3 kultowe filmy na Boże Narodzenie

mat.pras.filmu/kinoswiat.pl

Bożonarodzeniowej gorączce od lat towarzyszą produkcje filmowe, które podtrzymują świąteczną atmosferę. Niektóre z nich przetrwały w pamięci widzów i na stałe zapisały się w historii filmu. Jakie świąteczne produkcje po prostu trzeba obejrzeć?

„Kevin sam w domu” po raz 27!

„Kevin sam w domu” – film o sympatycznym chłopcu, który zmaga się z niezbyt inteligentnymi złodziejami – zadebiutował na ekranach amerykańskich kin w listopadzie 1990 roku. Bardzo szybko podbił serca także polskiej publiczności – do tego stopnia, że Polsat emituje go w okresie świątecznym co roku od ponad 20 lat! Gdy w 2010 roku stacja postanowiła zerwać z tą tradycją, wśród internautów zawrzało. Aż 46 tysięcy osób dołączyło do facebookowej grupy „Polsat zabił święta – w tym roku Kevina nie będzie”. Protest okazał się bardzo skuteczny – stacja ostatecznie wyemitowała kultowy film i przestała ingerować w świąteczny repertuar.

Skąd jednak taka popularność „Kevina samego w domu” jako filmu świątecznego? W końcu głównym tematem filmu nie jest Boże Narodzenie, a brawurowa obrona domostwa przed włamywaczami. W rzeczywistości film nie był nawet kręcony zimą! Zdjęcia powstawały od lutego do maja, dlatego twórcy musieli użyć sztucznego śniegu (po zakończeniu zdjęć podarowano go operze w Chicago). Odpowiedź na to pytanie może tkwić w tym, że twórcom bardzo zależało, by w filmie panował świąteczny nastrój. By wzmocnić ten efekt, w każdej scenie użyto kolorów kojarzących się z Bożym Narodzeniem – czerwieni i zieleni.

„Kevin sam w domu” trafił do Księgi Rekordów Guinnessa jako najbardziej dochodowa komedia familijna – film zarobił na całym świecie ponad 500 milionów dolarów.

„To właśnie miłość” – nie tylko dla zakochanych

Tym razem przepisem na świąteczny sukces okazały się historie miłosne, a dokładnie – 10 historii, które ukazują inne aspekty tego uczucia. Każda z nich rozgrywa się oczywiście w okresie Bożego Narodzenia – w tle rozbrzmiewają kolędy i połyskują choinkowe ozdoby.

Mało kto wie jednak, że formuła filmu „To właśnie miłość” początkowo wyglądała zupełnie inaczej. Miały to być bowiem 2 oddzielne produkcje – jedna o premierze Wielkiej Brytanii, druga o niespełnionym pisarzu. Scenarzysta Richard Curtis zdecydował się jednak połączyć te pomysły i… dopisać 12 kolejnych. Z 14 wykreowanych opowieści wykorzystano jednak tylko 10. W kinowej wersji filmu nie znalazły się historie: dziewczyny na wózku inwalidzkim; młodego chłopaka piszącego piosenkę dla dziewczyny, którą nieskutecznie próbuje zdobyć; afrykańskiej pary zmagającej się z głodem; dyrektorki szkoły, która wyjawia, że jest lesbijką. Niewiele brakowało również, by w filmie nie znalazła się uwielbiana przez widzów scena tańca Hugh Granta do piosenki „Jump for my love”. Aktor uważał bowiem, że takie zachowanie nie przystoi premierowi Wielkiej Brytanii, w którego rolę się wcielał. Aktor tak bardzo nie chciał zatańczyć, że przekładał nakręcenie tego ujęcia aż do ostatniego dnia zdjęciowego. Na jego prośbę zmieniono również utwór, do którego miał wykonać choreograficzny popis. Ostatecznie Hugh Grant rozluźnił się na tyle, że… nie tylko zatańczył, lecz także zaśpiewał.

Listy do M” – do trzech razy sztuka

Polską odpowiedzią na „To właśnie miłość” jest film „Listy do M.”. Pierwszą część od premiery w 2011 r. obejrzało prawie 3 miliony widzów – dzięki temu film uplasował się w pierwszej 10 najpopularniejszych polskich produkcji po 1989 r. To jednocześnie drugi po „Titanicu” najdłużej wyświetlany w polskich kinach film. Można go było oglądać aż przez 130 dni, a więc jeszcze długo po Bożym Narodzeniu!

Sukces pierwszej części sprawił, że w kolejnych latach powstały 2 kontynuacje. Część trzecia miała swoją premierę w listopadzie 2017 roku i okazała się jeszcze większym hitem. W czasie pierwszego weekendu po premierze film zobaczyło aż 800 tysięcy widzów – żadna z poprzednich części nie miała aż tak dobrego otwarcia.

Jeśli jednak mało i świątecznych opowieści z miłością w tle, obejrzyj również inne zagraniczne filmy inspirowane produkcją „To właśnie miłość”: hinduski („Wszystko dla miłości) lub japoński („It all began, when I met you”).

Jeśli jednak mało Ci świątecznych opowieści z miłością w tle, obejrzyj również inne zagraniczne filmy inspirowane produkcją „To właśnie miłość”: hinduski („Wszystko dla miłości) lub japoński („It all began, when I met you”).