwęglonego kawałka podeszwy, nie będąc w stanie określić, czy spożywa jedzenie, czy odpadki. Zwykle, dumny szef z nienawiścią wzgardza klientami, którzy zmuszają go do niszczenia dobrego jedzenia. Ale nie w tym przypadku. Ten głupi palant płaci za przywilej jedzenia śmieci! Czego tu nienawidzić?” Anthony Bourdain, „Kill Grill. Restauracja od kuchni”
|”Odkładanie mięsa na „dobrze wysmażone” jest starą tradycją, sięgającą najwcześniejszych czasów w historii kuchni… Co zrobi kucharz, gdy znajdzie twardy, lekko obleśny skrawek polędwicy wołowej, który był kilkakrotnie przerzucany na samo dno sterty mięsa? Może go wyrzucić, ale wtedy straci. Może też nakarmić nim swoją rodzinę, co tak naprawdę jest jednoznaczne z wyrzuceniem go. Może też zachować go na „dobrze wysmażonego” i zaserwować go jakiemuś prostakowi, który woli swoje mięso lub rybę w formie bezsmakowego, zwęglonego kawałka podeszwy, nie będąc w stanie określić, czy spożywa jedzenie, czy odpadki. Zwykle, dumny szef z nienawiścią wzgardza klientami, którzy zmuszają go do niszczenia dobrego jedzenia. Ale nie w tym przypadku. Ten głupi palant płaci za przywilej jedzenia śmieci! Czego tu nienawidzić?” Anthony Bourdain, „Kill Grill. Restauracja od kuchni”
|”Odkładanie mięsa na „dobrze wysmażone” jest starą tradycją, sięgającą najwcześniejszych czasów w historii kuchni… Co zrobi kucharz, gdy znajdzie twardy, lekko obleśny skrawek polędwicy wołowej, który był kilkakrotnie przerzucany na samo dno sterty mięsa? Może go wyrzucić, ale wtedy straci. Może też nakarmić nim swoją rodzinę, co tak naprawdę jest jednoznaczne z wyrzuceniem go. Może też zachować go na „dobrze wysmażonego” i zaserwować go jakiemuś prostakowi, który woli swoje mięso lub rybę w formie bezsmakowego, zwęglonego kawałka podeszwy, nie będąc w stanie określić, czy spożywa jedzenie, czy odpadki. Zwykle, dumny szef z nienawiścią wzgardza klientami, którzy zmuszają go do niszczenia dobrego jedzenia. Ale nie w tym przypadku. Ten głupi palant płaci za przywilej jedzenia śmieci! Czego tu nienawidzić?” Anthony Bourdain, „Kill Grill. Restauracja od kuchni”

Kuchnia w różowych szpilkach: galette z kozim serem i tymiankiem

Pod wdzięcznie brzmiącą nazwą „galette” kryją się dwa francuskie przysmaki – pieczona bez formy tarta o charakterystycznych, zawijanych do środka brzegach oraz cienkie, bretońskie naleśniki z mąki gryczanej, zazwyczaj podawane z wytrawnym nadzieniem. Dzisiaj mam dla Was przepis na ten pierwszy – rustykalną tartę z kozim serem i tymiankiem.

Kuchnia w różowych szpilkach: duet zielonej herbaty i jaśminu

Nalewam sobie kolejną filiżankę zielonej herbaty jaśminowej. Nawet nie wiem która to już dzisiaj – może czwarta, może piąta, powoli zbliżam się do opróżnienia zawartości drugiego dzbanka. Herbatę wlewam w siebie litrami. Może podświadomie liczę na to, że uspokajający zapach jaśminu ukoi moje zszarpane nerwy, a flawonoidy przedłużą mój bez-nowotworowy żywot. |Nalewam sobie kolejną filiżankę zielonej herbaty jaśminowej. Nawet nie wiem która to już dzisiaj – może czwarta, może piąta, powoli zbliżam się do opróżnienia zawartości drugiego dzbanka. Herbatę wlewam w siebie litrami. Może podświadomie liczę na to, że uspokajający zapach jaśminu ukoi moje zszarpane nerwy, a flawonoidy przedłużą mój bez-nowotworowy żywot.