„Bitwa pod Wiedniem” – Historia bez historii



Dzisiaj na ekrany polskich kin wchodzi „Bitwa pod Wiedniem”, opowiadająca losy zakonnika Marca D’Aviano i Wielkiego Wezyra Kary Mustafy, których połączyła wielka bitwa.

Film jest międzynarodową superprodukcją – oprócz naszego kraju zaangażowały się w nią Włochy i Turcja – z plejadą polskich gwiazd. Wystąpili w nim Piotr Adamczyk, Borys Szyc, Daniel Olbrychski, Wojciech Mecwaldowski, reżyser Jerzy Skolimowski jako król Jan III Sobieski i Alicja Bachleda-Curuś jako ozdoba. Rolę głównych bohaterów zagrali F. Murray Abraham (zakonnik) i Enrico Lo Verso (wezyr).

Wspaniała obsada i wielki temat, jakim jest wiktoria wiedeńska, która odwróciła nawałę turecką, zalewającą Europę, zwiastował sukces filmowi Renzo Martinelliego. Niestety stało się tak, jak ostatnio bywa w przypadku polskich produkcji historycznych opowiadających o ważnych dla nas momentach z przeszłości – „Bitwa pod Wiedniem” okazała się niewypałem.

Produkcja została sklasyfikowana jako historyczno-przygodowa, ale zabrakło w niej historii i nie myślę tu o historii wielkiej, sławiącej zwycięstwo polskiego króla nad Turkami, lecz o tej ludzkiej – opowiadającej losy bohaterów, angażującej widza, wciągającej go w akcję.

Marca D’Aviano poznajemy jako małego chłopca, który jest świadkiem bójki w lesie. Okazuje się, że miał widzenie, stał się obserwatorem śmierci swojego przodka, który od tej pory pod postacią wilka będzie mu towarzyszył w trudnych chwilach. Z Karą Mustafą przyszły zakonnik spotyka się na statku – Turek ratuje mu życie. Od tej pory ich dusze połączą się we wspomnieniu z lat młodzieńczych, by potem spotkać się pod Wiedniem.

Dużo w „Bitwie” kolorów, przepychu, są i wizje jak z fantasy, techniczne sztuczki i mary senne. Na pewno miłośnicy scen batalistycznych znajdą w nim coś dla siebie. Mamy tu marsz wojsk tureckich, atak husarii, wojskowe obozowiska. Jednak gdy doda się do tego rozpaczliwy wzrok kochających kobiet, pojawia się nieodparte odczucie przesady. Za dużo tego wszystkiego, za mało prawdziwej przygody.

I choć reżyser krytykę tłumaczy niedowartościowaniem polskich dziennikarzy – „Wydaje mi się, że taki stosunek mediów stanowi sygnał trudnej chwili dla Polski, która dzisiaj przeżywa nadal sprzeczności przejścia z komunizmu do kapitalizmu, i ta chwila zachęca dziennikarza pozbawionego pokory do poszukiwania własnego sukcesu, próbując stać się bohaterem spektaklu lub autorem najbardziej skandalicznego artykułu” , to jego słowa – w filmie po prostu zabrakło dobrego scenariusza.

[iframe src=”http://www.youtube.com/embed/jD4rXCqed7Y” frameborder=”0″ allowfullscreen” width=”100%”
height=”315″]