Człowiek to człowiek, a śmierć to śmierć. Reportaże z Ukrainy – Maria Stepan

Ksiądz Piotr. W kasku, jak wszyscy wokół. Z brodą. Zamyślony. Złamany. Przyjechał z Kowla i został. Bo zobaczył, że jest tu potrzebny. Ludzie właśnie przynieśli mu to, co uratowali z polowej cerkiewki. Spłonęła. Jeszcze niedawno wszyscy śpiewali w niej kolędy. Stała sobie na Majdanie. Patrzymy w to miejsce. Czarne od dymu.

Ksiądz Piotr. Potrzebny jak nigdy dotąd. Pomagał śmiertelnie rannym. Opowiada nieśpiesznie. O tym, że nie mogli już mówić. Że udzielił im ostatniego namaszczenia. Że nie strach patrzeć umierającym w oczy, tylko wstyd.

– Że to nie ty, a on. To jest straszne. O to tylko mam pretensje. Że to nie ja.

Pytam, czy nie ma pretensji do Boga. Że na te śmierci pozwala.

– Bóg nie ma tu nic do roboty. On nigdy nie decyduje za nas. Nie pozbawia nas własnej woli. Zostawia nas za to z odpowiedzialnością za własne czyny. Każdy z nich – ci bandyci, ten Janukowycz, ci złoczyńcy, którzy wydali rozkazy – każdy z nich, kiedyś stanie przed sądem.

Potem widzę drugiego księdza. Spowiada jakiegoś mężczyznę w okularach, z metalową tarczą w dłoni. Na już rozebranej z bruku Instytuckiej. Wokół nich inni, jak mrówki, znoszą co się da i budują zasieki i barykady. A oni jak w kościele przy konfesjonale. Mężczyźnie łzy – chyba łzy? – kapią z policzków, nosa, brody. Ściska malutkie Pismo Święte i żarliwie się modli. Ksiądz głębokim basem, i wcale nie cicho, śpiewa. Ktoś obok niesie skrzynkę z koktajlami Mołotowa. Ktoś inny przynosi jakieś ubrania. Obok płonie mały okrągły stolik. Czort wie, skąd tu się wziął. Wszędzie worki z kostką brukową zerwaną, wykutą, wyjętą przed chwila gołymi rękoma z ulicy. Do wieczora słychać będzie ze sceny apel: „Odzywajcie się do rodzin. Informujcie przyjaciół, że żyjecie”. I komunikaty: „Maksym! Szuka cię żona. Jura, ojciec prosi, byś podszedł do sceny. Roman, przyjdź pod scenę, mamy dla ciebie numer telefonu, pod który musisz zadzwonić…”. Wszystkich imion nie zapamiętałam.

Tego ranka budzi mnie gryzący dym. Potem słyszę strzały. Spałam w bluzie, przy uchylonym oknie i włączonym telewizorze. To nie była spokojna noc. Niemal cały Majdan zajął Berkut. Nic nie rozumiem. Podchodzę do okna. Patrzę: Berkut ucieka. Uzbrojonych po zęby specnazowców goni garstka „majdanowców”. Z tekturowymi tarczami, jakimś metalowym koszem na śmieci z przodu… Chore. Głupie. Padają jak muchy.

Wybiegamy z hotelu. Obłęd. Osmolona, urwana, poszarpana sutanna jednego z księży (to ten sam, którego zobaczę potem, jak przy barykadzie będzie spowiadał jednego z manifestantów). Wieczorem zobaczę go jeszcze w holu hotelowym. Będzie spał na siedząco, w hełmie. Wokół słodkawy zapach kilkunastu ciał. Za chwilę wszystkich tych nieszczęśników zabiorą do kostnicy. On rano znów się z nimi spotka. Odprowadzi ich w ostatnią drogę, na Majdan. Wszystkich tych, którym on i ksiądz Piotr zamykali oczy. Pójdzie w tym samym hełmie, z oberwaną przez granat sutanną. Ani on, ani nikt inny nie zdejmie kominiarki, hełmu, „kuloodpornej” kamizelki. Kuloodporna, jak się okaże, żadna nie była.

Ale rano, gdy gryzący dym właził mi do łóżka, widziałam tylko stłoczone ciasno sotnie, spalone barykady. Dzień wcześniej przygotowywaliśmy materiał do Wiadomości. O drugiej stronie medalu. Rozmawiałam z funkcjonariuszami Berkutu, którzy tłumaczyli mi swój patriotyzm, obowiązek wobec ojczyzny. Że rozkaz to rozkaz, że tak trzeba. Że ci z tych samozwańczych sotni to rebelia, z którą wreszcie trzeba się rozprawić. Ale nikt nikogo nie będzie zabijał. Że to tylko gumowe kule. Że to przecież, mimo wszystko, bracia. A rano zobaczyłam jak zabijają. Nie gumowymi, a ostrymi nabojami. Z góry, mieszkałam na dziewiątym piętrze, wyglądało to jak jakaś koszmarna gra. Jedni uciekają, ostrzeliwują się zza drzew. Drudzy prą do przodu. I co jakiś czas ktoś się przewraca. Gdy zobaczyliśmy na bruku krwawe ślady, zrozumieliśmy, że to nie gra. Że to rzeź.