Adam Woronowicz: Tak tu sobie stoję

Fot. Łukasz Gawroński

Skąd wziął się Adam Woronowicz?
Z Białegostoku. Dorastał na blokowisku w centrum. Mówi, że przyjeżdżając do miasta, nie sposób tego miejsca nie zauważyć. Że zaraz za dworcem stoi ogromny wieżowiec. Za nim rozpościera się jego dzielnica, gdzie swego czasu napis na murze głosił: „Wjazd na Osiedle Przydworcowe na własne życzenie”.

Dorastałem sobie spokojnie wśród dziesięciopiętrowych bloków, jakich pełno w Polsce. Klasycznie: beton, piaskownica, drabinki. To znaczy, dorastałem od zerówki, bo pierwsze pięć lat mojego życia mieszkaliśmy z rodzicami w Czarnej Białostockiej, tuż pod Białymstokiem. Rodzice wynajmowali tam pokój z kuchnią. Potem tata dostał przydział na mieszkanie i się przeprowadziliśmy.

Napis o wjeździe na osiedle na własne życzenie był, ale jakby mi ktoś spróbował powiedzieć, że byliśmy blokersami! Śmiech na sali. U nas było trochę skinów, punków, trochę metalowców i depeszów. Teraz subkultury działają bardziej na poważnie, wtedy to była jednak trochę dziecinada. Ludzie słuchali na kaseciakach muzyki, jakoś się tam przebierali. O to w tym chodziło.

Ważnym dla nas miejscem był sklepik pod tytułem „Music for You”. Musiał się otworzyć jakoś krótko po stanie wojennym, w pierwszej połowie lat 80., kiedy teoretycznie zaczęła się mała stabilizacja – niby-wolny handel. Kłębiły się tam tłumy. Mieli najlepsze przeboje, nowości. Oczywiście, zgrywane nielegalnie, nikt z nas przecież wtedy nie kojarzył, że to jest piractwo. No gdzie tam. Ja z kolegami, cała nasza paczka, oczywiście, chodziliśmy do tego sklepiku, tylko że my nie angażowaliśmy się jakoś specjalnie w przebieranie.

Artykuł pochodzi z archiwum magazynu ZWIERCIADŁO

ZOBACZ AKTUALNE WYDANIE »