„Niech żyją antypody” – recenzja filmu

Against Gravity



Jak tu pisać o dokumencie, którego autor, Wiktor Kossakowski sądzi, że słowa słowami, a i tak w filmie najważniejsze są obrazy? „Niech żyją antypody” trzeba po prostu obejrzeć.

– Uważam, że zbyt dużą wagę przywiązujemy do słów. W swoim filmie chciałem pokazać, że choć posługujemy się różnymi językami, żyjemy w odległych zakątkach świata, definiują nas zwyczaje, kuchnie, poglądy, postęp, rozwój nauki – świat to my. W każdej odsłonie, jakakolwiek by ona nie była – powiedział Wiktor Kossakowski w rozmowie z Anną Serdiukow, opublikowanej w Kulturze Liberalnej.

Reżyser daje nam dowody na to, że świat jest piękny, niezależnie od tego, z której strony kuli ziemskiej go oglądamy. Nieważne czy widzimy ludzi, czy nie; czy żyją w spokoju, czy pędzą; czy ujarzmiają naturę, czy to ona rządzi nimi. Zapewne lepiej wyglądają miejsca nietknięte ludzką ręką, ale potęga naturalnego piękna jest tak wilka, że na szczęście nie możemy jej zaszkodzić.

Kossakowski zaczyna film od definicji słowa „antypody”. Wikipedia mówi, że jest to punkt na powierzchni Ziemi, który w stosunku do określonego punktu jest położony dokładnie po drugiej stronie naszej planety, antipodes znaczy „naprzeciw stopy”.

W dokumencie poznajemy 8 miejsc: Entre Rios w Argentynie i położony po drugiej strony Ziemi Szanghaj, Patagonię w Chile i Jezioro Bajkał, Hawajską Big Island i Kubę w Botswanie, Miraflores w Hiszpanii i nowozelandzki Castle Point – każde z nich jest inne. Oglądamy urokliwe obrazy, czujemy się, jakbyśmy przenosili się tam i spacerowali po okolicy. Podziwiamy widoki i przyglądamy się szczegółom. Ta różnorodność perspektyw i doznań ma część wspólną, to, co widzimy zapiera nam dech w piersiach. „A jednak, świat jest piękny” – myślimy.

Kossakowski nie pokazuje luksusu, miejsca bez ludzi czy z nimi są wartością samą w sobie, my tylko próbujemy mierzyć się z naturą. Nasze zmagania często są syzyfowe, dowodem jest most, który porywa woda. Ale nic to, póki żyjemy możemy próbować. Życie płynie. Narodziny, śmierć i to co między nimi stanowi część tej naturalnej harmonii. Symbolem może być wieloryb wyrzucony na brzeg oceanu w Castle Town.

Na tle krain, które w większości przepełnione są spokojem, zdecydowanie wyróżnia się Szanghaj, miasto tygiel. Z drugiej strony i ono nie odbiega zbytnio od „światowych” standardów, czyż nie można porównać go do mrowiska?

„Niech żyją antypody” to podróż, przez którą prowadzi nas człowiek zachwycony światem. Pokazuje nam krystalicznie czyste kadry, bawi się techniką, przekręca kamerę o 180 stopni, by jak za dotknięciem różdżki przenieść się na drugą stronę kuli ziemskiej. Warto za nim podążyć i przez 104 minuty utwierdzać się w tym, że warto żyć.

http://www.youtube.com/watch?v=o2jjuqk3EOc