Andrzej i Mikołaj Grabowscy: Wychowały nas dwa światy

I w książce „Jak brat z bratem”, i w tej rozmowie Andrzej i Mikołaj Grabowscy trochę się spierają, odrobinę dokazują, ale głównie ciepło wspominają rodzinne miasteczko i śmieją się z tzw. sławy.
Kiedyś mówiono: „Andrzej, brat Mikołaja”, bo to Andrzej był młodszy i szedł pańskim tropem. Teraz mówi się odwrotnie. Czuje się pan jak Mikołaj, brat Andrzeja?

reklama

MIKOŁAJ: Trochę tak, bo podejrzewam, że więcej ludzi wie o Andrzeju Grabowskim niż o Mikołaju Grabowskim. Ale nie ubolewam nad tym. Miałem przecież swoje pięć minut, pamiętasz, Andrzej? (śmiech) Kiedyś przez chwilę byłem bardzo sławny. Krzysiek Jasiński, robiąc pierwszy benefis w Teatrze Stu, zaproponował kilku osobom, by każdy beneficjentowi coś zadedykował – piosenkę, wiersz albo monolog.

ANDRZEJ: To był benefis, w którym miałem wystąpić z tobą, ale wystraszyłem się okropnie, ponieważ przed nami Jurek Stuhr czytał fragmenty swojej książki. Czytał i czytał, a ja myślałem: „Jezus Maria, Stuhr czyta taką książkę mądrą o sobie, a ja mam wyjść i powiedzieć takie głupoty: »Poli się! kaska ka kluce? Ej kas bedom kluce, kie klucami siy, dzieciska bawiyły i pewniy w studni potopiyły?«”. Tego dnia też, niestety, nie piłem.

MIKOŁAJ: Na co ja wyszedłem na scenę, wykrzyczałem ten monolog i zrobiłem furorę. Monolog nagrano, zaczęto go puszczać w telewizji i okazało się, że stałem się bardzo znanym człowiekiem (śmiech), a dodam, że wtedy byłem już dyrektorem dwóch teatrów, zdobyłem sporo nagród i wyreżyserowałem kilka niezłych spektakli. I na co były te zmagania z losem, ta ciężka praca w teatrze, te łzy goryczy po premierach, te nieprzespane noce, te nagrody wreszcie, kiedy trzy minuty zadecydowały o mojej sławie? (śmiech).

„Kwartet dla czterech aktorów” grają panowie razem od 45 lat. Jak zmienił się teatr przez ten czas?

ANDRZEJ: Teraz wystarczy się rozebrać.

MIKOŁAJ: Tak. Jeśli potrzebujemy na scenie gołego, to go natychmiast mamy. Wystarczy aktorowi po prostu zdjąć spodnie i majtki. 40, 50 lat temu trzeba było naprawdę nad tym popracować, żeby powiedzieć, że człowiek jest nagi. Dzisiaj wszystko mamy dane, tak bardzo dane, że aż oczywiste, pozbawione tajemnicy i intelektualnej pracy, w związku z tym ja za bardzo nie narzekam na świat, który mnie zbudował. Nie żałuję niczego, co w moim życiu miało miejsce.

Alwernia, rodzinne miasteczko, jest ważnym kierunkiem panów życia. Dlaczego?

ANDRZEJ: Chociażby dlatego, że wszyscy, którzy tam żyli, występowali w pojedynczym egzemplarzu. Jedynym. Tam każdy był indywidualnością. Miał swoje znaczenie i odgrywał ważną rolę. Nie było lepszych i gorszych. Aptekarz był jeden w jedynej aptece – magister Gęsikowski z Krakowa, który sam robił lekarstwa i sprzedawał kryniczankę, którą piło się dla zdrowia. Pani doktor Nawrocka była jedna.

MIKOŁAJ: Dentystka była jedna. Był jeden szewc, jeden malarz pokojowy Piecio. Jedna szkoła i jeden kierownik szkoły. Jeden bank – początkowo kasa spółdzielcza – i jeden kościół. I jedno prawo jazdy, którego posiadaczem był nasz ojciec Bolesław. Każdy z nas był tam wyjątkowy. W 1955 roku w Alwerni mieszkało 500 dusz łącznie z niemowlętami. Wszystko było jasne.

I pojawiły się światła wielkiego miasta… Co panom dała tzw. cywilizacja?

MIKOŁAJ: Liczyłem na to, że być może ten natłok informacyjny, ten ścisk i nadmiar nauczą mnie czegoś nowego. Że z miliona bezużyteczności, jakie napotykam, jedna mała część zatrzyma się we mnie jako odkrycie samego siebie. Wciąż zadawałem sobie pytanie, czy ja w ogóle jestem w stanie coś indywidualnego, odmiennego wymyślić? Bo był to dla mnie warunek reżyserskiego istnienia. Mam przekonanie, że jeżeli tworzę dwugodzinny spektakl i uda mi się kilka minut jego trwania zrobić tak, że mnie samego on zadziwi, to znaczy, że spektakl jest dobry. A reszta? Jest właściwie plewą, trochę mielonką pracującą na minuty oczarowania.

ANDRZEJ: Mam podobne zdanie. Po 40 latach w tym zawodzie dochodzę do wniosku, że jeżeli zrobiłem dwa spektakle dobrze, jest to już coś wspaniałego, jeśli jedną rolę zagrałem świetnie, to genialnie. Reszta jest, za przeproszeniem, o dupę potłuc. Choć oczywiście wszystko, o czym mówię, zatopione było we wspaniałym życiu, pełnym przygód, zwrotów akcji, przeprowadzek, podróży, zdobywania, a to mieszkania, a to w końcu domu.

No właśnie, dziś macie domy, piękne samochody. Gdzie kończy się prawdziwa potrzeba człowieka, a zaczyna już jakieś wyuzdanie posiadania?

ANDRZEJ: Natura ludzka jest okropna. Przypuszczam, że nie ma takiej sytuacji, kiedy człowiek powie:

„Już wystarczy, mam dość”. Ja zarabiam pieniądze, ale nie dlatego, że to jest moim celem. To po prostu konsekwencja tego, że tak dużo pracuję, a za tę pracę mi płacą. Gdy kończyłem studia, w pierwszym moim mieszkaniu służbowym za szafę robiło pudło po telewizorze, a pożyczony od kolegi dmuchany materac musiałem dopompowywać każdej nocy, ponieważ uciekało z niego powietrze. Gdybym wtedy wyobraził sobie, że mam samochód i mieszkanie: „Boże, Boże, jaki ja byłbym szczęśliwy” – tak chyba bym postękiwał. Teraz mamy z Mikołajem samochody, domy, nie przesadzamy z posiadaniem, ale mamy to wszystko, co zawsze chcieliśmy mieć i do czego dążyliśmy. Czy to jednak właśnie czyni człowieka szczęśliwym?

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »