„Człowiek z magicznym pudełkiem”. Wywiad z reżyserem Bodo Koxem

fot. Bartosz Mrozowski/mat. pras. Kino Świat

Do kina trafia dziś polski film „Człowiek z magicznym pudełkiem”. Nominowany do nagrody głównej podczas tegorocznego festiwalu w Gdyni obraz to autorska wizja świata, w którym przyjdzie nam żyć już wkrótce. Dotknięty zanikiem pamięci Adam musi zacząć wszystko od nowa. Przeprowadza się i rozpoczyna pracę w korporacji, gdzie poznaje atrakcyjną kobietę. Wkrótce w swoim nowym mieszkaniu bohater trafia na radio, które emituje fale umożliwiające teleportację. Podczas jednej z podróży w czasie „utyka” w 1952 roku. Zaniepokojona nieobecnością ukochanego podejmuje się fascynującej, ale i niebezpiecznej misji sprowadzenia go z powrotem.

reklama

O swoich inspiracjach, pracy nad filmem, wyobraźni i tym, co może czekać ludzkość w najbliższych dekadach, opowiada reżyser Bodo Kox.

Skąd wziął się pomysł na „Człowieka z magicznym pudełkiem”?

Pod koniec 2012 roku, w trakcie porządków domowych, odnalazłem radio po dziadkach i pomyślałem sobie – „a co by było, gdybym je podłączył, a ono zaczęłoby grać kawałki z przeszłości?”. Ta myśl wywołała lawinę kolejnych pomysłów. Tego samego dnia, przed snem, miałem już gotowy szkic treatmentu. Muszę przyznać, że na początku była to zupełnie inna historia. Zatytułowałem ją „Bez tytułu”. Zbiegiem czasu, z wersji na wersję, postanowiłem skoncentrować się na dwójce moich bohaterów i romansie.

Pisałeś scenariusz z myślą o konkretnych aktorach?

Błędem jest pisanie scenariusza pod konkretnych aktorów. Staram się tak nie robić, bo aktor może odmówić albo coś może się wydarzyć. Wyjątkiem był Sebastian Stankiewicz, z którym akurat bardzo się przyjaźnimy, więc łatwo było mi spersonifikować tę postać po jego warunkach fizycznych. On dobrze wyglądał w tej roli, ale też byłem ciekawy, jak ją ugryzie. Pamiętam, jak przyszedł do mnie do domu, żeby pokazać mi, jak wymyślił sobie Bernarda. Byłem wtedy strasznie zmęczony. On przyszedł w tej postaci i to było przerażające! Ja nie wiedziałem, czy on się wydurnia, czy coś mu się stało. Kazałem mu przestać. Kiedy wszedł do mojego mieszkania, od razu był dziwny. Cieszę się, że mogliśmy pracować u mnie w domu i gadać, gadać, gadać o tej postaci. Podobnie miałem z Wojciechem Mecwaldowskim przy „Dziewczynie z szafy”. Goria natomiast powstawała nie jako postać dla kogoś, tylko jako zlepek moich byłych dziewczyn. Jest też jakimś moim pragnieniem miłości i na pewno hołdem dla wszystkich moich byłych ukochanych. Adam zaś ma dużo ze mnie. Ma potrzebę – tak jak i inni moi główni bohaterowie – bycia gdzie indziej, niż jest. To cecha ludzi wrażliwych, że marzą o lepszym skrawku życia i rzeczywistości. Jestem już dorosłym człowiekiem i wiem, że tekst „wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma”, to bzdura. Ale ja naprawdę nie czuję się dobrze w tym społeczeństwie i w rzeczywistości, w której jestem. Oczywiście, poradziłem sobie z tym: wiem, jak postępować i jak żyć, gdzie luzować, a gdzie być asertywnym, żeby być elastyczny wobec rzeczywistości. Nie mam natomiast mocy sprawczej, ani talentów, żeby tak ją kreować, by mi odpowiadała. Ja muszę z nią współpracować: ona jest oswojona, ale wciąż mnie przeraża, że los naszej planety jest w rękach przypadkowych kretynów. Wierzę jednak w niewidzialne ręce, ale pytanie, do kogo one należą? Ja, tak jak i moi bohaterowie, cały czas oswajam się z więzieniem. Kwestia jest taka, ile przestrzeni sobie w nim zdołamy wypracować. Przyznaję, mam luksusową sytuację, bo mogę się rozwijać dzięki pracy. Siłą rzeczy, muszę przecież zrozumieć, jak funkcjonuje to, o czym chcę odpowiedzieć. Skoro robię film o przyszłości, to muszę o tej przyszłości poczytać.

Co czytałeś?

Oglądałem całą serię „Zeitgeist”, czytałem Friedmana, „Wykłady o geopolityce” Jacka Bartosiaka, Orwella czy Huxleya. Po tych lekturach chciałem, żeby moi bohaterowie przeżyli coś pozytywnego w bardzo niefajnym miejscu. Podobnie bywa z miłością szkolną. Choć nie przepadaliśmy za szkołą, to na pewno była tam koleżanka, która nam się podobała. Tak samo mają moi bohaterowie, którzy żyją w nieprzyjaznej rzeczywistości, gdzie brakuje wody, a reklama zawłaszczyła sferę publiczną. Ale mimo to tych dwoje ludzi nagle czuje do siebie chemię. Ta pierwsza faza miłości, gdzie ludzie nie mogą bez siebie żyć, to niesamowity etap. Lubię być zakochany, jestem wtedy lepszym człowiekiem. Dopóki jest miłość, jest nadzieja. Zawsze, kiedy tyrana dopadnie miłość, jest szansa, że przejdzie na jasną stronę. Myślę, że ludzie, którzy szerzą negatywne hasła, gdyby byli przytulani i kochani, gadaliby inaczej.