127 godzin

Materiały prasowe

Najnowszy film twórcy „Slumdoga” to pełna wizualnego rozmachu wyprawa do granic ludzkiej wytrzymałości i woli przetrwania.
Obraz Danny’ego Boyle’a, jest ekranizacją książki Arona Ralstona, który opisuje w niej swoje dramatyczne przeżycia kiedy to, podczas jednej z samotnych wypraw, jego ręka została przygnieciona przez skałę, a on sam został unieruchomiony na wiele godzin. W filmie wciela się w niego (znakomicie!) James Franco.

reklama

Przez cały czas trwania obrazu obserwujemy jak Aaron radzi sobie w ekstremalnej i zdawałoby się beznadziejhnej sytuacji. Znajduje się bowiem na pustkowiu, w trudno dostępnych górach w stanie Utah, uwięziony w rozpadlinie skalnej. Mijają kolejne godziny… W końcu, zdesperowany bohater posuwa się do drastycznego rozwiązania – po to, by móc się uwolnić i przeżyć…

„127 godzin” robią duże wrażenie już na poziomie oprawy audiowizualnej. Muzyka (bądź jej brak) kapitalnie podkreśla tragiczne położenie głównego bohatera. Zdjęcia są po prostu fantastyczne. Zarówno te z planu pełnego ukazujące wspaniałą (choć złowieszczą) okolicę, jak i te bardziej „kameralne” ujęcia, pełne zbliżeń, nietypowych kątów widzenia i całej masy imponujących trików montażowych. Od strony czysto formalnej istna perełka. Tym bardziej, że autorzy postanowili pokazać na ekranie to, co pokazać jest niezmiernie trudno. I udało im się to w 100%.

Ale film Boyle’a broni się także na poziomie czysto emocjonalnym, a w tym już spora zasługa Jamesa Franco (nominowanego za tą rolę do Oscara), który bardzo autentycznie odegrał postać Arona Ralstona.

Intensywna to podróż, ale warto się w nią wybrać.

127 Hours, USA, Wlk. Brytania 2010, reż. Danny Boyle, wyk. James Franco, dystr. Imperial – Cinepix