Bartek Prokopowicz o swoim filmie „Chemia”

fot. materiały prasowe

Kiedyś żyjący w swoim świecie i uciekający w marzenia, dziś mężczyzna po przejściach, który nie boi się pokazać tego świata innym. Bartek Prokopowicz opowiada Hance Halek o swoim filmie „Chemia”, tęsknocie za zwyczajnym życiem i Matce Boskiej.
Gdybyś miał powiedzieć, o czym jest „Chemia”?

reklama

O miłości… O dorastaniu, dojrzewaniu, męskości, ojcostwie, odchodzeniu, umiejętności przebaczania, egoizmie, strachu. Braniu i dawaniu. O tym, że chorzy na terminalne choroby, mimo ogromnego bólu i cierpienia, może w pewnym sensie mają łatwiej. Bo ich rozkładem dnia i życia jest wygrać z chorobą albo jak najdłużej przetrwać. Kiedyś pewien AA-owiec powiedział mi, że człowiek z chorobą alkoholową jest jak słoń w pokoju pełnym ludzi. Nie ma szans, żeby – gdy tylko się poruszy – kogoś nie nadepnął, nie potrącił. Myślę, że podobnie jest z ludźmi terminalnie chorymi.

Należy akceptować wszystko, co robi słoń?

Można próbować rozumieć i współodczuwać, ale czasem wściekłość słonia zabija towarzyszące mu osoby, które bywa, że same czują się źle: „Ja też żyję, mnie też boli, słyszysz?”. „Co ty wiesz o bólu, mnie to dopiero boli” – odpowiada słoń. Ale ból to przecież ból. I wtedy się wściekasz, złościsz, wreszcie oceniasz, ponieważ ocenianie jest ludzką sprawą, która przychodzi i odchodzi, jak cała reszta. Bo wszystko mija. I te złe, i te superchwile. Nic nie jest nam dane na stałe i na zawsze, ani miłość, ani dom, ani pieniądze. „Chemia” jest czymś, co powstało przy okazji, by the way, to nie jest moje życie.

A co jest twoim życiem?

Moi bliscy, jestem skupiony na tym, jak ogarniać te dwa metry kwadratowe dookoła mnie, żeby żyć uczciwie. Mniej na tym, jak budować swoją karierę. Oczywiście, fajnie, jeśli to, co mam do powiedzenia, dociera do świadomości ludzi, ale to nie jest mój pas startowy. Tyle dziś wiem. Trochę więcej, niż gdy jako 19-latek dostawałem się do szkoły filmowej, bo marzyłem o kręceniu filmów… A w szkole Xawery Żuławski, Łukasz Barczyk, Wojciech Żogała, Mateusz Szlachtycz, martensy i wielki świat, no i ja: długowłosy prawiczek w sandałkach, na szczęście bez skarpet, w miodowej marynarce ze studniówki. Z jedynym samodzielnym doświadczeniem, jakim jest jazda tramwajem numer 10 z Retkini na Sienkiewicza do liceum w Łodzi. Mieszkałem w środku siebie, w swoich lękach i pragnieniach, a poza tym w zasadzie nic mnie tak naprawdę nie interesowało. Byłem harcerzem, oglądałem filmy, coś tam czytałem, ale to mnie nie porywało. Rodzice zastanawiali się nawet, czy nie posłać mnie do technikum drobiarskiego. Na szczęście jednak w ostatniej chwili nauczyłem się robić zdjęcia (śmiech).

Ale dziecko ma przecież marzenia, chociaż tyle.

Bardziej dotyczyły niebycia tam, gdzie wtedy byłem. Marzyłem, że kiedyś to będzie, że kiedyś tam pojadę, kiedyś to zrobię, że będę zwiedzał, będzie inaczej.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »