Karolina Breguła: Warszawa pełna zwierząt

Byłam wczoraj z interesem w siedzibie Fundacji Bęc Zmiana. Przy okazji wstąpiłam do fundacyjnej, tak zwanej galerii, czyli jednego z moich ulubionych warszawskich kulturalnych miejsc wielofunkcyjnych. To uroczy maleńki lokalik, który jest księgarnią i sklepem z gadżetami, przy okazji będąc lokalem reprezentacyjnym i galerią.
W części galeryjnej można aktualnie oglądać wystawę fotografii Justyny Chmielewskiej. Wystawa jest zabawnym zestawieniem miejskich obserwacji i poszukiwań zwierzęcych znaków i skojarzeń.

To cykl, który obnaża naszą, nie całkiem uświadomioną, potrzebę obecności zwierzęcia. Jak się okazuje, warszawski sposób na realizację tej potrzeby, to tworzenie rzeźb i figurek, wpisywanie symboli ulubionych zwierząt w logotypy i nazwy czy korzystanie z ich wizerunku we wszechobecnej reklamie.

Chmielewska musi tęsknić za zwierzętami w mieście o wiele bardziej niż ja. Dostrzegła je w miejscach, w których ja nigdy bym ich nie znalazła: na przykład w logotypie sklepu o spolszczonej angielskiej nazwie „szop” czy reklamie zakładu krawieckiego, proponującego „muszki”.

W tekście do wystawy autorka pisze: „Zwierzętom zostawiliśmy zaledwie marginesy. Koty zeszły do piwnic, gołębie opanowały dworce, szczury przypomniały o sobie przy okazji budowy metra. I tylko psy – uczłowieczone, najskuteczniej ujarzmione – wydają się niemal pełnoprawnymi mieszkańcami stolicy”. Nie mogę się z tym zgodzić. Moja Warszawa pełna jest prawdziwego zwierzęcego życia. Na korytarzach kamienicy, gdzie mieszkam, podobno grasują szczury – postrachy wszystkich mieszkańców mojej klatki. Na trawniku przed domem systematycznie co rano witają mnie świeże kupy czworonogów sąsiadów, a przedszkole na parterze zamieszkiwane jest przez rodzinę ślicznych kotów. Po parku w sąsiedztwie biegają wiewiórki, a na drzewach za moimi oknami codziennie jest aż czarno od wielkich ptaszysk.

Wystawę Justyny Chmielewskiej traktuję jak świetną, absurdalną grę w miejskie znaczenia. Grę, w którą zresztą nie przestaje się grać po wyjściu z galerii. Wracając z Bęc Zmiany przez całą drogę szukałam symbolicznej obecności zwierząt.

 

wystawa Justyny Chmielewskiej
Fot. Karolina Breguła