Baby są jakieś inne

fot. materiały prasowe

Marek Koterski powraca z nowym filmem. Dla fanów jego twórczości to wystarczający powód, by wybrać się do kina. Ale na szczęście tych powodów jest więcej.
„Baby…” to obraz właściwie afabularny. Akcja w 99% rozgrywa się tylko i wyłącznie w samochodzie. Jedzie w nim dwóch kolegów (w tych rolach Robert Więckiewicz i Adam Woronowicz), którzy podczas podróży wylewają wszystkie swoje żale, pretensje i zarzuty pod adresem płci przeciwnej.

reklama

Od razu trzeba zaznaczyć, że w przypadku tego filmu nie ma co liczyć na jakąkolwiek taryfę ulgową czy poprawność polityczną. Panowie bez litości wypowiadają całą litanię rzeczy, które ich zdaniem kobiety robią źle, obnażają słabe strony natury niewieściej, wyśmiewają niektóre zachowania, krytykując niemal wszystko: od złej jazdy samochodem po niewłaściwie traktowanie mężów i wykorzystywanie równouprawnienia tylko dla swoich korzyści. A wszystko to sprowadza się oczywiście do tytułowego hasła, czyli do tego, że baby są jakieś inne. Bo są inne, inne od mężczyzn, i temu nie da się zaprzeczyć. Oczywiście postacie grane przez Więckiewicza i Woronowicza nie przebierają specjalnie w słowach, serwując widzom smakowitą wiązankę bluzgów charakterystycznych dla postaci pisanych ręką Koterskiego, z całą masą jego neologizmów i znaną dobrze wszystkim składnią.

„Baby…” to jednak tylko pozornie film o kobietach i ich przywarach – tak naprawdę Koterski mówi w tym wiele o mężczyznach, o tym, z czym muszą się mierzyć w dzisiejszych czasach, co ich uwiera. To niezbyt miły obraz – bohaterowie jawią się jako jednostki słabe, nie potrafiące się odnaleźć w świecie, w którym kobiety coraz wyraźniej zaznaczają swoją obecność i sprawiają, że panowie tracą swoją wcześniejszą pozycję w społeczeństwie.

Aktorzy spisują się świetnie, są bezimienni, ale można przyjąć, że obaj są różnymi odłamkami osobowości postaci Adasia Miauczyńskiego, znanego z poprzednich filmów, a więc także i częścią samego reżysera. Więckiewicz gra tę bardziej „temperamentną” personę, natomiast Woronowicz jest wyraźnie bardziej delikatny, zdolny do zrozumienia i empatii, choć również nie zostawia na kobietach suchej nitki. Zastrzeżenia można mieć jedynie w stosunku do tego, jak obaj aktorzy poradzili sobie ze specyficzną składnią. Wyszło im to wyraźnie gorzej niż wcześniej Markowi Kondratowi czy Cezaremu Pazurze: bardziej sztucznie, nienaturalnie i choć nie psuje to odbioru całości, to jednak odbiera trochę „smaczku” z seansu.

Ogólnie film ogląda się znakomicie, co jest główną zasługą znakomitych, mięsistych dialogów, choć mogą tych bardziej wrażliwych widzów wprawić w konsternację i wydać się kontrowersyjne. Ale oprócz tego, że są (chwilami dość prymitywnie) wulgarne i wyrażają to, co spora część z nas naprawdę myśli, lecz boi się powiedzieć na głos, to przede wszystkim są po prostu szalenie zabawne.

Nie jest to nowy „Dzień Świra”, nie jest to tym bardziej „Seksmisja” naszych czasów, ale z pewnością jest to udany film, na którym trudno powstrzymać się od śmiechu i nie jest to do końca pusty śmiech.

Polska 2011, reż. Marek Koterski, wyk. Robert Więckiewicz, Adam Woronowicz, dystr. Kino Świat