Czesław Mozil: co ja tu właściwie robię?

fot. Rafał Masłow

Mówi o sobie, że jest „dobrze zintegrowanym Polakiem w Danii”, że ciągle jest głodny Polski, a polski nudny show-biznes jest głodny jego. Czesław Mozil wydaje właśnie płytę o Polakach za granicą. I zrobi nią dużo szumu.
Na swojej najnowszej płycie dokonujesz socjologicznego przeglądu statystycznego Polaka na emigracji. Po co?

reklama

Bo mnie to zawsze bolało, a poczułem to wyraźniej dopiero, kiedy pomieszkałem parę lat w Polsce. Gdy pracowałem w budowlance jako tłumacz, spytałem kolegę: „Cieszysz się, że po kilku miesiącach wracasz wreszcie do Polski?”, on odpowiedział: „W sumie nie, bo żona chyba ma kochanka, no w każdym razie nie chce ze mną sypiać, dzieciaki zapomniały, jak wyglądam… to ja już wolę być tutaj”. Wtedy uświadomiłem sobie, że to może wcale nie jest tak, że z Polski wyjeżdża się tylko „za pieniędzmi”, że pod tym kryje się jakiś grubszy problem, szukanie spokoju, ucieczka od dziwnych historii rodzinnych. Że ci ludzie, którzy, jak o nich śpiewam –„kim są, nie wiedzą, wiedzą, kim nie są” – mają większe prawo do bólu, niż myślałem wcześniej. Trzymałem też w pamięci napis na murze, który zobaczyłem kiedyś w Edynburgu: „Nie wybaczę ci, Polsko”. Takich socjologicznych pereł do potencjalnej płyty miałem w sobie mnóstwo i w pewnym momencie zacząłem bawić się myślą, że chciałbym wrócić do Polski i zrozumieć. Był rok 2007.

Moment, kiedy wszyscy zaczęli stąd masowo wyjeżdżać, a ty wykonałeś ruch pod prąd.

Tak, i pamiętam, jak mój ojciec pytał: „Co ty będziesz w Polsce robił?”. „Wszystko jedno, będę zbierał truskawki albo dorabiał w Danii przez dwa miesiące w roku”. Przyjechałem tu i w końcu zrozumiałem, co to znaczy zakompleksiony Polak na emigracji. „Nienawidzę cię, Polsko” to wspaniały tekst Michała Zabłockiego, za który dostanę kopa w tyłek, tekst inspirowany prawdziwymi historiami, smutna piosenka o tym, jak to jest być za granicą, tęsknić i się tą tęsknotą dodatkowo wciąż frustrować, bo jeśli nie podołasz, to co? Wstyd powiedzieć: „Chcę wrócić”. No bo jak? To znaczy, że ci się nie udało na emigracji? To musi być z ciebie megafrajer. Chciałbym, żeby dzięki płycie „Księga emigrantów” ten statystyczny smutny Polak złapał trochę dystansu do siebie.

No i obrywa się nam. Polski magister tańczy ze szczotką, dzieci tylko liczą pieniądze ojca, boimy się sąsiada…

Myślę, że jeśli nie będziemy się potrafili z siebie czasem pośmiać, to się po prostu nie rozwiniemy. Boli mnie, że ludzie wstydzą się sprzątać biura, bo Polska wmówiła im, że są skazani na coś lepszego. Ja mam dyplom, a sprzątałem i się tego nie wstydzę. No, kurde mać! Nie ma złej pracy. Celowo śpiewam o białym Murzynie z czarnymi dłońmi, by sprowokować dyskusję, choć wiem, że polscy rasiści się na mnie rzucą i o rozmowie nie będzie mowy, bo usłyszę jedynie: „Co ty, kurwa, Murzynem będziesz mnie nazywał? Ja jestem lepszy”. Otóż nie jesteś lepszy od Murzyna, polski rasisto. Bo nikt nie jest lepszy od nikogo. Widzisz, ja mam szczęście, bo mam mądrych rodziców. To od nich taka szkoła równości.

Jak oni znaleźli się w Danii?

Mój dziadek zginął w wypadku samochodowym tuż po wojnie, babcia wyszła za mąż po raz drugi i wyjechała do Danii. Gdy moi rodzice postanowili do niej dołączyć, sami byli już po czterdziestce, a ja miałem sześć lat. Nauczyli się języka i doskonale się zintegrowali, choć za przeprowadzkę do Danii zapłacili jak każdy emigrant ogromną cenę. Uważam ich za bohaterów, tym bardziej że Duńczycy są zamknięci w sobie, język nie należy do łatwych, a Polonia? Każdy powie ci, że z Polakami żadnych interesów, każdy wie, gdzie Polonia mieszka, i każdy chce mieć mieszkanie tam, gdzie nie ma innych Polaków… Oczywiście nie chcę generalizować i moją płytą zapraszam do dyskusji. Bo kto ma o tej emigracji śpiewać jak nie ja? Przecież sam jestem emigrantem.

Ale gdzie ty w końcu jesteś tym emigrantem? Tu? Tam?

W Kopenhadze, choć czasem mi się to już trochę miesza. Jestem dobrze zintegrowanym Polakiem w Danii – tak się sam nazwałem i czuję wdzięczność wobec swoich rodziców, że nie obrzydzali mi ani Danii, ani Polski. Polska nigdy nie była dla mnie obcym krajem, mało tego – rodzice dali mi powód, by potrafić do niej tęsknić, wysyłając mnie np. na wakacje do Kobylca koło Wągrowca lub na Śląsk. Te polsko-duńskie światy mi się więc zawsze mieszały. Wiesz, jak się podjarałem na ostatnim zlocie harcerzy z całego świata w Kopenhadze? Dziewczyny z Toronto, chłopacy z Hamburga, Detroit, Melbourne i wszyscy, kalecząc język polski, palimy razem ogniska? Czułem z nimi więź i mogłem też poopowiadać o Polsce więcej niż kiedyś, bo tu mieszkam.

I co im powiedziałeś?

Że tu niczego nie można ogarnąć (śmiech). Samodzielnie prowadzić firmę? To jest dramat! Jesteś potencjalnym oszustem już na dzień dobry, bo tu każdy kombinuje, więc zakłada się, że ty też. A ty chcesz być uczciwy. To paranoja!

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »