Basia Wrońska: Nie czekam

fot. Zosia Zija i Jacek Pióro

Do tej pory była jedną trzecią zespołu pustki oraz połówką siostrzanego duetu ballady i romanse. Teraz debiutuje w pojedynkę. To dla niej przełom. I nie chodzi tylko o nagranie albumu, o którym zaraz będzie głośno.

Masz za sobą pierwsze solowe koncerty. Kiedy wychodzisz do publiczności, czujesz różnicę?

Różnica jest totalna. Pierwszy raz stoję w samym centrum sceny, zawsze miałam boczne stanowiska. No i nie ma klawiszy, za które mogłam się chować, co przez całe lata skutecznie robiłam. Kiedy jesteś przykuta do pianina, można pomachać co najwyżej główką albo nóżką. Poza tym do tej pory na koncertach oprócz śpiewania i grania nie zajmowałam się kontaktem z publicznością, wydawało mi się to karkołomne.

Przełamałaś się?

Przez lata nie miałam zupełnie skłonności liderskich, a teraz jestem w stanie pociągnąć za sobą muzyków. Coś się we mnie uwolniło. Z jednej strony mam poczucie, że to ogromna odpowiedzialność, bo sprowokowałam całe to zamieszanie i muszę to teraz dźwignąć. Z drugiej – emocje mnie niosą. Jakbym przeżywała koncert pierwszy, a nie 450. raz. Nie przejmuję się, że mi wystaje to czy tamto, czy mam dobrze „upakowane” biodro. Zawsze miałam na tym punkcie kompleksy, wciskałam się w rajstopy, w spodnie – najlepiej z wysokim stanem. Zresztą gdyby nie praca nad sobą, w życiu nie wyściubiłabym nosa w ciąży. W czasie, kiedy nie czujesz się najatrakcyjniejsza na świecie. Ale wychodzę z tym brzuchem, z tym biodrem i mnie samą zaskakuje, jak bardzo mam to gdzieś.

Więcej w lutowym numerze magazynu Zwierciadło.

Wydanie 02/2018 dostępne jest także w wersji elektronicznej.