Bieszczady Artura Andrusa

Łukasz Gawroński

reklama

„Niestety, byłem bardzo dobrze ułożonym młodzieńcem. Nudnym grubaskiem w odprasowanym mundurku” – mówi Artur Józef Andrus, redaktor „Powtórki z rozrywki” w radiowej Trójce. Urodzony 37 lat temu w Lesku, w Solinie został ministrantem, w Sanoku – harcerzem. „Moje życie to ludzie, do których się przyklejam, i miejsca, do których się nie przywiązuję. Ciekawe, dokąd muszę wyjechać z Warszawy, żeby przestać być dziennikarzem?”

Szkoła w Solinie

Właściwie nie szkoła, lecz szkółka w domu jedynej nauczycielki, pani Bańczakowej, która uczyła równocześnie dwie klasy, pierwszą i drugą. Sześcioro dzieci w jednej, siedmioro w drugiej klasie. Taka to właśnie była szkoła. Kilka lat temu pani Bańczakowa przysłała mi do radia kartkę. Tak po prostu, bez żadnej okazji. Napisała, że bardzo się wzrusza, widząc mnie w telewizji, i przypomniała mi coś, czego sam już nie pamiętałem. Podobno chodziłem po Solinie w słuchawkach na uszach i udawałem, że coś nadaję. „Pani Bańczakowa, cudownie, że chciało się Pani tę kartkę napisać! Dziękuję. Odbiór!”.

Zapora w Solinie

Tata Józef i mama Stefania poznali się przy budowie zapory w Solinie. On przyjechał z okolic Przemyśla, ona mieszkała kilka kilometrów od Soliny. Na ciężkiej fizycznej pracy upłynęło im całe życie i jest to coś, o co mam największy żal do komunizmu. Jeśli ktoś mówi mi czasami, że przecież ten system wielu wykształcił, ubrał, nakarmił i dał mieszkanie, to jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ktoś się musiał o to postarać. Położyć swoje życie na ołtarzu i złożyć z niego ofiarę. To, że mogliśmy się z moim bratem ubrać i pójść na studia, nie jest zasługą komunizmu, ale naszych rodziców. Na pierwszym planie zawsze mieli dzieci, a nie samych siebie. Mogliby podróżować po świecie jak niemieccy emeryci, ale oni nie potrafią, bo nigdy się tego nie nauczyli, a poza tym nie da się daleko pojechać za 900 zł emerytury. Ojciec w pewnym momencie wyjechał co prawda kilka razy na kontrakty do Iraku i Libii, gdzie budował drogi, ale zrobił to wszystko dla nas, bo rzekomy ustrój rzekomej sprawiedliwości miał dla ludzi jedną propozycję: „Wy harujcie, a być może wasze dzieci będą miały łatwiej”. Nawet teraz, kiedy lekarz proponuje rodzicom wyjazd do sanatorium, jest to dla nich wciąż niezręczna sytuacja. Jak to tak jechać gdzieś i co robić? A właściwie niczego nie robić?

A co do zapory, była główną atrakcją dzieciństwa w Solinie. Szło się „na zaporę”, „za zaporę”. Nieraz był to jedyny nasz dylemat. Iść „na” czy „za”. I nie wiem w jaki sposób, ale zawsze taka wyprawa była przygodą. Mimo że przy wejściu „na” nie było jeszcze budek z gadżetami typu „śpiewający słonecznik” albo „rechoczący świstak”, a „za” była tylko jedna smażalnia ryb i żadnego czeskiego wesołego miasteczka.

Sanockie schody

Pokonywałem je kilka razy dziennie, ponieważ centrum Sanoka leży na górze, a ja mieszkałem na osiedlu na dole. Miałem wybór: stare strome schody franciszkańskie albo drugie, łukowate, łagodniejsze, tzw. metalowców. Dzięki nim mimo częstych zadyszek miałem jednak jakąś kondycję. W sanockiej podstawówce czasem służyły jako zastępcza sala gimnastyczna. Biegało się w górę i w dół przez 45 minut.

Miejsce zbiórek

Od czasu szkoły w Solinie, przez sanockie liceum, po studia w Warszawie byłem harcerzem. To ważny etap w moim życiu. Nikt mnie ideologicznie nie urabiał i nie bawił się w spotkania z kombatantem. Była grupa sympatycznych ludzi, zbiórki, mundurki. Do dziś zostało mi parę fajnych znajomości: byli harcerze są wszędzie – Wacek uczy, Magda w ministerstwie, Gosia leczy w Paryżu, Jurek rządzi w firmie farmaceutycznej.

Każdego lata odbywały się obozy harcerskie. Pierwszy miałem w Polańczyku, drogą 10 km, a przez las 6 km od domu. Jak już prawie zapleśniałem pod namiotem, brałem plecak i szedłem do mamy, żeby zrobiła pranie. Czy harcerstwo dawało wymierne korzyści materialne? Owszem, na obozie w NRD kupiłem sobie trampki chińskie – największy wtedy rarytas. Ale przynosiło też korzyści duchowe – tam przeżyłem wielką miłość do pewnej Niemki. Nie potrafiłem jej nic powiedzieć, ale pewnie pięknie wzdychałem po niemiecku. Zresztą ona się kochała w jakimś Niemcu. Była ruda, a ja zdruzgotany. Z NRD związane jest też wspomnienie kombatanckie. Znałem setki dowcipów, wiele z nich powtarzałem, w ogóle ich nie rozumiejąc. O Breżniewie całe mnóstwo. I o Ruskich. I cha, cha, cha. Któregoś dnia moją wychowawczynię wezwał do siebie niemiecki lekarz i życzliwie poprosił, żeby zwróciła mi uwagę, bym nie opowiadał takich dowcipów. Okazało się, że każdy polski opiekun dostawał opiekuna niemieckiego, który owszem, zajmował się dziećmi, ale jego rola polegała przede wszystkim na tym, żeby słuchać i kontrolować, czy przypadkiem ktoś nie jest wywrotowcem.

Na obozie harcerskim w Czechosłowacji dzięki przyjaciołom, z którymi mam kontakt do dziś, przeszedłem szybki kurs rozumienia socjalistycznego świata. Marek nie mógł iść do szkoły z maturą, bo w podstawówce chodził na religię, a dla takich jak on przeznaczone były tylko zawodówki. W 1987 roku poznałem tam także dwóch dorosłych już facetów, pracowników firmy budowlanej. Trzy lata później dowiedziałem się, że tak naprawdę są księżmi salezjanami wyświęconymi w katakumbowym kościele, bo komunistyczna władza zlikwidowała zakony. Dzięki kontaktom z pallotynami z mojego ministranckiego ruchu przemycałem przez granicę egzemplarze Pisma Świętego po słowacku i jakieś święte obrazki. Brałem plecak i wiozłem… Prosili mnie tylko, żeby przekazywać przez Marka, nie bezpośrednio do nich. Nie miałem pojęcia, że wtedy ktoś kogoś może podsłuchiwać, podpatrywać czy namierzać.

Komitet miejski Partii

Tu znajdował się jeden z dwóch magnetowidów w mieście. Tu przychodziliśmy na lekcjach PO (wtedy to był skrót od przysposobienie obronne, a nie Platforma Obywatelska) oglądać „Rambo”, nasz film szkoleniowy. Za pomocą drugiego magnetowidu, zlokalizowanego u księdza na plebanii, mieliśmy szansę zapoznać się z „Akademią Policyjną”. To były pierwsze filmy, jakie można było mieć wtedy na wideo.

Liceum w Sanoku

Byłe koszary austriackie, nazywane w mieście klasztorem. Liceum miało opinię szkoły bardzo zdyscyplinowanej, głównie za sprawą dyrektora, którego wszyscy się bali. Ale w czasie kiedy ja się tu uczyłem, wiały już trochę inne wiatry. Gdy kończyłem trzecią klasę, akademię na zakończenie roku zaszczycił towarzysz Mleczko z Komitetu Miejskiego PZPR, a we wrześniu, na rozpoczęciu kolejnego, był już inny gość specjalny – ksiądz prałat Adam Sudoł.

W liceum trochę się migałem, żeby nie robić tego, co każą, tylko jakąś inną drogą dojść do dobrej oceny. Na PO np. zrobiłem film instruktażowy „Strzelanie nr 1”. W szkole pokazała się właśnie pierwsza kamera wideo i trzeba było uzasadnić, że służy celom dydaktycznym, a nie filmowaniu wycieczek szkolnych. Mój film składał się z konstrukcji scen w stylu, jak należy się ułożyć do strzału z kbks-u, jak wygląda zbiórka i w jaki sposób wydawać komendy. Kłopot pojawił się tylko jeden. Nie wiedziałem, że istnieje coś takiego jak postsynchrony, i byłem pewien, że dźwięk ze strzelnicy będzie tym autentycznym. Potem okazało się, że moi koledzy nagrali własne dźwięki, wśród których w najważniejszym momencie padała np. komenda: „Pierwsza brygada im. psa Cywila za mną”. Pokazanie takiego podejścia do obronności kraju groziłoby rozpadem Układu Warszawskiego, musiałem więc dograć własny komentarz. Potrzebne były dwa magnetowidy i jeden magnetofon, żeby to wszystko spiąć. Dograłem swoją instrukcję, ale poczułem, że to nie może być tak na sucho. Jedyną płytą z muzyką instrumentalną, która leżała pod ręką, była płyta Marka i Wacka. „Strzelaniu nr 1” towarzyszyły więc fortepianowe dźwięki „Dla Elizy” i sonata Księżycowa. A w tym wszystkim padające komendy… Na ostatnim zjeździe szkolnym mój nauczyciel PO powiedział mi, że ma jeszcze gdzieś ten film. Obawiam się, że ktoś go wreszcie wyciągnie. W najmniej oczekiwanej chwili…

Dom doktora Domańskiego

Z Grześkiem Śmiałowskim przejęliśmy szkolny radiowęzeł. Składał się z magnetofonu, wzmacniacza, dwóch kolumn i był słyszalny w odległości pięciu metrów od źródła, ale my mimo to nagrywaliśmy i nadawaliśmy normalne audycje. Robiliśmy np. prapowtórkę z rozrywki, a w niej kabaretowe piosenki, wierszyki o szkole oraz wywiady z nauczycielami, którym zadawaliśmy porażające pytania, typu: „Jaki jest pani ulubiony kolor?”. Nasze „studio nagrań” mieściło się zaraz przy szkole, u dziadków Grześka, w pięknym domu przedwojennego dyrektora sanockiego szpitala. Zamykaliśmy się w pokoju, Grzesiek zakazywał babci i dziadkowi chodzenia po domu do momentu zakończenia nagrań. A następnego dnia szło to w radiowęźle dla rzeszy… 30 uczniów, tych, którzy akurat za chwilę mieli lekcję w sali obok radiowęzłowej kanciapy.

Przystanek autobusowy

Gdy padł mur berliński, ubłagałem tatę, żebyśmy pojechali do Berlina po wieżę. Hi-fi. Wyruszyliśmy z Sanoka autosanem H9 przez całą Polskę i pół Niemiec po to tylko, żebym mógł kupić dwukasetową wieżę Schneider. Mam z tamtego czasu zdjęcie, przy którym zawsze się cholernie wzruszam. Tata siedzi na ławce w parku w Berlinie Zachodnim, kroi chleb i otwiera konserwę, żeby nakarmić dziecko po 19 godzinach jazdy. Nie wchodziła w grę restauracja. Przelicznik marki był taki, że mieliśmy do wyboru albo jedzenie, albo wieżę. Boże, jak ja sobie teraz uświadomię, co ten ojciec dla mnie zrobił! Nie dość, że pojechał, to jeszcze dał pieniądze! Na wieżę marki Schneider.

Zamek w Sanoku

Nie mam z nim wielu osobistych wspomnień. Nawet się przy zamku nie całowałem… À propos: Pierwsza prawdziwa szkolna miłość miała na imię Agata i długie czarne włosy. Co jakiś czas koło Agaty pojawiali się inni faceci. Raz bokser, potem szybki łyżwiarz. Po kolejnej porażce (po łyżwiarzu) postanowiłem, że nie będę pisać listu, ale nagram rozdzierające do granic pożegnanie. I zrobiłem to. Nagrałem na kasetę opowieść o moich uczuciach, oczywiście z podkładem muzycznym, żeby było bardziej nastrojowo. Bollywood! I nie chodziło nawet o to, żeby ta muzyka brzmiała, ale żeby tytuł utworu był adekwatny do stanu moich uczuć. Na płycie Marka i Wacka znalazłem numer, który bardzo mi pasował: „Słońce umarło”. A ja mówiłem: „No trudno, jeżeli tak postanowiłaś, muszę to zrozumieć. Wiem, że musisz być szczęśliwa”. Brakowało, żebym posunął się do sugestii „z nim będziesz szczęśliwsza”. Dzięki Bogu nigdy jej tego nagrania nie dałem. Mogłaby mieć niezły ubaw. Spotkaliśmy się niedawno. Przyniosła na nasz licealny zjazd zdjęcia z podstawówki, a ja błagałem, żeby mi ich nie pokazywała, bo bałem się zobaczyć, co napisałem na odwrocie. Agata ma męża, trójkę dzieci i widać, że jest szczęśliwa. A ja? Bardzo!