Karolina Breguła: Ciężko robi się film

Fot. Robert Mleczko

Wszystkich czytelników i wszystkie czytelniczki proszę o wyrozumiałość. Moja działalność blogerska stała się chwilowo mniej regularna, ponieważ skupiłam się na pracy artystycznej.
Robię kilkudziesięciominutowe fabularne wideo, które do niedawna wydawało mi się logistyczną błahostką. Tymczasem w ciągu ostatnich kilku tygodni każdego dnia dowiaduję się, jak czasochłonnym procesem jest zorganizowanie produkcji filmowej: znalezienie aktorów i miejsc, uzyskanie zgód, znalezienie rekwizytów i elementów scenografii. Wszystko to trzeba zorganizować tak, by było na miejscu na czas i żeby na czas zniknęło.

Każdego dnia kręci się kilka scen, a każda kolejna wymaga solidnego zaplanowania i równoczesnego myślenia o dziesięciu różnych elementach. Na wahanie, błędy i poprawki nie ma czasu. Nie ma więc mowy o pomyłkach. Ekipa, z którą pracujemy, ma dla nas określoną ilość dni. Gdy czas upłynie, film musi być zrobiony. W przeciwnym razie wpadamy w ogromne koszta. Jeśli, jak to jest w naszym przypadku, przyjechało się na zdjęcia do innego kraju, ograniczenia czasowe wynikają też z zaplanowanego już dawno końca pobytu w miejscu zdjęć. Jednym słowem, dużo stresu. Można zwariować.

Nauczyłam się, że film to ogromne przedsięwzięcie. Dokładnie już wiem, dlaczego zwykle realizowany jest w tak licznej ekipie. Nasza ekipa składa się z czterech osób, które, żeby zdążyć, pracują dniami i nocami. Wszyscy robią tu wszystko – producentka przenosi kable, operator pomaga przy scenografii, a dźwiękowcy gotują obiady. Pracujemy od wczesnego rana do późnej nocy. Jesteśmy niewyspani i zdenerwowani.

Codziennie rano, gdy zmęczona wyłączam budzik, myślę, że odtąd z większą zrozumiałością będę patrzyła na ciągnące w nieskończoność listy współpracowników w napisach końcowych filmów.