„Czas honoru”

Opowieść o czterech cichociemnych, których pokochały miliony Polaków. Powieść, napisana przez Jarosława Sokoła, autora telewizyjnego serialu pod tym samym tytułem, z rozmachem kreśli wojenne losy bohaterów od wrześniowej klęski, przez wojnę we Francji, sowieckie łagry, po codzienne życie w okupowanej Warszawie, rozbudowując świat serialu o zupełnie nowe wątki i postacie. Poniżej fragment pierwszej części sagi.
Ze wszystkich zawodów świata najgorszy wydawał się Halbemu zawód nauczyciela. Konieczność powtarzania w kółko oczywistych faktów była dla niego zupełnie idiotyczna. Zwłaszcza jeśli słuchacz nie grzeszył lotnością umysłu i zadawał ciągle te same pytania, tak jak szef warszawskiego Gestapo SS-Standartenführer Gerd Keller.

reklama

– Jak powiedziałeś? Cicho-co?

– „Cichociemni”. Polscy dywersanci szkoleni w Anglii. Zrzucają ich tu na spadochronach. Po cichu i po ciemku, stąd nazwa.

– Ach, ci. Ale to chyba nie jest jakiś poważny problem. Ilu ich tu zrzucili – dwóch, czterech?

– Z naszych informacji wynika, że do tej pory ponad pięćdziesięciu.

– Żartujesz?

– To jest operacja zakrojona na szeroką skalę. Z tego, co wiemy, kandydaci są szkoleni naprawdę wszechstronnie – kontrwywiad, dywersja, fałszowanie dokumentów, no i skoki spadochronowe, oczywiście.

– Anglicy to wymyślili?

– Niezupełnie – odparł cierpliwie Halbe. – To jest polska operacja prowadzona przez armię Sikorskiego w Anglii. Anglicy dostarczają im sprzęt i część wykładowców, ale organizacją zajmują się w całości Polacy.

– No to możemy spać spokojnie. Wiem coś o polskiej organizacji.

– Mówię ci tylko, co ustaliła Abwehra. Najpierw było dziewięć zrzutów próbnych. Teraz operacja wchodzi w drugą fazę. Mają zamiar wykonać sto zrzutów, a w przyszłym roku pięćset. Mówię o wysoko kwalifikowanych specjalistach od dywersji i konspiracji, Gerd. Ci ludzie będą potem szkolić i organizować podziemną siatkę. Chyba rozumiesz, co to oznacza.

Keller nie odpowiedział. Wstał tylko i podszedł do okna, starając się ukryć zaniepokojenie. Halbe patrzył na to z satysfakcją. Nareszcie udało się wymusić na opornym słuchaczu prawidłową reakcję.

– Skąd macie takie szczegółowe informacje?

– Udam, że nie słyszałem tego pytania.

Halbe patrzył w napięciu na milczącego szefa Gestapo. Rozpaczliwie potrzebował jego pomocy. Tamta stara sprawa wciąż kładła się cieniem na jego karierze. Z najwyższym trudem i pomocą brata Egona, cywilnego pracownika Ministerstwa Wojny w Berlinie, udało mu się po wielu latach wywalczyć awans na majora. Było to tym bardziej gorzkie, że jego początki w Abwehrze zapowiadały się naprawdę błyskotliwie. Był najmłodszym kapitanem z całego swojego rocznika, a kiedy został wysłany do Warszawy jako rezydent, wydawało mu się, że świat stoi przed nim otworem. Teraz znowu znalazł się w tym przeklętym mieście. Nie było dnia, żeby nie myślał o tym, jak zmyć z siebie hańbę tamtej porażki. Wciąż czuł na sobie lekceważące spojrzenia przełożonych i kolegów. Dobrze wiedział, że drwią z niego za plecami. A teraz nagle pojawia się szansa, żeby to wszystko odmienić. I to za czyją sprawą – Ryżkowskiego!

– Jeśli będziemy ze sobą współpracować, może do tego nie dojść. Dostałem zadanie rozpracowania tych zrzutów.

Było to kłamstwo. Pułkownik Koenig, jego szef, nie powierzał mu żadnych poważniejszych zadań. „Cichociemnymi” zajmowała się w warszawskiej Abwehrze specjalna komórka, która nie wtajemniczała go w swoje działania. Dane o polskich skoczkach znał po prostu z ostatniej odpraw oficerów, a raczej z nieformalnej rozmowy na korytarzu. Podczas palenia papierosów jeden kolegów, którzy zajmowali się tym tematem, pochwalił się ostatnimi ustaleniami. Halbe poczuł wtedy ukłucie zazdrości. Oddałby wszystko za jedno prawdziwe zadanie wywiadowcze zamiast ślęczenia w bezsensownej biurokratycznej robocie. Teraz postanowił postawić wszystko na jedną kartę.

Standartenführer Keller odwrócił się od okna.

– No dobrze. Ale co ma z tym wszystkim wspólnego ten twój Ryżkowski?

Halbe westchnął w myślach. Znowu trzeba było tłumaczyć wszystko od początku.

– Ryżkowski był przed wojną oficerem „Dwójki” i moim agentem. Może być bardzo przydatny w tropieniu naszych dywersantów.

– Ufasz mu?

– W naszej branży takie pytania nie mają sensu, Gerd. Podał mi ten adres. Twierdzi, że właścicielka mieszkania i jej siostrzeniec zajmują się odbiorem zrzutów z Anglii. Chyba możemy to sprawdzić?

Położył na biurku karteczkę z otwockim adresem. Keller wziął ją do ręki – nareszcie jakiś konkret. Całe to wywiadowcze gadanie Halbego znużyło go śmiertelnie. Nie lubił tego pajaca z Abwehry. Pachniał jak kobieta. W dodatku w rozmowie przyjmował zawsze nieznośnie belferski ton. Wydawało mu się, że jest inteligentniejszy od wszystkich, a tymczasem przechytrzył go jakiś polski przygłup. Keller zaśmiał się do siebie. Oczywiście, że wiedział o przedwojennej „współpracy” Halbego i Karola. Sprawdził to natychmiast, kiedy tylko Ryżkowski znalazł się w jego rękach. Postanowił jednak dalej grać niezbyt pojętnego SS-mana. Udawał, że nic sobie nie robi z planowanych zrzutów polskich dywersantów, podczas gdy w rzeczywistości od dawna już zamierzał zorganizować u siebie specjalny referat zajmujący się wyłącznie skoczkami spadochronowymi z Anglii.

– Zaraz będziemy ich tu mieli – powiedział do Halbego, sięgając po słuchawkę telefonu.

Fragment książki „Czas honoru”, Wydawnictwo Zwierciadło 2014, s. 402. Książka do kupienia w naszej księgarni.