Dobrze wybrałam – wywiad z Joanną Kulig

fot. Rafał Masłow

Zorganizować akademię szkolną? Proszę bardzo! Załatwić instrument? Nie ma problemu! Zaśpiewać? Natychmiast! Joanna Kulig – ruchliwa, żywa dziewczyna z Muszynki – nie narzeka, lecz mówi otwarcie Hance Halek, co ją wkurza, co ją rozśmiesza, a co jej daje siłę.

fot. Rafał Masłow

Lubisz sobie ponarzekać?

Zdarza mi się (śmiech), ale myślę, że nie ma tego we mnie w nadmiarze. Jeśli narzekam, to staram się to robić konstruktywnie, a nie siedzieć i jęczeć z powodu czegoś, czego i tak się nie zmieni. Przy okazji udziału w filmie „Hansel i Gretel: Łowcy czarownic” zauważyłam, że Amerykanie nie narzekają. Jeśli coś nie funkcjonuje, po prostu starają się rozwiązać problem. Nie wiem, może w nas, Polakach, jest taka tendencja z powodu komunizmu. Może te ciężkie czasy, bez szansy na zmiany, sprawiły, że narzekanie było sposobem na bezsilność.

A czego nie tolerujesz u ludzi?

Jestem raczej tolerancyjna, ale dobija mnie chamstwo. Jeśli ktoś jest notorycznie niemiły, ma pretensje, złe intencje. A poza tym? Mam w sobie dużą otwartość. Jeśli się pochodzi z małej miejscowości, nie oznacza to, że jest się zamkniętym i konserwatywnym, a takie opinie czasami słyszę. Nic z tego! (śmiech). Stać mnie na akceptację odmiennych od moich poglądów, sposobów na życie, filozofii. Mało tego, uważam, że taka inność to doskonałe pole do popisu dla kreatywności. I w tej otwartości nie chodzi o to, żeby nie wyrażać złych emocji – fajnie jest stworzyć taką atmosferę, by właśnie móc je pokazać, a potem zrozumieć. Męczą mnie stereotypy, bo w nich tkwi zamknięcie, niechęć do poznania czegokolwiek innego. Gdy ktoś mówi: „ty wieśniaku”, to zastanawiam się, czemu on tak mówi. Wiem, że to słowo zyskało nowe znaczenie i ma obecnie wydźwięk żartobliwy, wiem, ale nadal mnie to irytuje.

„Słoik” cię denerwuje?

Rozśmiesza mnie. Chodzi o to, że nie mam kompleksu z powodu tego, skąd pochodzę. Wręcz przeciwnie: uważam moją Muszynkę za swój wielki potencjał. Razem z akcentem, takim trochę czeskim zaśpiewem (śmiech), który nauczycielka francuskiego nazwała moim osobnym językiem. Moja afirmacja życia też pochodzi stamtąd i w takim mieście jak Warszawa, szybkim, rozregulowanym, to naprawdę solidny fundament.

Dzięki Muszynce masz swój rytm?

Tak, tam, gdy noc zapada i jest ciemno, idzie się spać. Pamiętam, że w domu mojej babci, gdy słońce jesienią zachodziło o szóstej, to był koniec dnia, wszyscy maszerowali do łóżek. A rano pobudka o piątej (śmiech). Tam jest stały rytm doby, pracy, życia w małej społeczności, w której ludzie są wobec siebie szczerzy. Są też podporządkowani przyrodzie, porom roku. Jesień jest porą, kiedy wieczory są długie i siedzi się w domu, wiosną można dłużej pobyć na zewnątrz. Nie ma tak jak w mieście, że w październiku w sklepach ktoś sprzedaje choinki. Tam świat nie podlega rytmowi konsumpcji. Święta to nie są sklepowe witryny, ale atmosfera, oczekiwanie, bliskość. W tym tkwi siła i widzę, że dzięki temu nie plączę się w swoich emocjach.

Już jako dziewczynka byłaś taka ruchliwa, spontaniczna?

Nauczycielki mówiły na mnie „katarynka”. Nie przeszkadzałam na lekcjach, rozmawiając z koleżankami, ale gdy przychodziło do analizy wiersza, płonęłam w tym swoim gadaniu (śmiech). Gadatliwa, ruchliwa, żywa – zawsze taka byłam. Zorganizować akademię szkolną? Proszę bardzo! Załatwić instrument? Nie ma problemu! Zaśpiewać? Natychmiast! Lubiłam działać. I tak jest do dziś – gdy mam zbyt dużo wolnego czasu, trochę tracę grunt pod nogami i szybko muszę znaleźć inne zajęcie. Idę poćwiczyć, popływać.

Uwielbiam radio, kojarzy mi się z Muszynką. Rodzice włączali je o 19.00, a że stało w kuchni, zawsze biegałam wte i wewte, żeby wszystko słyszeć. Dziś mam też co prawda telewizor, ale nie umiem go obsługiwać tymi trzema pilotami (śmiech), nawet się nie podejmuję. Wolę włączyć sobie Trójkę, położyć się i słuchać. Uczę się być ze sobą. Jakiś czas temu przygotowywałam się do roli i wyjechałam sama na pięć dni nad morze, żeby się wyciszyć. Pojechałam i zdałam sobie sprawę, że jestem sama po raz pierwszy od 31 lat! (śmiech). Bo wcześniej zawsze byłam z kimś, najpierw w domu dużo rodzeństwa, bo jest nas piątka, potem w pełnym dziewczyn internacie, szkole czy w końcu na planie filmowym. Nigdy sama.

I co robiłaś taka całkiem sama z całkiem samą sobą?

To dopiero było odkrycie! (śmiech). Również to, że gdy tylko spojrzałam na telefon, by sprawdzić, która godzina, widziałam, ile się w nim czai – SMS-y, e-maile, nieodebrane połączenia. O, nie! Nie teraz, później, kiedyś! (śmiech). Wyłączyłam telefon, wzięłam rower i objechałam miasteczko w poszukiwaniu zegarka. Kupiłam budzik, wzięłam go na plażę, usiadłam z książką. Uspokoiłam się, uporządkowałam myśli, spisałam sobie na żółtych kartkach sprawy do załatwienia po powrocie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu SENS

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »