„Bestie z południowych krain” – recenzja filmu

"Bestie z poludniowych krain"
Nowe Horyzonty

„Bestie z południowych krain” w reżyserii Benha Zeitlina otworzyły festiwal Nowe Horyzonty we Wrocławiu. Wcześniej okrzyknięte zostały najlepszym amerykańskim debiutem ostatniej dekady. To połączenie bajki, gdzie opowieść o człowieku na końcu świata przeplata się z wołaniem o troskę o środowisko.
Najwyżej siedmioletnia Hushpuppy opowiada widzom o swoim życiu z ojcem w dziwnej krainie, która jest w jakiejś części na pewno „zmyślona”, w innej „prawdziwa”, ale nie jesteśmy w stanie ustalić granic autentyczności. W sposób typowy dla realizmu magicznego to zachowanie narratora gwarantuje zrównanie zjawisk prawdopodobnych i ponadnormalnych. Zasłyszane od dorosłych, sugestywne historie i wycinki „naukowej” wiedzy o świecie stanowią filary wyobraźni dziewczynki, na których wznosi eklektyczny świat rządzący się własnymi prawami. Jest to świat, w którym da się uzasadnić czy przepracować śmierć mamy i w którym za chwilę trzeba będzie jakoś pomieścić śmierć ojca.

Galeria zdjęć z filmu

Miejsce, w którym mieszkają Hushpuppy, jej tata i ich przyjaciele, nazywa się „Bathtub”. Może to być po prostu nazwa własna, ale jako rzeczownik pospolity oznacza po prostu„wannę”. Metaforycznie jest to więc miejsce, w którym ciągle zbiera się woda, teren zalewowy, coś, co na przemian się oczyszcza i zapełnia. Interpretując to wyobrażenie na podstawie obrazów, które widzimy na ekranie, „Bathtub” to jakiś margines, kres świata – zarówno geograficzny, jak i społeczny, ale liczne akcenty apokaliptyczne każą myśleć o nim także, jako o krainie na końcu czasu. Domy budowane są tu jedynie prowizorycznie, z odpadów innych, lepszych miast, szkoła mieści się w szopie, która dawniej była barem, dom publiczny – pod pokładem statku. Nieustanne powodzie nakazują nie przywiązywać się do porządku.

Ojciec Hushpuppy, świadomy zbliżającego się zagrożenia (które dziewczynka wizualizuje sobie jako goniące ją stado turów), przyucza ją do samodzielnego życia w tym półdzikim świecie. Uczy ją nie tylko łowienia ryb, jedzenia krabów, walki wręcz, ale przede wszystkim tego, jak przekuwać strach w siłę. Film jest wpół baśniową, wpół realistyczną dokumentacją procesu, którego dziewczynka na tym etapie rozwoju nie może być w pełni świadoma, ale który przeczuwa i przeżywa bardzo intensywnie. „Bestie z południowych krain” to wzruszająca i genialnie zrealizowana opowieść o kształtowaniu się potężnego charakteru, pokazuje dziecko jako równego dorosłym człowieka, który potrafi wyczuć, zrozumieć i znieść więcej, niż nam się zdaje. Film został okrzyknięty odkryciem roku na festiwalu w Sundance, zdobył także Złotą Palmę w Cannes za najlepszy zeszłoroczny debiut. Pozostaje tylko liczyć na to, że takich perełek w tegorocznym programie festiwalu będzie więcej.

W sali kinowej we wrocławskim Heliosie nie było ani jednego wolnego miejsca; przed projekcją dyrektor Roman Gutek i dyrektor artystyczna festiwalu Joanna Łapińska zwierzyli się w kilku słowach z trudności oraz ekscytacji, które towarzyszyły wybieraniu „tych jedynych”, zasługujących na szczególną uwagę filmów otwarcia i zamknięcia festiwalu. Jutro już pełnokrwisty festiwalowy dzień, projekcje od 10 rano do 22 w nocy, otwarcie wystaw towarzyszących festiwalowi w BWA oraz pierwsze koncerty w klubie festiwalowym. Jeśli macie wolny weekend, nie zastanawiajcie się długo, jak go spędzić.

Artykuł powstał podczas festiwalu Nowe Horyzonty we Wrocławiu.