Karolina Breguła: Marina, nie patrz tak na mnie

Jak zwykle opóźniona w oglądaniu kulturalnych nowości, zobaczyłam dzisiaj film Matthew Akersa i Jeffa Dupre „Marina Abramović. Artystka obecna”. To dokument o retrospektywnej wystawie wspaniałej artystki, którą szanuję i podziwiam, powinnam więc być zachwycona. Tymczasem czuję lekki niesmak.
Film odziera sztukę Abramowić z tego, najważniejsze – tego, co niewygodne i niebezpieczne. Nie ma tu bólu, potu i ryzyka. Jest tylko dobro, miłość i, przede wszystkim, sława.

Głównym tematem filmu jest performance Mariny Abramović. MoMA, jedna z najpotężniejszych na świcie instytucji artystycznych, dzięki swojej skutecznej machinie promocyjnej sprawiła, że planowany performance Mariny Abramović był na ustach wszystkich już wiele miesięcy przed rozpoczęciem wystawy. Artystka, której działania do dzisiaj często spotykają się z niezrozumieniem, nagle staje się ulubienicą tłumu. Ludzie koczują nocami pod muzeum, by móc być blisko niej. Kochają ja, nastolatki prawdopodobnie wieszają sobie na ścianach jej plakaty, być może tatuują sobie jej imię na ramionach. Marina Abramović jest w tym filmie popularna nie mniej niż wzięta gwiazda rocka.

I podobnie jak gwiazda rocka, codziennie pojawia się na scenie. Przez trzy miesiące przez siedem godzin dziennie siedzi w świetle lamp, dzięki którym dokumentującym ją kamerom nie umknie ani jeden grymas. Siedzi spokojna i patrzy w oczy każdemu, kto pojawia się naprzeciwko niej. Tymczasem wokół kłębią się tłumy. Ludzie krzyczą, przepychają się, wykłócają o swoje miejsce w kolejce. Groźni ochroniarze przywołują ich do porządku, ustawiają i dają wskazówki, jak zachowywać się na scenie. Cokolwiek by się działo, Marina z kamienną twarzą, swoimi ciepłymi oczyma spogląda na jedną osobę, jest tylko dla niej.

Przyznaję, jest to niezwykle wzruszające. Jednak irytuje mnie celebrycka atmosfera, w której to wszystko się odbywa. Rewolucjonistka Marina Abramović stała się eleganckim, pociągającym produktem. Zamiast widzieć prawdziwe wartości jej niezwykłego działania, widzimy bicie szalonego rekordu.

Patrząc na wygrodzoną w MoMA scenę nie mogłam oprzeć się skojarzeniu ze świętym Mikołajem, który w centrum handlowym rozdaje dzieciom cukierki i robi sobie z nimi zdjęcia obserwowany przez tłum oczekujących na swoją kolej.

Gdybym zasiadła naprzeciwko Abramović w MoMA , miałabym pewnie ochotę powiedzieć: Marina, nie patrz na mnie tak poważnie, bo i tak nie mogę się skupić w tym cyrku!

Marina-Abramovic-artystka-obecna
materiały prasowe