„Bestie z południowych krain” otworzyły Nowe Horyzonty

Nowe Horyzonty

Jeszcze nie doleczyłam wątroby po czeskiej kuchni, na którą składają się głównie mąki i tłuszcze (po powrocie nawet swojski ogórek zdaje się rarytasem), jeszcze nie dosuszyłam ubrań, jeszcze nie dopisałam wszystkich zaległych tekstów, a już jestem we Wrocławiu na Nowych Horyzontach.
Zanim opowiem, co się działo w dniu otwarcia, obrazek z podróży, zresztą nie bez znaczenia dla interpretacji filmu, o którym za chwilę będzie mowa.

Jest dziewiąta rano, w gorączce wbiegam wprost z autobusu do budynku dworca Warszawa Wschodnia. Nic, że bez śniadania, najgorsze, że bez kawy. I stwierdzam, co następuje: w nowym budynku nie ma ani jednego wielkiego zegara, który uświadomiłby mi, czy jestem spóźniona beznadziejnie, czy tylko bardzo, kolejki do kas przeogromne (że też zawsze ludzie pytają o jakieś pociągi na przyszły tydzień akurat wtedy, gdy ja muszę kupić bilet), brak stoisk z jedzeniem. Wbiegam na peron, pociąg podjeżdża, wbijam do pierwszego wagonu, by kupić bilet u konduktora – już się z nim spotykam wzrokiem, już sygnalizuję sprawę, wtem! Rozdziela nas fala dzieci. Pokornie staję pod kiblem, czekam i obserwuję.

Dzieci są grupą zorganizowaną, zarezerwowały sześć przedziałów i tatusia, który stoi i wciąga na pokład najpierw ogromne walizy, potem malutkie dzieci. Walizy są rzecz jasna z gatunku sejfów, żeby dzieciom Boże broń nie pogniotły się w podróży koszulki z muchomorkiem. A Bóg tu nie od czapy, bo kolonia jest organizowana przez Kościół, co poświadczają promienne postaci dramatu: ksiądz oraz siostra zakonna. Dramat polega na tym, że dzieci – mimo pomocy tatusia – bardzo wolno zapełniają zarezerwowane dla siebie przedziały. W końcu któraś mamusia nie wytrzymuje i wchodzi za swoim synkiem wielkości kurczęcia, by pomóc mu taszczyć srebrnego sojuza, następna mamusia myśli, że nie będzie gorsza i już pcha się za tamtą, choć dziecko sobie dawno ze swoją rakietą poradziło. Mamy więc sześć przedziałów, mrowie dzieci i królowe-matki, księdza i zakonnicę oraz – last but not least – kierownika pociągu, który próbuje wytłumaczyć reszcie, że oto odjazd się opóźnia i kto ma wysiąść, musi wysiąść. Któraś z królowych na podniesiony w końcu głos konduktora się odwraca i mówi: „Panie, moje dziecko na kolonię jedzie”, co jest oczywiście argumentem ostatecznym. Konduktor się gotuje coraz bardziej, krzyczy głośniej, baby wysiadają wyskakują z pociągu w biegu, dzieci płaczą, a ksiądz nad tym wszystkim rozpościera ręce w geście błogosławieństwa i rzecze: „Nie ma potrzeby się denerwować, szczęść Boże”.