„Broniewski w potrzasku uczuć” – listy miłosne poety

Wydawnictwo MG

Poeta miał wiele romansów, ale tylko najważniejsze z nich zostawiły ślad w jego twórczości. Irena Helman to jedna z tych zachowanych miłości. Czy korespondencja miłosna to też literatura i dlaczego warto pokazywać ja czytelnikom, tłumaczy Dariusz Pachocki, edytor listów Broniewskiego.

Wydawnictwo MG

reklama

„Broniewski w potrzasku uczuć” to nie pierwszy zbiór listów, które opracowałeś. Co takiego jest w listach, że warto je udostępniać czytelnikom?

Moja przygoda z listami zaczęła się w dość naturalny sposób. Były one częścią materiału źródłowego, na który powoływałem się w doktoracie. Zebrało się tych listów na tyle dużo, że mogła powstać z tego książka. Wówczas chyba nawet nie zastanawiałem się nad tym, czy warto je pokazać czytelnikom, było to dla mnie oczywiste. Nie miałem żadnych moralnych dylematów, bo Stachura, dodajmy, że właśnie o jego listach mowa, był w swej korespondencji niezwykle powściągliwy, szczególnie w sprawach prywatnych czy uczuciowych. Uznałem, że czytelników może zaciekawić prześledzenie narodzin Stachury-liryka. Z listami posyłał dziesiątki wierszy, w których odbijały się jego pierwsze literackie fascynacje.

Mnie jako czytelnikowi zależy na tym, by listy były publikowane, bo szukam w nich myśli, które nie zmieściły się pisarzowi albo nie nadawały się do powieści czy wierszy. Przyglądam się też literackiej kuchni danego pisarza, ciekawi mnie na przykład, w jakich okolicznościach powstawały moje ulubione książki. Poza tym dzięki listom lepiej możemy zrozumieć świat, w którym funkcjonował autor, ten świat jemu najbliższy, jego światek znajomych, przyjaciół, ale też szerzej – czas, w którym przyszło mu żyć. Wydaje mi się, że jest to naprawdę interesująca materia.

W jakich sposób trafiłeś na korespondencję Broniewskiego i Ireny Helman?

Właściwie to miała być zupełnie inna książka… Kilka lat temu rozmawiałem z ówczesnym kustoszem Muzeum Władysława Broniewskiego, panem Sławomirem Kędzierskim, o pewnym pomyśle edycyjnym, którego realizacja nie doszła do skutku. To właśnie pan Kędzierski zwrócił moją uwagę na zbiór listów, o którym rozmawiamy. To, że dziś możemy trzymać tę książkę w rękach, to w jakimś stopniu także jego zasługa.

Co Cię w nim zainteresowało na tyle, że zechciałeś go opracować?

Podczas jednej z moich kwerend w Warszawie przeczytałem te listy i stwierdziłem, że takiego Broniewskiego nie znałem. Naprawdę było to dla mnie odkrycie. Zupełnie niesamowita sprawa. Przede wszystkim wydarzenia układały się na przemian w melodramat, komedię i film przygodowy: miłość, zdrada, pojedynek, dramatyczne rozstania i powroty, szyfrowane rozmowy, potajemne spotkania. Do tego znalazłam tam dokładną relację z tego, jak Broniewski na co dzień żył, pracował, kochał, martwił się, włóczył po knajpach, pisał. Dzięki temu naprawdę można zupełnie inaczej spojrzeć na jego twórczość z tamtego czasu. No i ta romansowa historia z pierwszego planu!

Czasem aż przykro patrzeć, jak poeta wił się pomiędzy gronem kobiet i starał się znaleźć wyjście z sytuacji, z której dobrego wyjścia nie było. Twardziel z Łubianki, który nie potrafił podjąć męskiej decyzji, żalił się, uciekał, chował za plecami innych, na przykład własnej żony. Kłopot z decyzjami miał za każdym razem, gdy chodziło o jego dobro, a właściwie o jego wygodę. To trzeba było pokazać. Wątpliwości nie miała też Pani Ewa Malinowska-Grupińska, szefowa wydawnictwa MG, która po lekturze listów zgodziła się je opublikować.

Broniewski, którego widzę w tych listach, jest bardziej tragiczny, niż go zawsze postrzegałam. Z jednej strony podczas romansu zachowuje się w sposób do bólu przewidywalny, a z drugiej daje się uwikłać w różne społeczne konwenanse, „feudalizm” – jak sam mówi. Do tego dochodzi presja rodziny Helmanówny, chwilami na granicy obsesji, jak możemy się dowiedzieć z książki. Co mówią inne źródła o sytuacji poety w tym okresie?

Wydarzenia, które czytelnik znajdzie w tych listach, rozgrywają się na początku lat 30. Ten okres nie został jakoś gruntownie spenetrowany przez badaczy twórczości Broniewskiego ani jego biografów. Zapewne i z tego powodu, że nie ma zbyt wielkiej bazy źródłowej.