Bolesnym krokiem: „Mistrz tańca powraca” – recenzja

Against Gravity

Dziś do kin wchodzi film, który niesprawiedliwie promowany jest w stylu programów typu „You can dance”. To bolesny dramat o rozczarowaniu.
Zawsze sceptycznie podchodzę do filmów w stylu: dokument o pewnej parze w życiu i na scenie.To jak zaglądanie komuś do sypialni bez pukania – z jednej strony czuję zażenowanie, z drugiej mocną nieszczerość bijącą z ekranu. Tak było ze „Swell season”, gdzie znana z filmu „Once” para muzyków, czyli Glen Hansard i Markéta Irglová dokonuje totalnego przełamania – w sobie i w widzach, rozstając się na ekranie i świadomie wypuszczając dowód zniszczenia związku do dystrybucji.

Tu mamy inną sytuację: kamera – obojętny i niekomentujący świadek – towarzyszy parze tancerzy przez długie miesiące ich przygotowań do kolejnych konkursów. On, ukraińska gwiazda parkietu sprzed 10 lat, Slawik Krikliwyy, za wszelką cenę chce wrócić na podium. Ona, Ania Mielnikowa, od niedawna jego partnerka życiowa, jest początkującą tancerką, która ma mu w tym pomóc.

Against Gravity/więcej w galerii

Wsparci przez sztab doradców i trenerów, spędzają dziesiątki godzin w kolejnych salach gimnastycznych, wykonując nadludzki – fizyczny i emocjonalny – wysiłek, by sprostać wyzwaniu i jednocześnie nie znienawidzić się. Do połowy filmu mamy takie trochę „Step up” czy „You can dance”: ćwiczenia w sali, taniec na kolejnych konkursach, słowa wsparcia, kłótnie i rozmowy. A potem bajkę o wielkim powrocie przejmuje nieobliczalne życie. Drogi bohaterów się rozchodzą, wątek pęka na dwa i już wiemy, że łatwy i prosty przepis na amerykański happy end nie dotyczy imigrantów z Europy Wschodniej, nie należy się wielkiemu mistrzowi, który za późno zdecydował się na powrót. Obraz pokazuje też, że marzeniami jednego człowieka nie wykarmi się związku budowanego na parkiecie sali tanecznej i w świetle jupiterów.