Bogowie ulicy: Jam jest prawo

"Bogowie ulicy"
Monolith

Policjanci to ludzie z misją. Nie oni pisali prawo – ba, mogą się z nim nawet czasem nie zgadzać – ale nic nie powstrzyma ich przed jego wyegzekwowaniem. Nawet im zdarza się jednak czasem czuć, kochać i krwawić – o tym wszystkim przypominają „Bogowie ulicy”.

"Bogowie ulicy"
Monolith/więcej w galerii

W filmie kojarzonego praktycznie wyłącznie z kinem akcji Davida Ayera śledzimy codzienne przygody dwójki młodych, ambitnych policjantów z Los Angeles. W swoim mieście Brian Taylor (Jake Gyllenhaal) i Mike Zavala (Michael Pena) zachowują się trochę jak kowboje: nie boją się ryzyka, właściwie potrzebują go, żeby ciekawiej spędzić kolejny dzień patrolowania najgorszych dzielnic Miasta Aniołów. Trwająca tam wojna gangów sprawia, że przemoc, to tutaj codzienność. Funkcjonariuszy na służbie nieszczególnie porusza w związku z tym nawet widok kolegi z wbitym w oko nożem czy zmasakrowanej twarzy pobitej kobiety.

– Czy wy w ogóle macie dusze? pyta w jednej scenie swoich podopiecznych ich przełożony. Mamy, Panie Sierżancie. Po prostu zostawiamy je w domu przed wyjściem na służbęodpowiada jedna z policjantek. Bez takiego podejścia długo w tej pracy wytrzymać się nie da. Duet Taylor-Zavala zdaje się jednak nigdy nie mieć problemów z właściwym nastawieniem: w stresowych sytuacjach potrafią „rozluźnić” atmosferę m.in. proponując zatrzymanemu w domu podejrzanemu pojedynek z jednym z nich. Na komisariat i tak go przewiozą, ale jeśli przegra walkę wręcz z (nieco mniejszym od siebie) Zavalą, kajdanki będzie musiał założyć sobie sam. Pod względem takiego podejścia do policyjnych obowiązków „Bogowie ulicy” w dużej mierze przypominają „Złego Porucznika” (choć w przeciwieństwie do Nicolasa Cage’a oni nie sięgają po narkotyki, hazard i prostytutki o każdej porze dnia).

Jeśli o skojarzenia z innymi filmami chodzi, to wart wspomnienia wydaje się też „Hurt Locker”. Tak, wiem, że to filmy o czymś zupełnie innym, a Ayer prawie na pewno nie planował opowiadać o tym, jak uzależnia codzienna dawka adrenaliny. Jego policjanci z Los Angeles nie różnią się jednak aż tak bardzo od saperów rozbrajających bomby w Iraku. Taylor i Zavala też mogą zginąć każdego dnia, bo praktycznie nie ma w ich kalendarzu takich, w których ktoś do nich nie strzela. W „Bogach ulicy” najciekawsze są wszystkie momenty ciszy przed burzą, spokojnych przejazdów, podczas których główni bohaterowie mają czas na jedną z dziesiątek rozmów „o życiu”. Mimo że losowe i wyrywkowe, prawie każdy z tych dialogów jest warty zapamiętania.

Te przejścia między sposobami ukazania postaci (małe dzieci z dużymi zabawkami w jednej chwili okazują się nadal być – niemal religijnymi – bojownikami oddanymi walce o słuszną sprawę) sprawiają, że amplituda emocji jest maksymalnie rozciągnięta; rozluźnienia atmosfery pozwalają znacznie bardziej „przeżywać” później sceny z założenia bardziej intensywne. Szczególnie, że losy tych dwóch „kowbojów” bardzo szybko przestają nam być obojętne: nie da się ich nie polubić, dlatego już po paru scenach wolelibyśmy, żeby udało im się szczęśliwie dożyć końca filmu.

Chemii, którą na ekranie wytwarzają Gyllenhall i Pena (większe brawa dla tego drugiego) pozazdrości im może niejedna aktorska para. Panowie są do siebie dobrani doskonale. Prawda, że jest tak również dlatego, że Ayer zadowala wszystkie nasze stereotypowe oczekiwania wobec postaci, które kreują aktorzy (biały, duży, umięśniony i łysy policjant wraz z niższym od niego, zabawniejszym, bardziej rozgadanym Meksykaninem), ale to tym razem aż tak nie razi. Może i sprawdzonymi metodami, ale ta dwójka zupełnie niespokrewnionych ekranowych „braci” zapewniła sobie miejsce na każdej szanującej się półce z filmami „o męskiej przyjaźni”.

„Bogowie ulicy” nie powinni rozczarować żadnego fana przegadanego, ale bardzo autentycznego, nie udającego niczego kina akcji, które przy okazji z dystansem mówi o poważnych problemach społecznych. Wachlarz emocji, który ten film pozwala przeżyć, jest poza tym tak szeroki, że nie zabraknie nawet momentów, gdzie po rozmiękczeniu historią policyjnej zażyłości, można przyłapać się na (jak zapewnia policjant Zavala, to wtedy nie wstyd) uronieniu kilku łez. A to, w połączeniu z kilkoma eksperymentami ze sposobem pokazywania akcji, już sporo jak na tak zawężający możliwości gatunek.