Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć. Reportaże z Ukrainy – Maria Stepan

Kilkanaście metrów od wejścia do metra, przy drzewach, za które się schowali, leżą kolejni. Cicho jakoś. Jeszcze żyją. Ostatnie nieznaczne ruchy, przymknięte oczy. Więcej nie widzę. Nie słyszę. Mają kominiarki na twarzach. Albo leżą twarzą do ziemi.

– Chłopaki, pomoc potrzebna? – ktoś krzyczy i biegnie dalej. Do żywych. Krew. Gęsta jak smoła. Śmierć. Patrzył na nią z bliska Krzyś Kołosionek. Operator, z którym na Majdanie byłam, z krótkimi przerwami, trzy miesiące.

Walerij. Ma 57 lat. Wczoraj były jego urodziny. Stoi przed hotelem przy grupce młodych chłopców. I tłumaczy:

– Idźcie, zabierzcie im tarcze i kaski. Im się nie przydadzą, wam tak. Aaa, i weźcie też, jak jest u kogoś, kamizelki.

Nikt nie chce posłuchać. Stoją jak otępiali. To krzyczy:

– Już! W tej chwili!

Wbiegają po schodach do hotelu. Po kaski, tarcze i kamizelki martwych kolegów… Walerij nie idzie. Tłumaczy, że on już nie potrzebuje. Jak trafią, to trudno.

Rozmawiamy. Porządkujemy informacje. Walerij potwierdza najgorsze przypuszczenia. Strzały głównie w głowę. W szyję. W serce. Bez szans na ratunek. Przed chwilą z kieszeni jednego z zabitych wyjął uparcie brzęczącą komórkę. Trzydzieści sześć nieodebranych połączeń. Oddzwonił. Powiedział, że to koniec, że tamten nie żyje. Z emocji trzęsie się jak osika. Nagle wyjmuje z kieszeni własny telefon i czyta mi wiersz. Napisał, żeby jakoś sobie z tym wszystkim poradzić.

– Kim jesteś z zawodu?

– Dziś? Nikim.

Czyta:

Hej, Kozaku, po jakiego diabła siedzisz w domu koło baby i głaszczesz jej kolana?

Na Kijów czas jechać. Kask bracie nakładać…

Więcej nie zapamiętałam. Oprócz podsumowania:

Także, Witia, pozdrowienia tobie, kurwa.

To o szwarccharakterze tej i poprzedniej rewolucji. Wtedy jeszcze prezydencie Wiktorze Janukowyczu.

Już wiemy, że strzelają snajperzy. Są gdzieś w hotelu, na budynkach rządowych. Przebiegamy na drugą stronę Instytuckiej. Za barykadą siedzi grupka „majdanowców” gotowych odeprzeć szturm. Jeszcze nie wiemy, że żadnego szturmu nie będzie. Że jeszcze Berkut?, wojsko?, najemnicy? – do dziś nie wiadomo – zabiją kolejne osoby, a potem uciekną. Ludzie znów pokazują mi łuski po kulach i metalowe tarcze podziurawione jak sito. Są pewni, że strzelać nie mogli Ukraińcy. Że to musieli być Rosjanie… Znów mi tłumaczą: nie ten kaliber, nie takie naboje. Nikt nie potrafi uwierzyć, że strzelać, by zabić, może brat do brata. Siedzimy. Czekamy. Rozmawiamy o tej rewolucji bez przywódcy, bez wodza. O walce ze znienawidzoną władzą.