Powstanie Warszawskie w „Czasie honoru” – fragment tomu „Pożegnanie z Warszawą”

Powieść, napisana przez Jarosława Sokoła, autora telewizyjnego serialu pod tym samym tytułem, rozbudowuje świat filmu o zupełnie nowe wątki i postacie. Poniżej fragment trzeciej części sagi opowiadający o wybuchu Powstania Warszawskiego.
Odgłosy artylerii słychać było całą noc. Nie sposób było zasnąć. Janek obudził się o trzeciej i do samego rana przesiedział przy otwartym oknie, wpatrując się w dalekie światła wybuchów. Wyglądało na to, że Sowieci stoją już pod samą Warszawą. Rano artyleria ucichła, ale cisza nie zwiastowała niczego dobrego. Ktoś przebiegł przez ulicę tak szybko, że Janek nie zdążył go zauważyć. Wychylił się przez okno, żeby sprawdzić pogodę. Nie padało, ale zapowiadał się ciężki, pochmurny dzień. Podszedł do ściennego kalendarza, żeby zerwać kolejną kartkę: był wtorek, pierwszego sierpnia. Wraz z nowym dniem powrócił tępy ból w piersiach. Noce dawało się znieść o wiele łatwiej. Czasem udawało mu się nawet zasnąć, a poza tym w nocy kryła się oczywista obietnica nowej odsłony świata, w którym być może Lena w cudowny sposób powraca między żywych. Dzień przynosił natomiast rozczarowanie. Z każdą nową kartką w kalendarzu dławiona rozpacz narastała, przyprawiając go niemal o mdłości. Codziennie przed odprawą oddziału krążył godzinami po mieście, wypytując kolejnych ludzi. Rozmawiał z dziesiątkami nieznajomych, którzy mieli bliskich we wszystkich więzieniach w Warszawie i na Majdanku. Nikt nic nie wiedział. Było to jeszcze boleśniejsze niż najgorsza nawet wiadomość. Lena rozpłynęła się, jakby w ogóle nigdy nie istniała.

reklama

Z wybiciem siódmej, kiedy tylko wznowiono ruch uliczny, Janek wstał i wyszedł. Miał spotkać się na Pradze z pewnym granatowym policjantem, który podobno dużo wiedział na temat potajemnych egzekucji w ruinach getta. Ulice były jeszcze pustawe. Ludzie przemykali chyłkiem, dźwigając rozmaite tobołki. Od dwóch dni trwało gorączkowe robienie zapasów. Półki sklepowe świeciły pustkami. Przy ulicznych pompach bez przerwy ustawiały się kolejki. Wodę magazynowano też w wiadrach i baliach poustawianych we wszystkich pokojach. Po prawej stronie Wisły ruch był jeszcze mniejszy. Na praskich ulicach panowała martwa cisza. Mało kto wychodził z domu. Czasem rozlegało się tylko trzaśnięcie jakiejś okiennicy albo trzepot gołębich skrzydeł. Janek rozglądał się w poszukiwaniu numeru kamienicy granatowego policjanta, który zdobył poprzedniego dnia, kiedy nagle usłyszał warkot. Ukrył się za załomem muru. Po chwili z bocznej uliczki wypłynął wolno kadłub samochodu pancernego z wielką czerwoną gwiazdą na boku. Był to sowiecki pojazd rozpoznawczy, z ciężkim karabinem maszynowym w obrotowej wieżyczce. Janek znał ten wóz doskonale. Strzelał do niego nieraz podczas sowieckiego ataku na Polskę w trzydziestym dziewiątym.