Butik Świąteczny

Dawno, dawno temu na Podlasiu, czyli święta Elizy Mórawskiej

W dzień Wigilii Bożego Narodzenia pakowaliśmy tobołki i ojciec zanosił je do samochodu. Półmiski z frykasami, tajemnicze zawiniątka, których nam, dzieciom, nie wolno było dotykać. Ubrania gęsto popakowane do toreb.
na_zdrowie_okladka-1

Droga na Podlasie dłużyła się w nieskończoność. Przez szyby samochodu obserwowałam lampki choinkowe, którymi rozbłyskiwały okna w mijanych domach. Mrużyłam oczy i wyobrażałam sobie ich mieszkańców, którzy nakrywają świąteczny stół.

Kiedy dojeżdżaliśmy do dziadków, witała nas otwarta na oścież brama, odśnieżony podjazd, pies merdający ogonem i koty wyrwane z codziennej rutyny.

Stół był nakryty białym, wykrochmalonym obrusem. Ubrana choinka, kuchenny gwar i zapach potraw. Teraz wystarczyło tylko umyć ręce i pomóc ustawiać na stole te wszystkie dobra, które z góry były zaplanowane i omówione. Wszystko do siebie pasowało jak elementy solidnej układanki.

Babcia zaczynała śpiewać, wydawała się najszczęśliwszą osobą na ziemi. Witałam się z kotami. Ich sierść pachniała mrozem i dymem z komina, gęsta i zimowa. Nim zasiedliśmy do stołu, musiałam zajrzeć do wszystkich zakątków ogrodu, żeby zobaczyć, co się zmieniło od wakacji, kiedy byłam tam po raz ostatni. Biegałam, a śnieg chrzęścił pod moimi butami. Błękitny od mrozu i światła księżyca. Tylko tam, na Podlasiu, były tak mroźne zimy. Śnieg nigdy nie zawodził i zawsze pojawiał się wtedy, kiedy trzeba.

Zasiadaliśmy do Wigilii, co rok te same słowa: „Obyśmy za rok się znowu spotkali, żeby nikogo z nas nie zabrakło”. Babcia, mistrzyni świątecznej ceremonii. Ubrana w czerwony sweterek (bo czerwony to mój ulubiony kolor, Basiu), z uszminkowanymi ustami, pachnąca i miękka. Nigdy nie skąpiła mi swojej czułości i dobrego słowa. Dla niej zawsze byłam najważniejsza, najmądrzejsza, najzdolniejsza. Zajmowałam więc miejsce przy stole obok babci, nie mogąc nacieszyć się jej towarzystwem. Jej historie zawsze były ciekawe, zawsze nowe, zawsze coś innego się w nich pojawiało. Jedliśmy te wszystkie frykasy – opiekane ziemniaczki, śledzie w oleju, rybę po grecku, kopiaste porcje sałatki jarzynowej. Jedliśmy karpia, a potem makowce i serniki przyniesione z chłodnej spiżarki, rozwijane z bawełnianych ściereczek i krojone w trochę za grube plastry.

A potem to już tylko prezenty, zawsze coś fajnego, choć były ciężkie czasy komunizmu i wszystko trzeba było jakoś wykombinować i zdobyć.

Cieszyłam się tym rodzinnym czasem, kiedy wolno było więcej, a wszyscy byli dla siebie mili. Bawiłam się z kuzynami, czekałam niecierpliwie na spotkanie z przyjaciółką, mieszkającą dom dalej. Nie wolno było przeszkadzać w wigilię, wigilia to czas rodzinny i święty, ale następnego dnia od rana paplałyśmy w jej domu. O wszystkim. O tym, co się wydarzyło od ostatniego listu. I o nowych sposobach rozjaśniania włosów (rumianek rządził w tamtym czasie). O problemach sercowych, kłopotach z rodzicami i o przyjaciółkach ze szkoły, które były zawsze mniej ważne niż my dla siebie. Przyjaźń relacji Warszawa – Podlasie. Święta to był zawsze czas nieustającego jedzenia. Powoli, po trochu. To tu, to tam.

W kolejne dni odwiedzaliśmy jeszcze siostry Babci, zawsze zdziwione, że Elizka tak urosła i tak bardzo podobna jest do babci. A może jednak podobna do siostry taty, bo na pewno nie do Basi. Zaglądałam do składzików na narzędzia – tam zawsze gnieździły się gdzieś małe kotki albo pieski, co jednak było dużo ciekawsze niż pogawędki babci z siostrami.

Takie święta mam w sercu najgłębiej. Tkwią tam niewzruszone, trwałe i na zawsze. Dopóki pamięć nie zawiedzie. To tam zaglądam, kiedy szukam inspiracji do mojego aktualnego życia. Do świąt, które kocham najbardziej ze wszystkich.

Miałam w życiu kaprysy, podczas których jechaliśmy gdzieś daleko, do ciepłych krajów. Żeby uciec od przedświątecznej gorączki, tradycji i tego, co nam się wydawało przymusem.

Ale siedziałam pod palmami, patrzyłam na Świętych Mikołajów przemykających po plaży w zbyt ciepłych strojach i miałam ochotę płakać.

Dziś już wiem, że nawet jeśli przy stole nie siedzimy już w tym samym, dużym gronie, to celebrowanie tego dnia jest tak samo ważne jak wtedy. Bez względu na to, czy stoją tam dwa dania czy dwanaście.

Wesołych Świąt!

Książka Elizy Mórawskiej „Na zdrowie” jest dostępna w salonach Empik, na empik.com oraz w księgarni Wydawnictwa Zwierciadło